Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
poniedziałek, 10 września 2007
Wolność Baderka II

Oficer Baderek wybrał wolność

Statek stoi na „haku”. Na redzie Falmouth, pięć mil od brzegu i przerabia zakupiona od angielskich sejnerów, rybę. W sobotę i niedzielę Anglicy nie łapią. Pogoda jest dogodna. Kapitan decyduje.

- Podziel praktykantów na dwie grupy jedna popłynie w tą sobotę do portu druga w sobotę za tydzień.

Podniecenie wśród uczniów, to ich pierwsza w życiu wizyta w zachodnim kraju. Byłem już w tym porcie kilka razy. Ot takie typowe dwudziestotysięczne angielskie miasteczko rozłożone na wysokim klifie i w około zatoki. Kolega Ziutek również po raz pierwszy w życiu jest w wolnym świecie. Ustaleniu czasu zbiórki przy szalupie na powrót na statek. Oprowadzam kolegę po miasteczku, robimy drobne zakupy.

Zbiórka w określonym terminie. Uczniowie są wszyscy, brak oficera baderka. Czekamy godzinę.

- Płynem na statek! –decyduje Starszy.

Na statku kapitan łączy się poprzez UKF-kę z kapitanem portu i policją zgłaszając zaginięcie. Oficjalnie policji nic nie jest wiadome, lecz z pytań zadawanych czuje się, że chyba, coś wiedzą. Po 24 godzinach sprawa się wyjaśnia. Policja informuje, że taki a taki obywatel Polski otrzymał prawo kilkodniowe pobytu w Wielkiej Brytanii i ma wkupiony bilet lotniczy do Stanów Zjednoczonych i nie wróci już na statek. Ze szczątków informacji i faktów, można odtworzyć całe zdarzenie.

Żona oficera baderka miesiąc temu poleciała do rodziny w USA, SB było czujne, pilnowało, by cała rodzina jednocześnie nie znalazła się, za granicami „socjalistycznych państw dobrobytu”. Baderkowi udało się przechytrzyć i zamustrować się w kilka godzin przed wpłynięciem statku funkcjonariusze GPK nie zdarzyli sprawdzić, że mąż, żona i dziecko znalazły się po za granicami państwami „sprawiedliwości społecznej” równocześnie.

Jak było naprawdę może po latach powiedzieć tylko bohater tego zdarzenia. Wówczas wszyscy załoganci zbywali pytających na ten temat. Każdy się bał, by nie przypisano mu, że wiedział o planach uciekiniera. Nie wiadomo czy pytający nie jest współpracownikiem służb specjalnych.

Nie uzasadniona kara zbiorowa za ten czyn, dosięgła moich praktykantów. Kapitan wstrzymał wszystkie wizyty w porcie. Na moje prośby i nalegania odpowiedział.

- I tak będę musiał pisać wyjaśnienia i tłumaczyć się. Gdyby został jeszcze uczeń, po tym incydencie, to mam z głowy prawo pływania. – popatrzył na mnie i dodał – Przecież wiesz, że wśród rybaków i marynarzy jest najwięcej współpracowników służb specjalnych.

Te ostatnie zdanie przypomniało mi się, gdy się dowiedziałem, ze jedna ze szkół kołobrzeskich ma imię „POLSKICH MARYNARZY I RYBAKÓW”

Edward Bernatowicz

10:36, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Dodaj komentarz »
Wolność Baderka I
Cel rejsu – reda portu Falmouth w hrabstwie Kornwalii nad kanałem La Manche, skup makreli od angielskich sejnerów.Na pokładzie zamustrowani uczniowie klas trzecich Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu.

W PRL-u lat siedemdziesiątych „żelazna kurtyna” dzieląca wolny świat od bloku państw „szczęśliwości robotniczo-chłopskiej” zarządzanych z Moskwy, zaczyna miejscami korodować, tworząc prześwity. Przez te szpary przeciska się obraz „konającego kapitalizmu”. Nieliczni szczęśliwcy, którym udało się uzyskać prawo wyjazdu do wolnego świata wracając, i w zaciszu domowym rozwijają pojęcie - marksistowskie widmo konającego kapitalizmu. „Kapitalizm umiera, ale jaką piękną ma śmierć.”

Tych pięćdziesięciu praktykantów jest wybrańcami losu, odpowiednie służby wyraziły zgodę na ich praktykę morską z zawijaniem do portów zachodnich. Nie jest to tak atrakcyjny rejs jak na statku szkolnym s/t Turlejski, którego stałą trasą były Wyspy Kanaryjskie, ale mogło być gorzej, „bogowie” służb bezpieczeństwa mogliby „wspaniałomyślnie” wyrazić zgodę tylko na praktykę na kutrach rybackich, bez zawijania do portów obcych.

Prawie każdy praktykant ma uciułane kilka dolarów by kupić trudno osiągalne w kraju dżinsy lub płyty, zachodnich, modnych w owym czasie, zespołów muzycznych. Te nieduże kwoty są ukrywane gdzie się da, wywożenie waluty z kraju „dobrobytu socjalistycznego” jest zakazane, ba nawet jej posiadanie jest nielegalne.

W tym rejsie towarzyszy mi w kabinie kolega, nauczyciel z TRM Kołobrzeg - Ziutek (imię zmienione).

Ziutek jest nauczycielem przedmiotów ogólnokształcących i zgodnie z zasadą obowiązującą w szkole „Musisz wiedzieć, kogo kształcisz”, ci, którym służby specjalne wyraża zgodę towarzyszą, po kolei, uczniom, jako opiekunowie, w rejsach zagranicznych.

Kolega Ziutek ma dwie słabości: jest pedantem i jest bardzo uczulony na punkcie naturalnego ubytku włosów.

W kabinie wszystko zostało poukładane równo pod sznurek, trwało tak do pierwszego bujania. Mój kolega nie był świadom tego, że główną zasadą porządków w kabinie jest takie „zaształowanie” przedmiotów by nie miały luzów i w czasie, większej lub mniejszej fali nie zmieniały swego miejsca. Po dwóch próbach układania pod sznurek, zdegustowany zrezygnował pozywając przedmiotom by się same ułożyły dopychając je po kątach w czasie sztormu.

„Porfawor”

Statek przepływa Kanał Piastowski, minął Świnoujście. Kierunek – Kanał Kiloński.

- Gdzie jest Porfawor? Nie widzę go na statku – zapytałem na pokładzie II baderka.

- Nie płynie.

- Dlaczego? Miał przecież płnąć rozmawiałem z nim jeszcze wczoraj.

- Dziś przed południem musiał zrezygnować z powodu problemów rodzinnych, za niego płynie Kowalski (nazwisko zmienione).

„Porfawor” był oficerem maszyn przetwórstwa ryb, jego pseudonim wziął się z tego, że lubił powiedzonko „porfawor”. W żargonie statkowym jego stanowisko nazywano I baderek a stanowisko mechanika maszyn przetwórstwa ryb nazywano II baderek (BADER- firma produkująca maszyny przetwórstwa ryb).

- Szkoda. No to w tym rejsie nie pojemy dobrych ryb – Porfawor był specjalistą od potraw rybnych przygotowywanych w wolnym czasie.

- No, ale mam nadzieje, że twoje lody będziemy nadal jedli? – zapytał II baderk.

Na wyposażeniu kuchni było prymitywne urządzenie do produkcji lodów oczywiście kucharze nie mieli czasu na bawienie się w produkcję tego przysmaku. Urządzenie przejął dział mechaniczny. Zespawano specjalny stół w maszynowni chłodniczej, chłodnicy podłączyli przewody z freonem do chłodzenia, elektrycy zamontowali odpowiedni silnik. Mnie przypadło zadanie produkcji tego przysmaku. W czasie wolnym Porfawor pitrasił w kabinie rybie przysmaki na ostro, do tego lody i butelka Żywca i można było snuć po pracy kabinowe opowieści

Rzepa na łysienie

- Edek, masz dobre układy z szefem kuchni? – zapytał kolega Ziutek po dwóch dniach rejsu.

- Nie najgorsze.

- Poproś go o dwie duże czarne rzepy.

- Po co ci one?

- Powiem jak załatwisz.

- Szefie dostanę dwie duże rzepy? – zapytałem w tym samym dniu kucharza.

- Nie ma sprawy. Po co ona panu?

- To nie dla mnie, ale dla mego kolegi. Powiem panu później, jak sam się dowiem.

Po dostarczeniu owego specjału, byłem przekonany, że będę degustował jakąś rzepową potrawę, apetyt mój jeszcze bardziej wzrósł, gdy zostałem poproszony o pożyczenie tarki. Tajemnica rzepy wyjaśniła się, gdy mój kolega wycisnął na gazę sok z tartej rzepy i natarł skórę, lekko przerzedzające się głowy. Wytrzymałem ostry smród owego specyfiku do momentu gdy owinął głowę folią.

- Wybywa z kabiny. Czy za trzy godziny będzie po wszystkim? – zapytałem.

- Tak. Do tego czasu wywietrzę kabinę. Mam prośbę. Nie mów na statku o tych moich zabiegach.

- Postaram się – powiedziałem opuszczając kabinę.

Gdy zaglądnąłem do pentry przyuważył mnie kucharz.

- Panie kierowniku, co za rzepową potrawę przygotował pański kolega? Nie potrzebne są jakieś inne artykuły?

- Powiem panu prawdę, w tajemnicy. Ta rzepa była potrzebna na porost włosów. – powiedziałem, by pozbyć się dalszych pytań.

No i zaczęło się. Zostałem zasypany pytaniami. Dopiero teraz zorientowałem się, że problem łysienia był również problemem szefa kuchni. Opowiedziałem, co widziałem.

- Długo trzeba trzymać głowę w folii? – zapytał na końcu mego wywodu.

- Nie wiem. Najlepiej niech pan zapyta mego kolegę. Powiedział mi, że po trzech godzinach będzie po wszystkim.

Powiedziałem przekonany, że po sprawie. Nic podobnego, na drugi dzień dopadł mnie kucharz w białej czapce naciągniętej po uszy.

- Niech pańskiego kolegę trafi szlak. – wykrzyknął dodając bosmańską wiązankę. –Niech pan patrzy zdjął czapkę. Skóra na głowie była czerwona jak ugotowany rak.

- Całą noc piekła skóra jakbym się oparzył.- dodał.

Co było przyczyną nietrafności zabiegu?

Wyjaśniło się. Szef zamiast dopytać Ziutka o szczegóły. Zrobił tak jak mówiłem i moje trzy godziny potraktował jak okres trzymania folii na głowie. Według przepisu należało po piętnastu minutach dokładnie zmyć głowę.

Oczywiście cały incydent nie dał się ukryć i szef był tematem dowcipów przez następne dnie, nim nie przyćmiła go sprawa I baderka.

10:33, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 maja 2007
Niech się święci 1 maja???
08:44, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 kwietnia 2007
piątek, 13 kwietnia 2007
Nocny desant U.S Coast Guard

    „Admiral, Admiral” -Przerwał ciszę nocnej wachty, głos w uka-efce.

„Yes Admirał Arciszewski” – zameldował drugi do mikrofonu radiostacji. Głos w głośniku przedstawił się po angielsku, jako dowódca patrolu U.S Coast Guard Johan Lincoln, i poprosił o zgodę na wylądowanie sześcioosobowego oddziału z helikoptera na pokład w celu dokonania rutynowej kontroli przestrzegania warunków połowowych. Dopiero teraz został zauważony wiszący prawie nieruchomo nad statkiem helikopter amerykańskiej straży przybrzeżnej. Taka prośba jest równoważna z rozkazem. Łowimy w strefie ekonomicznej Stanów Zjednoczonych poniżej Nowego Jorku. Mamy pozwolenie na odłów kalmarów, które są mrożone a następnie sprzedawane Japończykom. W Polsce te dziesięciu mackowe „ośmiornice” są w owym czasie jeszcze mało znane. Zasady licencji są dokładnie określone. Możemy łowić kalmary stosując sieci o określonych wymiarach oczek. Włok w czasie trałowania musi znajdować się powyżej pewnej wysokości nad dnem. Są to tradycyjne łowiska homarów i „oranie” siecią po dnie niszczy środowisko tych skorupiaków. W ramach przyłowu możemy zagospodarować, trafiające sporadycznie do sieci, tuńczyki. Wszystkie inne złapane organizmy morskie, należy natychmiast wyrzucić za burtę. Nad przestrzeganiem warunków czuwa znajdujący się na statku przedstawiciel władz amerykańskich zwany przez nas „Obserwerem”. Również patrole U.S Coast Guard przez niespodziewany desant z wody lub powietrza dokonując gruntownej kontroli. Być może przy okazji sprawdzano statek pod innymi aspektami. W jesieni roku 1980 polska flota była pod specjalnym nadzorem wszystkich służb wolnego świata.

Jak w filmie sensacyjnym.

Wezwany na mostek kapitan wyraził zgodę i wydał polecenie oświetlenia dziobowej części pokładu. Z niewidocznego helikoptera jak z ciemnej otchłani zaczęły zjeżdżać na linach postacie. Najpierw widać było migotanie naszywek odblaskowych na pomarańczowych kombinezonach. W ciągu kilkudziesięciu sekund pięciu mężczyzn i jedna kobieta znalazło się na pokładzie. Scena jak z akcji w filmie sensacyjnym. Czarnoskóry dowódca przedłożył kapitanowi statku odpowiednie upoważnienie i w obecności „Obserwera” określił zakres kontroli. Mierzenie oczek sieci. Sprawdzanie zapisów na papierze echosądy i sonarów. (Można określić, w jakiej wysokości nad dnem znajdował się włok w czasie trałowania) Sprawdzenie ładowni i przetwórni. Funkcjonariusze wiedzą gdzie i jak sprawdzać. Znany jest przypadek znalezienia na polskim traulerze w przetwórni pod gretingiem kawałka rozkładającej się niedozwolonej ryby. Kosztowało to armatora kilkadziesiąt tysięcy dolarów kary. Na „Arciszewskim” trafiało się sporadycznie wyłowienia dużego homara należało natychmiast wyrzucić za burtę. Oficerowie ściśle przestrzegali tych ustaleń. Ale kto wie, co może strzelić do głowy rybakom, gdy nikt nie widzi?. Kapitan i „Obserwer” lekko zdenerwowani kontrolą. „Obserwer” dwudziesto pięciu letni Amerykanin. Ukończył studia w zakresie fauny morskiej. Ma domek na jednej z licznych wysp ciągnących się wzdłuż wybrzeża powyżej Nowego Jorku. Zatrudnia się jako przedstawiciel władz na statki łowiące w strefie Stanów Zjednoczonych na okres dwóch do trzech miesięcy w roku. Pozwala mu to na zabezpieczenie materialnie na cały rok i pisanie pracy doktorskiej. Pozytywne wyniki kontroli Coast Guard dają nam i jemu dobre notowania u przełożonych i władz. Podziwiamy funkcjonalność ubiorów. Wodoodporne kurtki i spodnie. Po rozpięciu kurtki wewnętrznej stronie widać poprzypinane przyrządy i przedmioty niezbędne do kontroli. Z zazdrością oglądamy najnowsze modele kamizelek ratowniczych napełnianych w razie potrzeby gazem.

Po dwóch godzinach kontrola zakończona. Wynik dla załogi „Admirała” pozytywny. Wezwany helikopter znowu znieruchomiał. Błyskawicznie goście jeden za drugim znikają w ciemnościach nieba. Po wizycie dyskusja na temat przestrzegania i egzekwowania prawa i ochrony dwustu milowej strefy ekonomicznej Stanów Zjednoczonych. U.S Coast Guard ma do dyspozycji całą gamę sprzętu i możliwości. Małe szybkie łodzie patrolowe i helikoptery(zdjęcie) Duże okręty wojenne. Oraz systemy satelitarne.

Przygoda „narzędziowca".

„Narzędziowiec” (na kominie sierp i młot) znajdujący się w strefie dwustu milowej nie przestrzegając przepisów wypłukał zbiorniki tworząc na morzu tłustą plamę. Nie minęły cztery godziny. Nad statek nadleciał samolot straży przybrzeżnej i zrzucił na pokład paczkę. Kapitan znalazł w niej zdjęcia satelitarne zanieczyszczenia ze statkiem, dokładną pozycją oraz polecenie zawrócenia do najbliższego portu i zapłacenia wysokiej kary.

Dalsza dyskusja po załatwieniu obowiązków służbowych kontynuowana jest w kabinie Pawła - oficera chłodnika. Paweł jest specjalistą w przygotowaniu potrawy „Tuńczyk duszony w maśle z cebulą”: tuńczyka pokrojonego w kostkę dusi się z dużą ilością cebuli w maśle, doprawia się keczupem i ostrą przyprawą – pimą. Do tego schłodzony napój lub zimne piwo.(Zamiast tuńczyka może być łosoś.)

Nowojorska Policja.

Paweł wspomina incydent z policją Amerykańską. W czasie jednego z pierwszych swoich rejsów zawinęli do Nowego Jorku. Ubrany w kolorowa kurtkę i dżinsy, co było w Polsce w owym czasie szczytem elegancji, udał się na piechotę z portu do miasta. Nagle z piskiem opon na sygnale zatrzymał się przy nim wóz policyjny, z którego wyskoczyło do niego dwóch policjantów. Sądził, zadają pokazania dokumentów. Sięgnął w kierunku wewnętrznej kieszeni kurtki po książeczkę żeglarska. Nagle otrzymał potężny cios pałką policyjna w uniesioną rękę i został obezwładniony. Dopiero na komisariacie policjant polskiego pochodzenia wyjaśnił. Poszukiwano na owej ulicy przestępcy o podobnym rysopisie i ubiorze. Prawidłowe zachowanie zatrzymanego to pozycja w rozkroku z rękami na masce samochodu. Po sprawdzeniu przez policjantów czy nie posiada broni, należało pokazać dokumenty. Nie właściwe zachowanie można było przypłacić życiem.

Być i nie być na ziemi amerykańskiej.

Po kilkunastu dniach mamy zapełnione ładownie decyzja powrotu do Europy. Płyniemy na redę Nowego Jorku wysadzić „Obserwera”. Jesteśmy niepocieszeni stoimy dość daleko od portu. W perspektywie Manhattan wraz ze swoimi mostami. Widoczny symbol wolnego świata Statua Wolności. Z nad horyzontu non stop jeden za drugim lodują samoloty na Long Island. Jesteśmy w Stanach Zjednoczonych. Ale moje nogi nie stąpały po ziemi Amerykańskiej.

16:38, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 grudnia 2006
Stan wojenny

W tym tygodniu 13 grudnia polecam artykuł

"Polskie świnie stanu wojennego"

http://kolobrzeg.blox.pl/2005/12/Polskie-swinie-stanu-wojennego.html

17:48, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 grudnia 2006
Ocean a Stepy Akermańskie

 

 

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi;
śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu

 

Na pewno zdziwiony czytelnik  zapyta

- Cóż, to do cholery ( musi być „do cholery”) ma wspólnego, sonet Mickiewicza z „twardym” często wulgarnym, życiem marynarza?

    - Jednak wydaje mi się, że ma i to dużo. Wyobrażenia pojęć „ocean”, „morze”, przez moje pokolenie, kształtowane było właśnie przez poezję, literaturę i sporadycznie oglądane, w dzieciństwie i latach młodzieńczych, filmy. Puste puchary „morze”, „ocean”, napełniały się przymiotnikami i rzeczownikami, branymi właśnie ze „zbiorów pojęć”, tworzonych przez pisarzy i poetów. Z biegiem lat życia, uzupełniane były, te naczynia, zmianą subiektywnego odczucia pojęcia przestrzeń a szczególnie jego jednego z atrybutów , nieskończoności. W wieku chłopięcym, wchodząc na grzyby do przepastnych lasów Warmii, miałem wrażenie, że ciągną się one w nieskończoność tak jak morze i ocean. Z biegiem lat, stojąc na plaży Bałtyku, miałem wrażenie, że za horyzontem jest owa nieskończoność. Wystarczył tylko jeden rejs jachtem z Kołobrzegu dookoła Bornholmu, by mój subiektywizm pojęciowy, traktował Bałtyk jak plamę na mapie. Pozostało tylko pojęcie „nieskończonego oceanu”.

    Kanał La Manche za nami. „Admirał” na Biskajach. Nie mamy przywileju spokojnego przelotu. Jesienny sztorm nas dopada. „Damski Wiatr” daje nam popalić. Odeszła człowieka ochota na filozoficzne rozważania na temat "nieskończoności przestrzeni". Mózg zawładnęło pojęcie "choroba morska', nie mogę spać, nie mogę myśleć. Właściwie to zewnętrznie robię wrażenie, że mnie nie rusza. Nawet nie rzygam. Ale wydaje mi się, że gdybym to zrobił to poczułbym się lepiej. By dopełnić prawdy o morderczych instynktach Zatoki Biskajskiej w radiostacji alarmowej rozlega się wołanie o pomoc tonącego statku. Stacja ratownictwa morskiego w La Corunie przejęła dowodzenie akcją. Nasłuchiwanie komunikatów niweluje niedogodności choroby morskiej. Mijamy przylądek „Ciepłych Gaci”. Jestem tak zmęczony, że ształuje się w koi i zasypiamy. Budzę się po raz pierwszy na Atlantyku.

    Jest piękny słoneczny, upalny dzień. Pojęcie „ocean”, wypełnione dotychczasowymi, konkretnymi pojęciami, wydaje się za niebyłe. W tym momencie, delete przenosi je do „kosza”. Nadal istnieje, ale przestaje oficjalnie funkcjonować. Nowy obraz pojęcia „ocean” został zakodowany.

- Jaki?

- Trudny do określenia konkretami, można go określić tylko, „robiący wrażenie” lub jednym słowem, "oceaniczny". No i jeszcze ta nieskończoność. Trwa ona nim nie dopłyniesz do redy Agadiru, Nowego Jorku, Halifaksu. Już nie musisz zawijać do innych portów Ameryki, Azji i Afryki, w twej świadomości,  „oceany” to tylko większa od Bałtyku plama na mapie.

Co do tego wszystkiego mają Sonety Krymskie?

Po latach miałem okazję przemierzać stepy Ukrainy i Mołdawii. Nie był one oczywiście takie jak za czasów Mickiewicza, ale potężne połacie, na których aż po horyzont nie widać zabudowań, dają skojarzenia z jednym atrybutem oceanu „nieskończonością”. Lecz te dwie przestrzenie różnią się.

Czym?

Dla mnie. Stepowy obraz to „kwiatów powodzi” i miliony drobinek kolorów w ciągłym drgajacyn ruchu.

Oceaniczny obraz to olbrzymie plamy kolorów w ślamazarnym ruchu przy spokojnym oceanie.

Czy to znaczy, że Mickiewicz nie był żeglarzem i marynarzem?

Wprost przeciwnie. „Sonety krymskie” są bardzo dobrym źródłem do zadań matematycznych związanych z nawigacją.

Szczegóły

http://www.wszpwn.com.pl/wszpwn/index.jsp?place=Lead07&news_cat_id=179&news_id=703&layout=13&page=text

10:31, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 listopada 2006
Statek w porcie

M/t Admirał Arciszewski jak każdy statek rybacki, w porcie, przed zamustrowaniem załogi jest martwy. Gdy wchodzisz na pokład zauważasz trupio-blade światła neonówek na korytarzach. Z przepastnych głębin przetwórni i maszyny, dolatuje smrodliwy charakterystyczny zapaszek, zjełczałego oleju silnikowego i mączki rybnej. Burty i nadbudówki płaczą rdzawymi smugami. Obsługa lądowa, usuwająca, usterki i dokonująca drobnych napraw daleka jest od kultury osobistej, w wyniku czego, korytarze i pomieszczenia, w których pracowali, są zabłocone i zadeptane. Cisza niepracującego silnika głównego i brak charakterystycznego chrzęszczenia i mruczenia statku na fali dopełnia dołujące uczucie. Jeszcze dodatkowo, pozostawiona na lądzie rodzina, którą zobaczysz za kilka miesięcy.

Załoga na burcie. Admirał powoli zaczyna ożywać. Jedyny sposób na chandrę, zająć się obowiązkami. Na pokładzie jest pięćdziesięciu dwóch praktykantów, których rozpiera energia, by miała ona właściwe ujście dba o to czterdzieści dwie osoby załogi stałej. Zamustrowani, dzień wcześniej praktykanci podzieleni na wachty. Przydzielono rejony do sprzątania na okres całego rejsu. Trwa szorowanie, mycie i sprzątanie. Statek ożył. Oprowadzam kolegę Franciszka stromymi schodami po wszystkich pomieszczeniach, w których będą pracować. Pan Franciszek po wczorajszym dostarczeniu praktykantów na noc pojechał do domu uzupełnić potrzebne rzeczy na rejs, dziś, od rana, wciąga się w życie statkowe.

- Ale tu gorąco – mówi gdy wchodzimy do siłowni gdzie już pracuje silnik główny.

- Kwiatkowski coś zrobił z włosami? – pyta praktykanta upapranego smarami, czyszczącego zęzy.

- Sorze. Wszyscy mechanicy strzygą się na pałę. W tej temperaturze nie da się wytrzymać.

- Widzi pan – zwraca się do mnie – a w szkole trzeba ciągle ich zmuszać by mieli regulaminowo podcięte włosy.

- Kwiatkowski wyglądasz jak wypuszczony z więzienia. Tak ostrzyżeni są kryminaliści.

- Sorze! Do końca rejsu odrosną – odpowiada i znika w zęzach.

Przez drzwi, w grodzi wodoszczelnej, prowadzę do pomieszczeń, potężnych sprężarek, oficer chłodnik nadzoruje porządkowanie maszynowni chłodniczej przez praktykantów. Jeszcze przejście po metalowej drabince przez luk wyjścia awaryjnego i jesteśmy na pokładzie głównym gdzie znajdują się kabiny praktykantów. Zaglądamy do niektórych. Po wyjściu statku w morze, obędzie się pierwszy przegląd dokonany przez starszego oficera, lekarza okrętowego i przeze mnie, kabiny muszą spełniać wymagania sanitarne i regulaminu statkowego.

- Kto potłukł umywalkę? Będziecie płacić. – pytam widząc umywalkę kabinową w dwóch częściach.

- Głowack, sprzątał pod umywalką. Uniósł głowę. Nie zauważył i uderzył. Umywalka pękła. – Odpowiada szef kabiny.

Odpowiedz mnie nie przekonuje. Chłopcy z Świnoujścia mają twarde głowy, ale nie do tego stopnia. Coś tu zalatuje fałszem. Oglądam umywalkę. Zaczynam się domyślać.

- Który wieczorem mył nogi w umywalce? – Strzelam pytaniem. Zaskoczenie.

- Co mówiono na szkoleniu w tej sprawie?

- Że nie wolno myć nóg w umywalkach a należy w łazienkach na korytarzu.

- Nie będę dochodził, kto to zrobił, bo widać starą rysę na pękniętej umywalce, ale miał on szczęście – wykorzystuje sytuację do praktyczne wykorzystania tego incydentu.- Jeden z rybaków „Gryfa” nie miał takiego szczęścia. Myjąc nogę, przy przechyle na fali, poszedł całym ciałem, do przodu rozbijając umywalkę. Ostra krawędzi jak brzytwa pojechała wzdłuż uda do jego klejnotów, pozbawiając rybaka męskości. Szef kabiny do ciebie należy by o tym zdarzeniu dowiedzieli się wszyscy praktykanci. Jasne?

- Tak jest.

 

- Wiesiu w kabinie 24 trzeba zamontować umywalkę jest potłuczona – poinformowałem ochmistrza chwilę później.

- Mówiłem, że z Świnoujściem będą problem na pewno pobili się i rozwalili. Będą płacić. – Intendent statkowy, zwany w żargonie morskim ochmistrzem, odpowiadał za bazę hotelową i wyżywienie na stadku i ścigał wszystkich, którzy dopuszczali się wandalizmu lub zniszczenia.

- Nie opowiadaj głupot jak oglądniesz, przekonasz się, że była wcześniej pęknięta powinna być wymieniona przed rejsem. – Przekonywałem. Po krótkiej wymianie zdań ustąpił.

- Ale chif maszyny musi mi dać notatkę, że „umywalka pękła na skutek naprężenia spowodowanego wibracją agregatu nr 2.”

- O.K. załatwię.- Zakończyłem.

Defekt agregatu prądotwórczego nr 2, polegający na tym, że przy pewnym opróżnieniu zbiorników paliwa, powodował drgania i wibracje dużo ponad normę, miał i pozytywny aspekt. Wszystko, co można było teoretycznie przypisać jego działaniu, miało swoje odzwierciedlenie. Faktem jest, że woda w szklance w kabinie, przy jego, felernej pracy, tworzyła na powierzchni kręgi. Po wizycie w porcie angielskim, szczególnie „działania” jego okazały się niszczycielskie. Większość wazonów i karafek kryształowych, w które zostały wyposażone kabiny przez stocznię uległo „zniszczeniu”. Szczytem jego niszczycielskiej działalności było oświadczenie jednego z rybaków, uzasadniające leczenie zęba w Agadirze „na skutek wibracji agregatu nr 2 wypadła mi plomba z zęba”

 

W południe przy trapie ukazała się tablica z napisem: Załoga na burcie o 20.00

Statek był prawie gotowy do rejsu.

 

„Uwaga praktykanci! Wszyscy, których sprzątnięte rejony zostały przyjęte przez bosmanów i nie pełnią wacht, mogą do godziny 19.00 wyjść do miasta. Spóźnienie będzie karane”.

 

Ogłosiłem poprzez rozgłośnię manewrową po wcześniejszym uzgodnieniu z kapitanem.

05:22, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 listopada 2006
Mustruje Świnoujście

- Mustrujemy dzisiaj Świnoujście – poinformował Wiesio ochmistrz, gdy z workiem marynarskim, po klekoczącym metalicznie, trapie wszedłem na pokład. Te grzechotanie ruchomego trapu miało dobre strony. Marynarz pełniący wachtę dejmańską, przy trapie, nie musiał sterczeć na zewnątrz, zazwyczaj siedział w kabinie trzeciego lub radzika, dźwięki trapu niczym dzwonki przy drzwiach, sygnalizowały obecność osoby na nim.

- Wiem o tym. No to będzie trudny rejs, te harpagony jak zawsze dadzą nam popalić.

Z pośród trzech szkół morskich, Kołobrzegu, Darłowa i Świnoujścia, z których uczniowie odbywali praktyki na Admirale. Chłopcy z Świnoujścia stwarzali najwięcej kłopotów dyscyplinarnych. Byli czupurni i wymagali szczególnego wysiłku ze strony załogi, by zrealizować program praktyki. Nie przepadali za wiedzą teoretyczną, ale w pracy fizycznej w trudnych warunkach morskich, byli nie do pobicia. We wszystkich szkołach morskich dominował ukryty kult siły fizycznej, ale w tej szkole szczególnie. Wiedzieliśmy, że często konflikty między sobą rozwiązują przy pomocy siły.

- Kiedy będą na pokładzie? – Zapytałem.

- Po południu, ale mam dla ciebie dwie wiadomości jedna przyjemna druga mniej. Od której zacząć. – Powiedział z uśmiechem.

- Gadaj!

- Do pomocy będziesz miał nauczyciela ze szkoły w Świnoujściu. To ta wiadomość przyjemna.

- A ta mniej przyjemna?

- Będzie mieszkał razem z tobą w twojej kabinie.

- Czemu nie armatorskiej?

- Tam muszę umieścić inżyniera gwarancyjnego ze stoczni.

- Trudno jak trzeba to trzeba i tak druga koja jest pusta. Przez miesiąc będę miał towarzystwo.

- Masz listę praktykantów – podał listę dostarczoną wcześniej przez szkołę i zatwierdzoną przez odpowiednie służby.

Rozpakowałem się w kabinie i dokonałem przydziału kabin poszczególnym nazwiskom z listy. Z perspektywy czasu i obecnych praw obywatelskich, wyznaczanie alfabetycznie, kto, z kim ma mieszkać w czteroosobowej kabinie może budzić kontrowersje. W latach siedemdziesiątych ta forma wynikała, że wspólnych przemyśleń kapitana i oficerów z długoletnią praktyką. Uzasadnienie było krótkie.

„Załoganci polskich statków rybackich, po za oficerami, mieszkają w kabinach dwuosobowych, praktykant musi nauczyć się mieszkać z przypadkową osobą”.

Po południu zajechały autobusy na keję. Zbiórka na pokładzie trałowym. Krótka informacja o zachowaniu się na statku. Przydział kabin. Przyglądam się panu Frankowi, opiekunowi grupy widzę, że ma minę nie tęgą.

- Pływał pan wcześniej? – Pytam.

- Nie. To mój pierwszy rejs.

- Będzie dobrze. – Mówię i myślę

- Słaba będzie z Ciebie pomoc.

 

- Za dwie godziny klar w kabinach i zbiórka w mesie załogowej na szkoleniu BHP i sprawy organizacyjne. Od godziny 18 wachty. Do kabin rozejść się! – Kończę pierwsze spotkanie.

W tym rejsie praktykanci 50% czasu spędzą w działach: klasa mechaniczna w maszynie a nawigacyjna, na mostku i pokładzie. Drugie 50% to praca w przetwórni przy obróbce ryb. Statek musi zarabiać. W czasie przelotu, szkolenie teoretyczne w szkolnej kabinie nawigacyjnej – nawigatorzy, budowa systemów i urządzeń maszynowych będących na statku – mechanicy.

Po dwóch godzinach szkolenie BHP. Omówienie regulaminu statkowego.

- Na zakończenie informacja, jednym z elementów mobilizujących do nie spóźniania się na wachty jest „Podrywka” do przetwórni i „Dyskoteka” w maszynie. – Widzę zaciekawienie na twarzach.

- Wyjaśniam. W ramach „Dyskoteki” są płyty „syngle” i płyty „longi”. Za spóźnienie się na wachtę, praktykant może otrzymać do wyczyszczenia z farby, skrobakiem i stalową szczotką, jedną ze stalowych płyt, którymi wyłożona jest maszynownia. Ponieważ są dwa rodzaje takich płyt: małe i duże, więc „syngle” i „longi”. Oczywiście pracę tą należy wykonać po wachcie w czasie wolnym. „Podrywka” godzina dodatkowej pracy przy rybie w przetwórni.

Po spotkaniu ogólnym i zapoznaniu się z oficerami. Klasa mechaniczna przechodzi do sali wykładowej pod dowództwo starszego mechanika a klasa nawigacyjna pozostaje w mesie pod dowództwem starszego oficera.

Jutro przed północą statek wypływa w rejs.

 

Ps O profesorze Franciszku w następnym wpisie.

06:18, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (1) »
środa, 01 listopada 2006
Dzień Zaduszny na Atlantyku

Prawie środek Atlantyku. Przed północą z pierwszego na drugiego listopada. Kilka godzin temu (strefa czasowa) w Polsce rozpoczął się Dzień Zaduszny, przemianowany na Święto Zmarłych. (Słowo zabierające „duszę” było niesocjalistyczne.) Na pokładzie trałowym m/t Admirał Arciszewski, w otwartym na slip czworoboku stoją w postawie marynarskiej,(W rozkroku z rękami z tyłu. Taka postawa pozwala zachować równowagę przy przechyłach statku.), praktykanci i załoga. Praktykanci i oficerowie w mundurach galowych. Na pokładzie przy slipie spoczywa wieniec ze sztucznych kwiatów o barwach narodowych, z zapaloną świecą w środku. Trzej praktykanci pracowali nad nim od tygodnia. Ze starego koła ratunkowego, bez napisu, zrobiono podstawę. Zdolności plastyczne twórców nadały wygląd autentyczności, papierowym pomalowanym kwiatom. Do wieńca przypięta biało-czerwona szarfa. Kapitan wydaje komendę

„Bandera na maszt.”

„Do hymnu państwowego”

Bandera powoli przesuwa się wzdłuż drzewca. Około stu męskich gardeł intonuje

„Jeszcze Polska nie zginęła...”

Nie jest to chór Stuligrosza. Obserwuję twarze, zebranych. Sloganowe często używane sformułowanie „Załopotała biało-czerwona na maszcie” przybiera tu formę emocjonalnego patriotyzmu. Szarpany atlantyckim wiatrem, biały orzeł na banderze, żłobi na długie lata, w umysłach młodych Polaków, kod ich tożsamości narodowej. Z racji pełnionej funkcji przypada mi w udziale wygłoszenie okolicznościowej pogadanki, poświęconej polskim marynarzom spoczywającym w oceanach i morzach świata. Komenda kapitana

„Spuścić wieniec na wodę”.

Wieniec z zapaloną świecą powoli zsuwa się po slipie do wody i oddala się unoszony przez fale. Wyje syrena okrętowa.

„Uczcimy minuta ciszy...”.

Zapada cisza. Orzeł na banderze nie posiada jeszcze korony, więc nie można głośno wypowiedzieć słów

 „Wieczny odpoczynek...”.

 

06:22, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 października 2006
m/t Admirał Arciszewski

B-89                                                    Admirał Arciszewski

Typ jednostki                           Trawler przemysłowy rybacki szkolny

Producent                                            Stocznia im Komuny Paryskiej w Gdyni

Bandera                                               Polska

Wodowanie                                         28 lipca 1976

Zakończenie budowy                       30 kwietnia 1977

Długość całkowita                                                                     90,55 m

Długość między pionami                                                            81,60 m

Szerokość na wręgach                                                           15,00 m

Wysokość:

            Do pokładu trałowego                                             9,40 m

            Do pokładu głównego                                              6,80/7,00 m

Zanurzenie do znaku ładunkowego                                         5,20 m

Przegłębienie maksymalne rufowe                                     ok. 1,60 m

Nośność przy zanurzeniu...                                                     1480 t

Pojemność rejestrowa brutto/netto                                          2598/959 RT

Objętość ładowni chłodzonych ryb-bele                                   1450 m 3

Objętość ładowni podchładzanej mączki rybnej-bel       300 m 3

Całkowita objętość ładunkowa                                           1810 m 3

Moc napędu głównego                                                         2650 KM przy 500obr/min

Prędkość na próbach przy 90% mocy SG                         15, 7 węzła

Autonomiczność pływania                                                        60 dni

Pojemność zbiorników:

                                    Paliwa ciężkiego                                  1157 m3

                                     Oleju smarowego                              35 m3

                                    Wody s4łodkiej                                  193 m3

Liczba miejsc załogowych                                                      42 osoby załogi + 2 armatorskie

+55 dla uczniów          

Typ i przeznaczenie statku

Statek jest-był motorowym, jednośrubowym, dwupokładowym, szkolnym trawlerem przetwórnią, przeznaczonym do praktycznego szkolenia kadr rybackich w zakresie rufowego połowu ryb przy pomocy włoków dennych i pelagicznych na łowiskach Północnego, Środkowego i Południowego Oceanu Atlantyckiego jak również przetwarzania złowionej ryby.

Szkolenie uczniów w zakresie połowów, przetwórstwa jak również obsługi urządzeń nawigacyjnych, maszynowych, chłodniczych itp. będzie się odbywało w oparciu o normalne urządzenia znajdujące się na statku. Zastosowane urządzenia połowowe są przystosowane do połowów w systemie dwuwłokowym.

Złowiona ryba jest wstępnie składowana w zbiornikach z wodą podchładzaną. Po ręcznym przesortowaniu ryba jest mechanicznie przetwarzana na rybę patroszoną i odgławianą, filety i tusze. Przetworzona ryba jest zamrażana w postaci bloków, a po ich opakowaniu w kartony gotowy produkt jest przewożony w ładowniach chłodzonych w temperaturze -28oC.

Wysortowany przyłów niekonsumpcyjny oraz odpady poprodukcyjne są przetwarzane na mączkę rybną, która jest przewożona w ładowni podchładzanej do temperatury +12oC, natomiast olej rybny jest przewożony w zbiornikach ładunkowych.

Urządzenia przeładunkowe są przystosowane do przekazywania ładunku w morzu na chłodniowce transportowe przy jednoczesnym pobieraniu zapasów.

Statek ma dwa pokłady ciągłe:

pokład główny, który jest pokładem grodziowym i pokład trałowy, który w części rufowej przechodzi w pochylnię połowową. Siłownia jest usytuowana na rufie a pomieszczenia mieszkalne, służbowe i ogólnobytowe są rozmieszczone w wydłużonej dziobówce, w dwupokładowej nadbudówce i częściowo w kadłubie nad pokładem głównym.

Przetwórnia ryb mieści się w rufowej części nad pokładem głównym. Przedział ładunkowy stanowią dwie ładownie chłodzone ryby mrożonej przed siłownią, jedna ładownia podchładzana mączki rybnej za siłownią oraz dwa zbiorniki oleju rybnego. Fabryka mączki rybnej mieści się obok ładowni mączki natomiast maszynownia chłodnicza znajduje się przed siłownią pod pomieszczeniem przeznaczonym na świetlicę i bibliotekę.

 

08:36, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 sierpnia 2006
Wizyta polskiej "Czarnej Brygady"

Największa wpadka biznesowa „Arciszewskiego”

        Czas po stanie wojennym. Dyrekcja szkoły straciła kontrole nad kadrą mustrowaną na „Admirała”. Restrykcje Stanów Zjednoczonych ograniczyły dostęp do łowisk. Pływanie na „Arciszewskim” stało się, więc najbardziej, finansowo atrakcyjne. Stała stawka zwiadowcza, ze względu na praktykantów, których za bardzo nie miał, kto chronić, oraz part od przerobionej ryby, spowodowały, że był to statek „garbatych”.

        Statek przy nabrzeżu Bułgarskim „Gryfu” gotowy do Rejsu. Cel – Norwegia. WOP-iści z psami sprawdzili cały statek, by jakiś obywatel PRL-u nie opuścił nielegalnie socjalistycznej Ojczyzny. Celnicy skończyli odprawę i opuścili statek. Podniesiono trap. Na mostku kapitan i pilot oraz notujący wszystkie rozkazy i manewry, III Oficer. I Oficer zgodnie z regulaminem obsługuje dziób statku, II Oficer wraz z podległymi mu rybakami obsługuje cumy na rufie. Pomimo pilota na pokładzie, za wszystko odpowiada kapitan. Holowniki kończą obracać statek w basenie portowym w kierunku wyjścia na tor wodny.

        - „Admirał Arciszewski” tu Urząd Celny – rozległo się nagle w ukafce.

        - Tu „Admirał Arciszewski” słucham.

        - Proszę dobić do kei – padło polecenie.

        Słyszący tą rozmowę spojrzeli na keię. Ku przerażeniu niektórych, ujrzeli postrach wszystkich marynarz – celników z „Czarnej Brygady”

        Statek dobił do nabrzeża. Spuszczono trap. Postacie w czarnych kombinezonach, z latarkami i lusterkami na specjalnych wysięgnikach, uzbrojeni w śrubokręty, klucze i inne akcesoria, rozpoczęły tropienie przemytu. Mogą zajrzeć w każdą dziurę na statku. Rozkręcić każdy zbiornik w którym można ukryć towar.

        Pomieszczenia i miejsca na stadku dzielą się na ogólnodostępne i pod imiennym „nadzorem”. Za zwartość magazynków, kabin i szafek zamykanych na klucze, odpowiada posiadacz klucza. Za miejsca ogólnodostępne, odpowiedzialność ponosi armator statku.

        Każdy statek w czasach PRL-u był naszpikowany, jak kasza słonina, tajnymi współpracownikami różnych służb. Służby celne również miały swych donosicieli. Spektakularne nagłaśniane sukcesy, w większości był dziełem informatorów lub przypadku. Rybacy i marynarze określali ich słowami:

        - To ci, co rozmawiając z żonami przesyłali pozdrowienia dla cioci Gieni.

        Tym razem również celnicy zachowywali się jakby wiedzieli, czego i gdzie szukać. Na mostku zaczęła rosnąć góra kartonów, nowych neseserów i waliz wypełnionych produktami Polskiego Monopolu Spirytusowego. Oczywiście nikt nie przyznawał się do tej własności.

        Spisano protokół. Kontrabandę załadowano na samochód, chłodnie, wypełniając całą przestrzeń ładunkową. Na armatora nałożono karę finansową. Celnik spisujący protokół posumował:

        - Gdyby sprzedano w Norwegii ten „biznes”, to za otrzymane pieniądze można było wybudować w kraju domek i kupić kilka samochodów.

        „Admirał” wypłynął w rejs. Tylko jak wspomina jeden z uczestnik:

        - Ochmistrz, robiący właśnie ostatni rejs przed emeryturą, miał bardzo smutną minę.

 


 

18:39, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 sierpnia 2006
Wizyta, angielskiej „Czarnej Brygady”

        Postrachem marynarzy i rybaków dalekomorskich, są specjalne oddziały celników, nazywane, od koloru kombinezonów, Czarnymi Brygadami. Są one wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt potrzebny do przeszukiwań statku. Mogą zjawić się w każdym miejscu o każdej porze dnia i przetrzepać statek od stopki po pokład nawigacyjny. Brytyjskich celników interesowały głównie dwa artykuły papierosy i alkohol.

        Reda portu Lerwik na Szetlandach, „Arciszewski” stoi na haku i skupuje śledzie od brytyjskich kutrów. Przetwórnia pracuje pełną parą. Sejnery rybaków brytyjskich przybijają do burty w rufowej części statku i przeładowują rybę na pokład „Arciszewskiego”. Wykorzystując różnicę cen i beznadzieję gospodarczą Polski lat osiemdziesiątych, załoga poprawia swój bilans płatniczy prowadząc drobny handel z rybakami angielskimi. Artykuły handlowe dające dobre przebicie to alkohol, papierosy, robocze koszule flanelowe i ręczniki frotte i ubrania robocze. Oficjalnie proceder ten jest na statku niedozwolony. Rybacy pracujący przy przeładunku ryb, chcąc wyeliminować konkurencję praktykantów, którzy nie trzymali poziomu cen, odgrodzili, pod pozorem bezpieczeństwa, liną część przeładunkową zawieszając tablicę

„Dla uczniów wstęp wzbroniony”.

Zadowoleni z posiadanego monopolu, ukradkiem, dyskretnie rozpoczęli swój biznesowy proceder. Pierwsze dwa dni interes kwitł, przebicie cen było korzystne, za nową roboczą koszule, która w kraju kosztowała około jednego dolara, można było otrzymać trzy, cztery funty. Podobnie było z innymi artykułami. Na trzeci dzień ku zdziwieniu pokładowców Brytyjczycy zaczęli wybrzydzać i zbijać ceny a jeden z nich, wymachując paczką polskich „Sportów” wołał:

- Marihuana! No!

Co było powodem takiego zachowania?

        Poniżej pokładu gdzie obywał się przeładunek ryb znajdowała się przetwórnia. W czasie cumowania, bulaje przetwórni wychodzą tuż ponad pokład kutrów. Ta dogodność została błyskawicznie wykorzystana przez inteligentnych praktykantów, którzy zbijając ceny rybaków upłynnili swój „biznes”. Poszły wszystkie ubrania robocze i ochronne. Udał się im nawet sprzedać sztandarowy produkt polskiego monopolu tytoniowego - „Sporty”.

Po reakcji organizmu, wyniku wypalenia owych papierosów, Anglicy stwierdzili, że to marihuana.

        Wyczyny biznesowe na „Admirale” musiały dotrzeć do służb celnych Jej Królewskiej Mości.

        III oficer Leszek trzyma „psiaka”. Ta wachta jest najbardziej uciążliwa. Statek pogrążony we śnie. Słychać dźwięki pracujących maszyn w przetwórni. Agregaty prądotwórcze pracują pełną parą, zabezpieczając energię potrzebną do produkcji. Na mostku wygaszone światła. Półmrok. Widać tylko podświetlone tarcze przyrządów i pracującego radaru. Na zatoce światła pozycyjne i świetlne punkty okien innych zakotwiczonych jednostek. horyzont lekko rozświetlony światami portu i miasta.

        Trzasnęły drzwi wejściowe na mostek. Leszek obrócił się. Ku jego zaskoczeniu i zdziwieniu ujrzał wchodzącą po schodach niewyraźną sylwetkę w czarnym kombinezonie. W świetle, padającym przez otwarte drzwi kabiny nawigacyjnej, ujrzał celnika „Czarnej Brygady”. Był na siebie wściekły, że nie zauważył podpływających łodzi do statku.

        „Czarna Brygada” miała doświadczenie w niespodziewanym i nie spostrzeżonym dostaniu się na kontrolowany statek. Mrok nocy ograniczył widoczność a dźwięki pracującej przetwórni zagłuszyły cichą prace silników skuterów wodnych, na których nieproszeni goście dotarli na statek. Sprawnie po slipie wdrapali się na pokład trałowy. Statek był w ich posiadaniu. Rozpoczynało się przeszukiwanie szalup i wszystkich statkowych zakamarków.

        Dowódca oddziału, po przedstawieniu się, poprosił o obudzenie kapitana i intendenta. Rozpoczęło się „trzepanie” statku. Poszukiwanymi artykułami był alkohol i wyroby tytoniowe nie oclone i ponad dopuszczalną normę. Sprawdzano wszystkie pomieszczenia szafki i miejsca gdzie można ukryć te artykuły.

        Na pokładzie głównym na korytarzu, ma przeciw kabin załogi stałej, ciągnie się rząd wbudowanych w szot szafek na ubrania robocze.

- Do kogą należą poszczególne szafki? – pyta po angielsku celnik.

- Ogólno dostępne - pada odpowiedz, nikt nie przyznaje się do ich użytkowania.

Celnicy otwierają po kolei. Szafki są zaształowane nowymi koszulami flanelowymi, ręcznikami frotte i nowymi ubraniami roboczymi. Nikt się nie przyznaje do własności. Celnicy znoszą te znalezisko na mostek. Rośnie kupa nie udanego biznesu. Brytyjczycy są zdziwieni.

O co tym Polakom chodzi?

Przecież posiadanie tych artykułów, według prawa angielskiego jest dozwolone, ich interesuje tylko alkohol i wyroby tytoniowe.

Obudzony ze snu rybak, niespodziewaną wizytą, przeciera oczy. Na stole w kabinie leżą paczki „Sportów”. Celnik liczy. Razem jedenaście paczek po dwadzieścia sztuk w paczce. Bez cła można posiadać dwieście sztuk papierosów. Celnik żąda deklaracji celnej.

- Dlaczego nie oclono jednej paczki? – pyta.

-         To tylko dwadzieścia sztuki – usprawiedliwia się rybak.

Tu prawo jest prawem. Protokół. Rybak musi zapłacić pięćdziesiąt funtów kary.

Następna kabina. Celnik otwiera szafę – nic. Biurko – nic. Zagląda pod kanapkę – nic. Pod koje. Uśmiech zwycięstwa. Wyciąga karton z charakterystyczną postacią i napisem „Johan Walker”. Otwiera karton. W kartonie widać, słaby świetle kabiny, rzędy nakrętek na butelkach. Celnik wyjmuje jedną butelkę. Lekkie zdziwienie butelka jest pusta. Druga butelka - też pusta. Również pozostałe są puste. Roześmiał się z dowcipu. Machnął ręką i poszedł dalej.

Celnicy przeszukali wszystkie zakamarki statku. Oprócz nieszczęsnej paczki „Sportów”, niczego więcej niedozwolonego nie znaleźli. Odpłynęli pozostawiając na mostku kupę rybackiego biznesu. Nie wszystkie wizyty „Czarnej Brygady” kończyły się pomyślnie dla załogi.

12:37, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 lipca 2006
Woroszyłow

Kolega, nauczyciel Stefan, zwany przez uczniów „Złotym Hydrantem” z powodu „lanej wody”, zamustrowany na jeden rejs, nie posiadający kwalifkacji morskich, nie radził sobie na stanowisku w przetwórni i na pokładzie. Więc by nie stracił do końca autorytetu u praktykantów został przeniesiony na samodzielne, jednoosobowe, stanowisko, odizolowane od pozostałych, w „hadesie” statku, pod przetwórnią na rufie, czyli w mączkarni. Była to najbardziej śmierdząca robota na statku. Pomimo przywyczajeń do smrodku statku rybackiego, wszyscy unikali bliskiego spotania z pracownikiem mączkarni.  Praca polegała na zaczepianiu worka pod otwór, przez który sypała się mączka rybna, wyprodukowana z odpadów poprodukcyjnych. Pełny worek zaszywano ręczną maszyną zamieszoną na odpowiedniej linie. Zaszyty worek wrzucało się z pomostu do ładowni. Pracownika zatrudnionego na tym stanowisku nazywano Woroszyłowem – etymologia nazwy - wory szył.

Oczywiście „Złoty Hydrant” miał i tu problemy. Zaszywając w pośpiechu, przyszył niezauważalnie połę swojej rozpiętej marynarki roboczej, nieświadom tego, podszedł z workiem do krawędzi pomostu rzucił i poleciał za nim do ładowni. Szczęśliwym trafem ładownia była wypełniona workami i upadek był z niewysoka na miękkie podłoże. Jego następca miał większego pecha przez nieuwagę, na fali, przyszył dłoń.

 

12:45, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 stycznia 2006
Granitowa pamięć po imperium brytyjskim.
 

Jesień pamiętnego roku 1980.

Z łowisk szelfu północno-amerykańskich płyniemy do Europy. U zielonych wybrzeży Irlandii przeładowujemy sieci na inny statek. Wiadomość od armatora. Następny port to Glasgow. Nocą dopływamy do ujścia głęboko wciętej w ląd zatoki Firth of Clyde. Niesamowite wrażenie sprawia widok z morza na buchające ogniem i dymem zmieszanym z mgłą, piece hutnicze i koksownie Czyżby przedsionek piekła? Nie! Jesteśmy tylko w rejonie przemysłu hutniczego i metalowego, Szkocji. Rano przybywa pilot. Płyniemy kilka godzin rzeką Clyde. Na obu brzegach stocznie i pochylnie. W większości puste. W Anglii jest recesja. Słowo recesja i koniunktura w owym czasie, co innego oznaczało dla Polaka, co innego dla obywatela państwa kapitalistycznego. Marynarz zapytany.

Jak jest na Zachodzie?

Jeżeli był przekonany, że pytający nie jest ze służb bezpieczeństwa. Odpowiadał żartobliwie.

Kapitalizm umiera! Ale jaka ma piękną śmierć!

Nasze pełną parą pracujące stocznie budowały za półdarmo, w ramach RWPG za ruble transferowe. Były to „wirtualne” pieniądze, które umiano zamieniać na rzeczywiste tylko w Moskwie. Życie w „polskiej koniunkturze” było gorsze niż w angielskiej recesji. Cumujemy w pustym basenie portowym o nazwie King Georg V. Wszędzie widać solidnie wybudowane nabrzeża i puste hale magazynowe. Pozostałość po imperium, nad którym nigdy nie zachodziło słońce.

Planowane są dwa dni postoju.

Pierwszy dzień pełnię wachtę - opieka nad praktykantami, Drugiego dnia zmieni mnie starszy oficer. Jesteśmy w centrum zainteresowania mieszkańców, w każdej gazecie na pierwszych stronach zdjęcia Wałęsy powtarzające się słowo Solidarność w „Time” wydrukowane są normy kartek żywnościowych w Polsce Anglicy dziwią się jak można tym wyżyć. Atmosfera na statku jest ciężka. Lęk o najbliższych w kraju. Kapitan jest osobnikiem, którego sytuacja przerasta, daleko mu do kultury osobistej i kultury dowodzenia kapitana Zdzisława Pawłaszka i kapitana Janusza Kozłowskiego. Sposób traktowania uczniów i członków załogi budzi zastrzeżenia. Z przerażeniem oglądamy wiadomości telewizyjne NEWS TEN. W pewnym momencie na ekranie ujrzeliśmy, na czerwonym tle, biało-czerwone kontury mapy Polski. Wzdłuż granic i wewnątrz małe kółka przedstawiające radzieckie, enerdowskie i czechosłowackie dywizje. Naliczyliśmy około dwudziestu czterech. Z komentarza zrozumieliśmy, że są przygotowane do interwencji w Polsce. Cytowane są protesty premier Tacher przeciw zakusom „udzielenia pomocy” polskim komunistom, przez Układ Warszawski.

Następnego dnia.

Pakuję do torby mapę miasta, kanapki kilka funtów do kieszeni. Korzystam z uprzejmości naszego agenta morskiego i jedziemy do dzielnicy uniwersyteckiej gdzie znajduje się muzeum. Główny kompleks Uniwersytetu Glasgow, założonego w 1451 wybudowany został w XIX wieku w stylu wiktoriańskim. Położony na wzniesieniu, wokół którego rozłożyło się całe miasteczko akademickie. Po minięciu bramy budynku głównego trafiasz na rzędy kamiennych kolumn, na których wsparta jest aula. Wchodząc po kamiennych schodach przykuwają wzrok potężne obrazy olejne przedstawiające sceny batalistyczne oraz wspaniałe witraże. Dwa wewnętrzne dziedzińce otoczone są miedzy innymi katedrami matematyki, historii i filozofii. Architektura i atmosfera wymusza szacunek i powagę miejsca. Obok części dydaktycznej, dziedziniec otoczony pomieszczeniami będące dawniej (może i obecnie) mieszkaniami kadry. Masz wrażenie, ze czas zatrzymał się w końcu XIX wieku.

Kilka ulic dalej znajduje się stylowy gmach Scotland Glasgow Museum.

W holu głównym można zobaczyć granitowy sarkofag egipski stojący na uboczu.. Wykonany kilka tysięcy lat temu przy pomocy prymitywnych narzędzi zaskakuje precyzją. Stylizowane linie twarzy, włosów oraz obłości, wykute w twardej skale są tak harmonijne i symetryczne jakby były dziełem tokarki numerycznej. Ekspozycje w salach muzealnych są elementami mozaiki dawnej potęgi imperium brytyjskiego, w którym „słońce nigdy nie zachodziło". Postała tylko poświata tego słońca, przejawiająca się w pamiątkach i dziełach sztuki, „przejętych w posiadanie” od narodów Wspólnoty Brytyjskiej. Znaczna część eksponatów to własność prywatna. Świadczą o tym tabliczki z napisami.

Ekspozycja białej broni.

Zajmuje cały wewnętrzny dziedziniec przykryty szklanym dachem. Setki stalowych ostrzy niemal z całego świata o różnych kształtach i wielkości, prymitywnych i będacych dziełami sztuki, zdobionymi w kamienie szlachetne i złoto. Przeznaczenie jedno. Jak najsprawniej pozbawić życia innego człowieka w bezpośrednim kontakcie. Masz wrażenie, że ta dziedzina „działalności” człowieka jest uniwersalna i globalna od prawieków.

Ekspozycja malarstwa i rzeźby.

Kilkanaście dużych sal. Przytłacza zwiedzającego, wielkością twórców. Gdybyś wziął do ręki popularny almanach światowego malarstwa to większość nazwisk znalazbyś na tabliczkach pod obrazami. Lecz pomimo wyjątkowości dzieł, forma ekspozycji, wrzucenie do jednego worka stylów epok i kierunków, sprawia wrażenie, że właściciele, zazwyczaj z tytułem Sir, chcieli powiedzieć

„Patrzcie, co posiadamy i jacy jesteśmy bogaci”

Ekspozycja pamiątek po imperium kolonialnym.

Wzbudza najwięcej refleksji. Sale podzielone na kontynenty Afryka - między innymi, mumia księżniczki egipskiej Shep-en-hor (około 600 lat p.n.e.) wraz z przedmiotami znalezionymi w sarkofagu. Ameryka północna - pamiątki Indian, uwagę przykuwa precyzja i piękno kolorów skórzanych ubiorów Indian. Azja – głównie reprezentowana przez wspaniałe rękodzieła z Indii. Są tam stroje i przedmioty użytkowe ze wszystkich byłych krajach kolonialnych. Tak wspaniałe przedmioty tworzone przed wiekami i cieszące swym widokiem przez stulecia. Pytaja.

CO POZOSTAWI PO SOBIE NASZA OBECNA, PAPIEROWA CYWILIZACJA?

Po zwiedzeniu muzeum dochodzisz do wniosku o przemijaniu potęgi imperium brytyjskiego.

Jak długo „lwy brytyjskie” będą korzystały z pozostałości pokolonialnej? Czy przekształca się w pracowite perszerony? Może „zapolują pokojowo” na przykład w Europie Środkowo-Wschodniej?

Siedem godzin zwiedzania. Powrót na statek. Według mapy dobrym marszem dwie godziny. Próba skrótu drogi. Zabłądziłem. Mam awaryjne kilkanaście funtów na taksówkę, ale to jedna trzecia przeciętnej pensji w Polsce. Zatrzymuję patrol policyjny. Mam na kartce zapisany adres nabrzeża i mapę. Przez chwilę próbują wyjaśnić jak dojechać autobusami. Widząc moje trudności w zrozumieniu zapraszają do radiowozu. Po kilku minutach jesteśmy przy statku. Wyjmuje pieniądze. Chcę zapłacić. Tak oburzonej twarzy nie widziałem.

 

Powrót do statkowej rzeczywistości. Pytania!. Co w kraju? Lecz jeszcze wtedy nie wiemy, że ludowa władza, przygotowuje „stado WRON”, które za rok 13 grudnia wzlecą na Polskie niebo.

 

Edward Bernatowicz

 

18:54, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 stycznia 2006
Trzy żony kapitana portu.
 

 

Gwiaździsta noc przed świtem. Stoimy na redzie portu Agadir w Maroku. Czekamy na przypływ i pilota. Widać światła miasta i portu. Przed nami, na wodzie, poruszające się tajemnicze punkty świetlne. Nikt nie śpi. Ciekawość i podniecenie. Jakie będzie pierwsze wrażenie widoku Afryki? Wolno rozjaśnia się niebo. Pierwsze rozczarowanie. Szary, brudny krajobraz. Punkty świetlne to małe łódki łowiące przed świtem. O brzasku wracają do portu. Jeżeli wychowałeś się w środowisku naturalnym kraju leżącego między Bałtykiem a Tatrami, to trudno być zadowolonym. Wpływamy do portu. Cumowanie. Koniec alarmu manewrowego. Odprawa celno-paszportowa. Pierwsza wpadka kapitana. Jest zwyczaj w tym porcie, że po odprawie należy zaprosić celników na statek i pozwolić na handel z załogą. ”Stary” nie wiedział o tym i w efekcie mieliśmy szczególny nadzór przez cały postój. Basen portowy leży u podnóża wzgórza. Jego zbocze to cmentarz piętnastu tysięcy ofiar trzęsienia ziemi z roku 1960, pogrzebanych w ruinach domów. Nowy Agadir wybudowano trzy kilometry od wzgórza. Za miastem wzdłuż plaży ciągną się czterogwiazdkowe hotele z basenami, kortami tenisowymi a nawet polami golfowymi. W tym mieście rozpoczynają się trasy wycieczkowe Maroka. Nie dla Polaków zarabiających wówczas około pięćdziesięciu dolarów miesięcznie były te luksusy. Gdy tubylec usłyszał słowo Poland to najczęściej słyszałeś Dejna, Gadocha (były to lata sukcesów naszej reprezentacji). A uliczni drobni handlarze na bazarze zwanym suki, wołali

Stasiu czyncz czyncz Prastara, serweta, Caro

Co miało znaczyć Stasiu(każdy Polak to Stasiu) sprzedaj wodę kolońską „Prastara”, ręcznik frotte (serweta), lub papierosy(Caro). Wybieramy się do miasta na zakupy. Zasada jest jedna: o wszystko musisz się targować. Podawane ceny są nawet czterokrotnie wyższe. Nie musisz znać języka. Wystarczy długopis i kawałek kartki. Poza tym, język gestów handlarzy arabskich jest międzynarodowy. Dużym powodzeniem cieszy się handel wymienny. Robocze koszule flanelowe za artykuły skórzane. Mandarynki i pomarańcze za mydło toaletowe.

Suki to nie tylko bazar.

To filozofia życia. Ceremoniał targowania się to również rozrywka i oznaka szacunku dla kupującego. Kucharz z Arciszewskiego, postawny mężczyzna ubrany w elegancki letni garnitur z aparatem fotograficznym na szyji, wyglądał jak typowy amerykański turysta. Gdy próbował targować się otrzymywał odpowiedź

NO AMERIKANO

Zaopatrzeni w pudełka, kapelusze i kurtki ze skóry, wracamy na statek. Niektórzy „miłośnicy” wymiany polsko-arabskiej wracają na bosaka, w slipach, ubrani jedynie w kapelusz, kurtkę i płaszcz, w ręku trzynajac torbę wypełnioną pudełkami, oczywiście wszystko ze skóry. Architektura i krajobraz nie zachwyca. Pięknie wygladający w swych tradycyjnych ubiorach na reklamach i w telewizji tubylcy, w rzeczywistości dużo tracą na uroku.

Maroko jest krajem muzułmańskim. Intryguje nas problem, który my nazywamy „puchem marnym”. Kobieta według islamu bardziej jest COŚ niż KTOŚ. Pierwszą kobietą na ziemi,była żona proroka Adama. W Koranie nie ma mowy o tym, jakoby to Ewa nakłoniła swego męża do popełnienia grzechu. Mówi Allah w Koranie

"I szatan podszepnął mu pokusę, mówiąc: „O Adamie! Czyż mam ci wskazać drzewo wieczności i królestwo nieprzemijające?', I zjedli obydwoje z niego, (.....), Adam zbuntował się przeciwko swemu Panu i zbłądził" (Koran 20/117,120,121)

Czym jest kobieta?

„Wasze kobiety są dla was polem uprawnym. Przychodźcie więc na wasze pole, jak chcecie, i czyńcie pierwej coś dobrego dla samych siebie. Bójcie się Boga i wiedzcie, że się spotkacie z Nim! A ty głoś radosną wieść dla wierzących!”(Koran, 2:223)

Muzułmanin bierze żonę z miłości?

Nic podobnego! Prorok powiedział: "Kobietę bierze się za żonę z czterech powodów, tj. jej majątku, statusu jej rodziny, jej urody oraz jej religii. Tak więc powinniście brać za żonę kobietę religijną (w przeciwnym wypadku) będziecie przegrani."

Jak kobieta ma być ubrana?

„Powiedz wierzącym kobietom, żeby spuszczały skromnie swoje spojrzenia i strzegły swojej czystości; i żeby pokazywały jedynie te ozdoby, które są widoczne na zewnątrz; i żeby narzucały zasłony na piersi..." (Koran, 24:30,31)

Dokładniej! Aûrah - części ciała, których nie można odkrywać przed innymi (kobieta: całe ciało oprócz dłoni i twarzy, mężczyzna: od pępka do kolan).

Tak stanowią święte księgi. Jaka jest rzeczywistośc drugiej połowy lat siedemdziesiątych widziana naszymi oczami? Zapraszamy do kabiny celnika dyżurującego przy trapie. Czętujem alkoholem. Odmawia. Allach niepozwala. Ale z chęcią je słodycze Wedlla. Drugi mechanik zna francuski, chif angielski. Celnik biegle posługuje się jednym i drugim. Z rozmowy dowiadujemy się. Posiadanie kilku żon w Maroku, uzależnione jest od statusu materialnego. Po pierwsze za żonę trzeba załacić rodzine, po drugie trzeba utrzymać oddzielnie dom każdej z żon. Jako przykład podaje Kapitana Portu. Zarabia cztery tysiace dolarów miesięcznie stać go na trzy żony.

Jakie są żony w Maroku?

Jak opowiada nasz gość:

Gdy się ma jedną żonę to trzeba mieć rekawice bokserskie.

Dwie żony – bat.

Trzy żony – pistolet.

Wieczór stoimy na pokładzie z kapitanem Kozłowskim i obserwujemy ruch na kei. Zaintrygowało mnie dwóch arabów trzymajacych się za małe palce. Zbliżali się do grupy dyskutujących ziomków. Jeden pozostał w oczekiwaniu około trzech metrów od pozostałych. Kapitan wyjaśnia.

-To sa ci, których nie stać na żonę, pomimo,że Koran zabrania takich patologicznych praktyk to często się zdarzają, ten stojacy obok to „zastępcza żona” a kobieta nie może rozmawiać z „męszczyznami”.

Czy taką przyszłośc chcą stworzyć naszym Paniom i nam Talibowie i Bin Laden?

 

Edward Bernatowicz

21:21, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 stycznia 2006
Biznes jest biznes.
 

Kochany wnuku, w naszej Ojczyźnie były takie czasy. Czasy realnego socjalizmu i nierealnej gospodarki. Gdy ogrodnik był badylarzem, kupiec spekulantem a rolnik kułakiem. Gdy symboliczne ilości cytrusów „rzucano” do sklepów przed świętami według grafiku uchwalonego przez egzekutywę Komitetu PZPR. W czasach, gdy zamiast słowa kupić funkcjonowały zamienniki - załatwić i zdobyć a w sklepach bez problemów można było kupić tylko ocet i wódkę. W czasach, gdy takie słowa nie ukazałyby się w żadnej gazecie a autor zostałby okrzyknięty ‘wrogiem ludu”. Marynarze i rybacy dalekomorscy starali się jak mogli uzupełnić rynek w artykuły pochodzenia zachodniego. W Polsce Ludowej „lud pracujący miast i wsi” przejawiał tęsknoty i wyobrażenia o dobrobycie zachodnim poprzez, falami przychodzące mody na poszczególne artykuły. Mieliśmy okres spoconych elegantów w letnie upały w koszulach ze sztucznego włókna „nonairon”. Mieliśmy okresy „Polski Ludowej Ortalionowej”., „krempliny dla całej rodziny”... Były to mody krótkotrwale przychodziły wypełniały ulice i znikały. Marynarze floty handlowej pływający na krótkich rejsach na bieżąco zaspokajali marzenia współziomków a sobie napełniali portfele. Nie zawsze udawało się ten biznes rybakom dalekomorskim. Rejsy trwały do pięciu miesięcy porty, do których zawijały statki wcześniej były nieznane. W flocie handlowej działali „hurtownicy” w rybołówstwie detaliści amatorzy. Robienie „biznesu” przez amatorów rybaków miewało czasami nie zaplanowane efekty.

Kremplinowy biznes Starszego.

Starszy Oficer Zygmunt, który wiekiem był również starszy a rybaczenia uczył się u Holendrów. Wypłynął w rejs w czasie, gdy królowała moda na ubrania z Krempliny. Łowisko docelowe to Północna Ameryka. W Las Palmas na wyspach Kanaryjskich, gdzie ze względu na niskie bezcłowe ceny większość statków uzupełnia zaopatrzenie. Zygmunt uniesiony falą robienia biznesu. Dokonał zakupu czterech bel tkanina z krempliny. Przeliczył. Trzykrotne przebicie do ceny krajowej. Będzie w kraju kawałek grosza. Zadowolony popłyną na łowisko. Rejs trwał około pół roku. Powrót z rejsu. Odprawa celna w Szczecinie. Wspomina po latach:

- Zdziwił mnie uśmiech celnika, gdy clił mój „biznes”. Dopiero w domu, żona, uświadomiła, że w ciągu pół roku moda zmieniła się nikt tego nie kupi.

Od tego czasu Zygmunt nie „robił biznesów” Tylko znajomi byli zdziwieni, czym to, zostało ocieplone wnętrze garażu.

Suszone grzyby i knoty do zapalniczek.

Kolega Stefan, który bardzo, bardzo lubił zdobywać i mieć pieniądze. Do tego stopnia, że to przesłaniało mu zdroworozsądkowe myślenie. Otrzymawszy prawo zamustrowania na jeden rejs i znając legendy krążące o biznesach robionych przez marynarzy i rybaków. Postanowił zasięgnąć „języka”. W tym samym bloku w sąsiedniej klatce mieszkał oficer chłodnik z Arciszewskiego, Paweł. Stefan niby przypadkiem spotkał sąsiada, zaczął wypytywać.

- Co można zabrać na biznes?

- Nie wiem. - Szczera odpowiedz pytany. Ta odpowiedź była niewystarczająca. Stefan był zapalonym grzybiarzem i zasugerował.

- Może wziąć grzyby suszone?

- Być może.- Dla świętego spokoju odpowiedział Paweł. Ta odpowiedz potraktowana została pozytywnie. Rybak Stefan zatrudniony na stanowisku „woroszyłowa”(w żargonie rybaków-odsługujący mączkarnie i zaszywający, worki z mączką rybną, - bardzo śmierdząca robota). Wypłynął na morza i oceany robić grzybowy biznes. Załogi statków mają dziwne upodobania do robienia „zgrywy” ze swych kolegów a szczególnie z takimi przywarami jak u rybaka Stefana. Zorientowawszy się w zamiarach biznesowych kolegi, upewniali go w słuszności decyzji. Gdy statek zawinął do Abidżanu uczynni koledzy przygotowali kartkę z dużym napisem

„POLISH MUSHROOMS FOR SAL” (Polskie grzyby na sprzedaż).

Amator biznesu udał się do hoteli z propozycją handlową napisaną na kartce. Nikt jednak nie chciał kupić tak wspaniałego produktu polskich lasów. Dziwiło naszego przyjaciela powtarzające się często u rozmówców jedno słowo CRAZY. Powrót na statek. Koledzy, wyjaśnili, że prawdopodobnie uprzedził go w grzybowym biznesie jakiś inny polski marynarz. W kabinie leżąc na koi usłyszał szepty współmieszkańców, w których powtarzały się słowa knoty i zapalniczki. Zaintrygowany tak długo naciska na nieszczęsnych rybaków, że wyznali w tajemnicę o swoim biznesie. Kupili po trzy kilogramy knotów do zapalniczek. W kraju to daje sześciokrotne przebicie. Oczywiście pokazaliby jak wyglądają, lecz już zapakowali i ukryli na statku przed celnikami. Po uzyskaniu od Stefana zapewnienia o zachowaniu tego w tajemnicy dali kartkę z napisem

“Where can I buy a wick for a ligta”.

Oraz podali adresy sklepów. Bieg po sklepach nie dał efektu i tylko dalej powtarzało się słowo CRAZY. Na pytania koledzy stwierdzili.

- Chyba całe zapasy knotów zostały wykupione przez polskich marynarzy.

Przez następne lata na Arciszewskim funkcjonowały następujące jednostki biznesu: 1 knot do zapalniczki; 100 knotów = 1 kg suszonych grzybów; 10 kg suszonych grzybów = 1 Stefan.

Maluch metalik.

Wiesio ochmistrz był szczęśliwym posiadaczem Fiata 126p. W końcu lat siedemdziesiątych był to powód do dumy. Marzeniem każdego kierowcy w kraju posiadanie samochodu o kolorze metalik. Można było to osiągnąć, lecz koszty były niewspółmierne do przyjemności. W Halfaksie trafił na sklep z lakierami i farbami do samochodów. Po wstępnej analizie ceny „metaliku” wszystko wskazywało na porównywalną cenę do zwykłego lakieru krajowego. Uszczęśliwiony Wiesiu dokonał zakupu trzech puszek farby tyle wystarczało na przeistoczenie malucha w super malucha. Statek wyszedł w morze. Szczęśliwiec zawołał kolegów samochodziarzy. Dokładna analiza instrukcji. Szok. Farba była jednym z trzech składników potrzebnych do położenia lakieru. Koszt łączny przekraczał pokrycie, takim samym metalikiem w kraju razem z robocizną. Dzięki swemu „sukcesowi” biznesowemu Wiesiu otrzymał tytuł „Biznesmena Rejsu”

Biznes, chciwego Senegalczyka

Kabina Stanisława miała drzwi przy samym wejściu z trapu na statek. W czasie postoju w Dakarze był narażony na ciągłe wizyty czarnoskórych tubylców. Oczywiście często po takiej wizycie czegoś brakowało. Zdenerwowany postanowił zapłacić pięknym za nadobne. Do kieszeni starego płaszcza, który nadawał się na szmaty włożył kopertę zepsutego zegarka z paskiem a do drugiej kieszeni stary portfel wypełniony pociętymi, o znanym kształcie, gazetami. Powiesił płaszcz na wieszaku przy drzwiach. Nie musiał długo czekać. Kandydat na biznes rozejrzał się po kabinie bez pytania wziął z półki „spraj” na muchy z przekonaniem, że to kosmetyk „psiknął” po pachy i do otwartych własnych ust. Rozbiegane oczka zatrzymały się na płaszczu. Gestem zapytał czy może przymierzyć. Stasiu od niechcenia wyraził zgodę. Włożył płaszcz. Lewa ręka w kieszeni. Prawa ręka w kieszeni. W oczach tubylca ukazał się charakterystyczny błysk. W ogólnoświatowym języku, czyli machając rękami, zapytał o cenę. Otrzymał napisaną na kartce kwotę za którą można było kupić dwa nowe takie płaszcze. Nie targował się. Zapłacił i szybko opuścił statek. Od tego momentu już nikt nie niepokoił Stanisława i nie proponował mu biznesu.

 

„Biznesy” hurtowników i zawodowców niech pozostaną tajemnicą ich i celników.

Edward Bernatowicz

15:16, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 grudnia 2005
Igraszki potwora z Loch Ness.
 

 

Wiemy jak Bóg tworzył Ziemię. Lecz nie wiemy, jaki był zamysł i cel Boski w dzieleniu bogactw w ziemi, na ziemi, w morzu i w powietrzu. Szkocja a w szczególności Kaledonia nie została hojnie obdarowana przez Boga. Ciężką i mozolną pracą, ten twardy naród, przez wieki tworzył sobie godne życie. Porównując nasz kraj szczodrze obdarowany, ma się uczucie zażenowania i wstydu z naszych osiągnięć. Górale kaledońscy nieliczne swoje szanse wykorzystali do perfekcji. Wełna szetlandzka, produkcja whisky, turystyka i rybołówstwo morskie są tego dowodem.

W wolną od pracy sobotę

organizujemy wycieczkę autokarową przez cały półwysep z Ullapool do Inverness. Od wybrzeża Atlantyckiego do Morza Północnego. Inverness to takie szkockie Zakopane. W tym mieście kończy się kanał Kaledoński przecinający cały półwysep. Jednym z elementów kanału jest jezioro Loch Ness, zamieszkałe przez potwora o pieszczotliwej nazwie Nessi.

Kim jest Nessi?

Jest to „byt” wirtualno-medialny z przesłankami żywej materii, otaczający swą menażersko-turystyczną opieką mieszkańców tej ziemi. Jest, ale jakby nie było. Kpi z naukowców, szanuje turystów, wzbogaca tubylców. Jest wszechobecna. Jedziemy autokarem wąskimi górskimi drogami podziwiamy kulturę jazdy. Droga jest wąska. Szerokość jednego samochodu. Co około pięćdziesiąt metrów, na przemianie z lewej i prawej strony są mijanki. Nadjeżdżające z przeciwnych stron pojazdy tak regulują prędkość, że mijają się w ruchu. Jedziemy przez wrzosowiska z pasącymi się owcami i nielicznymi poletkami po skoszonym jęczmieniu. Te popularne zboże daje początek sławy jednego z symboli Szkocji, szkockiej whisky.

Twórcami tego alkoholu są Irlandczycy,

Szkoci doprowadzili produkcję do doskonałości. Cykl produkcyjny rozpoczyna się od słodowania jęczmienia. Oczyszczone ziarno zostaje na dwa-trzy dni zamoczone w wodzie. Następnie wysypane zostaje na betonową podłogę w pomieszczeniu zwanym słodownią, gdzie pozostaje przez następne 8-12 dni Skiełkowany jęczmień w postaci zielonego słodu zostaje osuszony nad żarzącym się torfem, którego smak - bardziej lub mniej intensywny, w zależności od intensywności suszenia - pozostaje w whisky już do samego końca. Wysuszony słód zostaje zmielony, a powstały w ten sposób zacier - zmieszany z gorącą wodą w pojemniku o kształcie olbrzymiej beczki. Po odsączeniu stałych składników jęczmienia przelewa się do kadzi fermentacyjnych na około dwa dni. Najważniejszym etapem jest destylacja alkoholu w specjalnych urządzeniach. Kształt tych urządzeń ma wpływ na smak whisky. Destylacja powtarzana jest dwu lub trzykrotnie. Następnie otrzymany produkt wlewany jest do dębowych beczek. Ostatnim etapem jest dojrzewanie i leżakowanie, które dla porządnego trunku trwa najmniej dziesięć lat. Tak produkowana jest whisky słodowa (single malt whisky). W naszych sklepach możemy kupić: whisky zbożowe (grain whisky)- produkcja podobna do produkcji wódki, whisky mieszane (blended whisky) – mieszanka zbożowej z słodową, whisky mieszane de luxe – posiada większy procent whiski słodowej. Dane mi było degustować 8YO Glenlivet o niezapomnianym smaku. Po latach już XXI wieku z sąsiadem, kuzynem Józkiem miałem przyjemność „degustować” dwunastoletnią słodową pomimo, że mieszka kilka domków obok, mój powrót do domu był ciężki. Czyżby moc Nessi sięgała nad Bałtyk?

Co ma wspólnego szkocka whisky z Nessi?

Ponoć można zobaczyć Nessi po wypici pewnej ilości tego trunku. Droga biegnie obok Loch Ness. Jesienna mgła rozciągająca się nad jeziorem dodając tajemniczości. Ciho i spokojnie. Mijamy ruiny Castle Urquhart ze względów komercyjnych i czasowych nie ztrzymujemy się, co może być poczytane przez Nessi jako brak szacunku. Dojeżdżamy do Inverness. Z radiooficerem Stasiem Jakubasem zwiedzamy miasto. Naszą uwagę przyciągają ubiory niektórych starszych mieszkańców miasta - Sherlock Holmes z fajką w zębach.

Przed ekskluzywną restauracją,

kobziarz w tradycyjnym szkockim stroju, wabi muzyką do skorzystania z usług. Docieramy do wzgórza, na którym znajduje się zamek-pałac klanu Macdonald. Opinia Stasia jest krótka.

- Wiesz! W takiej budowli w Polsce mieszkałaby służba pałacowa.

Zwiedzanie zbliża się do końca. Za dwa dni statek wraca do kraju. Robimy rachunek naszych zasobów finansowych. Wystarczy na kilka kilogramów bananów i pomarańczy. Idziemy do supermarketu. Stasiu prosi sprzedawczynię o wybranie mniej dojrzałych owoców. W domu będziemy za tydzień do tego czasu owoce dojrzeją w kabinie. Ekspedientka nie może zrozumieć, po co nam tak dużo niedojrzałych cytrusów. W końcu doznaje olśnienia. Widzimy zdziwienie w oczach.

–To w Waszy kraju nie można kupić owoców cytrusowych?

Wnuku, w naszym kraju w czasach realnego socjalizmu tylko nielicznym szczęśliwcom udawało się wystać w kolejce pomarańcze. Twój tata po raz pierwszy zobaczył prawdziwy ananas i orzech kokosowy jak miał osiem lat.

Wracamy do Ullapool.

Musieliśmy obrazić Nessi, bo rozpoczęła z nami igraszki. Nad trasą powrotu przechodzą szkwały. Ciekawa jest natura tego zjawiska. Czyste niebo. Podmuchuje słaby wiaterek. Widać na dalekich stokach górskich linie żlebów schodzących w dół do morza. Przypominają schemat układu nerwowego. Co pewien czas nadchodzi, z nad morza, czarna chmura. Zbliża się nieuchronnie. Strumienie deszczu jak z potężnego prysznica i szalejący wiatr dokonują ablucji lądu. Czujemy niebezpieczne uderzenia wiatru w autokar. W czasie przechodzenia szkwału mijamy pięknie położony wodospad górski. Za przyczyną silnych podmuchów wiatru i być może Nessi. Cząsteczki wody zerwane z wodospadu falują sprawiając wrażenie potoku płynącego pod górę. Szkwał przeszedł. Widoczne z daleka górskie żleby powoli pęcznieją. Układ nerwowy zamienia się w układ krwionośny zbierający i zwracający morzu wodę przyniesioną przez szkwał. Docieramy do portu w Ullapool. Nessi nie daje nam spokoju. Ściąga szkwał za szkwałem. Musimy czekać na lepszą pogodę, aby bezpiecznie szalupą dotrzeć na statek. Siadamy w naszym stałym pubie przy kominku i przez okno obserwujemy zatokę. Marynarze z niemieckiego statku zlekceważyli popisy Nessi i próbowali pontonem zabrać swoich załogantów z portu. Na zatoce silnik odmówił posłuszeństwa.

Na naszych oczach rozgrywa się walka o życie.

Pomoc jest niemożliwa. Szalejący wiatr za chwilę roztrzaska ponton o nabrzeżne skały. Nessi nie zabija!. Pechowcy wrzuceni zostali w jedyny żleb potoku, jaki znajduje się na tym brzegu i jak po slipie wydostali się na ląd.

Po dwóch godzinach pogoda pozwala na bezpieczne dotarcie na statek. Do dziś nie wiem czy to, co nas spotkało w tym dniu było za przyczyną potwora z Loch Ness czy tylko nam tak się tak zdawało.

Edward Bernatowicz

 

 

11:21, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 grudnia 2005
NAJŁADNIEJSZA DZIEWCZYNA W ULLAPOOL.
 

 

 

Zapach lądu to wyjątkowy stan ducha i zmysłów. Tylko marynarz i żeglarz ma szczęście go doświadczać. Przez całe życie jesteś w nim zanurzony stąpając po ziemi. Istnieje zawsze, więc nie ma go dla twoich zmysłów.

Morze - jak kawa w ustach kipera - wypłukuje ten stan. Po miesiącu pobytu na morzu jesteś już gotowy do degustacji. Zbliżając się do brzegu jest taka chwila, moment, w którym czujesz i wchłaniasz to przyjemne zjawisko. Jest jak osnowa, na której tkane są kolory, światło, temperatura, dźwięki, zapachy i smrody konkretnego wybrzeża w konkretnym czasie. W efekcie otrzymujesz “oddech lądu”.

 

Stoimy na kotwicy w fiordzie

Północno-zachodniej Kaledonii. W umysłach mamy zakodowany szkolny obraz fiordów skandynawskich: groźnych, przerażających i tajemniczych skał. Ale fiordy Szkocji w okolicach Ullapool przywołują przyjaznym oddechem lądu. Przez miliony lat deszcz i wiatr szlifował te góry. Wyglądają z morza jak pasmo pagórków porośniętych wrzosami i trawami. Pracowici Szkoci przez wieki grodzili zielone pastwiska i wrzosowiska murkami ułożonymi z kamieni tworząc ogromny tartan.

 

Kupujemy od rybaków szkockich makrelę,

obrabiamy wstępnie, mrozimy i w portach niemieckich sprzedajemy Jugosłowianom. Zapełnienie ładowni trwa do miesiąca. W soboty i niedziele rybacy nie łowią. Szczególnie rygorystycznie przestrzegane jest w Szkocji prawo do odpoczynku niedzielnego - do godziny 16.00 zamknięte są wszystkie puby, nie można nawet grać w piłkę na boiskach.

 

Przed i po zmianie każdej wachty przy ładnej pogodzie szalupa krąży do portu i z powrotem. Praktykanci i załoga wolna od wacht mogą płynąć na ląd. Komunikaty pogodowe są pomyślne. Kapitan Pawłaszek przekazuje dowództwo starszemu oficerowi. Płyniemy do Ullapool. Spacer po twardym lądzie. “Zadanie specjalne” - prywatny konkurs na najładniejszą dziewczynę spotkaną w Ullapool. Piękne niedzielne popołudnie. Malowniczo położone na półwyspie miasteczko. Takie weekendowe, górskie Ustronie Morskie. Pensjonaty, motele, puby i stołówki. Domy swą architekturą i usytuowaniem uzupełniają urokliwość pejzażu. Obserwowane na spacerze przedstawicielki tubylczej płci pięknej nie spełniają jednak warunków naszego konkursu. Mamy w mieście swój stały żeglarski pub z płonącym ogniem w kominku i widokiem na zatokę. Dziś jesteśmy pięć minut przed otwarciem. Właściciel - sympatyczny Szkot z fajką w zębach - wpuszcza nas do środka informując, że miałby kłopoty, gdyby Bobi zauważył wcześniejsze otwarcie.

Każdy klan szkocki

ma własny wzór i kolor tartanu. Jeden wzór jest zastrzeżony - to Tartan Królewski. Nam najbardziej odpowiada tartan-piwo. Warzone w Szkocji ma ciemny kolor i jest dość mocne. Podawane wyłącznie z beczki w kuflach. Pite w swym naturalnym środowisku daje niezapomniane doznania. Przyległa do pubu sala to coś pośredniego między naszą stołówką wczasową a restauracją. Można tam zjeść obiad - w pubie u właściciela składasz zamówienie na wybrane z karty danie i sącząc drinka oczekujesz na realizację, gdy posiłek jest przygotowany i podany, właściciel prosi do sali obok. Wieczorem lokal ten zamienia się w salę taneczną. Gra zespół w składzie: kobza, akordeon i perkusja. W repertuarze ludowe, szkockie tańce. Popijając piwo obserwujemy jak wspaniale i radośnie potrafią bawić się młodzi i starzy. Otacza cię przyjazna i życzliwa atmosfera. Obok, z trudem utrzymując się w pozycji pionowej, przemieszcza się ofiara szkockiej whisky. Przy następnym stoliku przyciąganie ziemskie zmogło go i runął jak długi na stolik, przy którym siedziała grupa młodzieży. Awantura gotowa? Nic podobnego. Dwóch młodzieńców o subkulturowym wyglądzie spokojnie, bez zdenerwowania podniosło nieszczęśliwca, zaprowadziło w kąt sali i posadziło na krześle. Do naszego stolika przysiadło się małżeństwo. Widzą, że nie tańczymy. Orkiestra gra szkocką, ludową melodię.

- It’s a simple dance. You can try with my wife (To łatwo się tanczy. Możecie zatańczyć z moją żoną) - mówi mąż. Taneczna próba wypadła pomyślnie.

Obserwacja sali w aspekcie naszego konkursu nie daje jednak zadawalającego wyniku. Czas wracać na statek. Spacer promenadą nadmorską w oczekiwaniu na przybycie szalupy. Charakterystyczną cechą domów w miasteczku jest living room z dużym, nie zasłoniętym oknem i obowiązkowym kominkiem. Przechodząc obok widzisz jak odpoczywają i relaksują się Szkoci i Anglicy.

Kochany wnuku,

w końcu lat siedemdziesiątych w naszej ojczyźnie panował ustrój socjalistyczny, który “podarował” nam między innymi system kartkowy na podstawowe artykuły. “Odpoczynkiem i relaksem” większości Polek i Polaków było wówczas wystawanie w kolejkach sklepowych. Zazdrościmy więc tubylcom ich normalności. Nasze porównania ustrojowe przerywa widok pary przechodzącej w kierunku portu. Mamy wreszcie rozstrzygnięcie naszego konkursu. Nasza kandydatka na najładniejszą dziewczynę Ullapool ma około dwudziestu pięciu lat, ujmujący uśmiech, ładne nogi, zgrabną sylwetkę, jest szykownie ubrana. Werdykt zapada jednomyślnie - to jest TA! Jednocześnie zauważamy, że mężczyzna towarzyszący zwyciężczyni ubrany jest w charakterystyczną kurtkę polskiego marynarza – kargerówę. Po dalszej analizie ubioru dochodzimy do wniosku - to jest polski marynarz. W porcie od marynarzy z innych statków dowiadujemy się, że jest to lekarz okrętowy z polskiego traulera. Kim była nieznajoma? Najładniejsza dziewczyna Ullapool to żona doktora - Polka. Przyleciała kilka dni wcześniej do Szkocji i mieszkała razem z mężem na statku.

Wiadomo - najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny!

 

Czy z nimi nie jest czasem tak samo, jak z “oddechem morza”? Żyjemy obok i nie dostrzegamy ich piękna, ale wystarczy dłuższa nieobecność i pojawia się ono z całą siłą.

 

edward.bernatowicz@wp.pl

16:15, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 września 2005
Europejski Kmicic

Europejski Kmicic.

- Kim był Arciszewski, którego nazwiskiem ochrzczono statek Twoich opowiadań, dziadku?” – zapytałeś wnuku.

Kochany wnuku, Krzysztof Arciszewski, tak jak Ty i ja, był Polakiem i Europejczykiem. Czyny jego i sława były znane w XVII wieku na dwóch kontynentach: Europie i Ameryce Południowej. Niczym Kmicic skupiał w sobie nasze narodowe wady i zalety. Analizując fakty i zdarzenia z jego życia można powiedzieć, że zawsze w pierwszej kolejności był Polakiem, a później Europejczykiem i bohaterem Świata. Jego wszechstronne uzdolnienia, konsekwencja oraz szlacheckie poczucie osobistej godności przysporzyła mu w kraju problemów, a w Holandii, Francji i Brazylii - sławy. Czyny jego są bardziej znane w Europie, niż w Polsce. Zdolny inżynier i budowniczy, znakomity organizator. Najwybitniejszy przedstawiciel wiedzy technicznej w Polsce w XVII. Admirał i wódz Holendrów w Brazylii. Generał artylerii za Władysława IV i Jana Kazimierza. Poeta, a nawet autor dzieła medycznego. Z zapomnienia historii wydobywa go F.M. Sobieszczański w roku 1851 w Życiorysach znakomitych ludzi, wsławionych w różnych zawodach. Henryk Sienkiewicz w Ogniem i mieczem poświęca kilka zdań. W okresie międzywojennym, gdy w wolnej Polsce starano się przywrócić właściwe miejsce w historii słynnym Polakom, ukazuje się utwór Bohdana Rychlińskiego Przygody Krzysztofa Arciszewskiego. W czasach PRL ta znakomita postać była treścią trylogii Wiosna admirała, Muszkieter z Itamariki i Królestwo pychy Michała Rusinka. Lecz charakter tej książki jest bardziej „klasowy” niż historyczny.

Wśród rogalińskich dębów.

Prawie każdy Polak wie, że wśród rogalińskich dębów jest najstarszy dąb w Polsce Bartek. Lecz mało, kto wie, że w grudniowy mroźny poranek roku 1592, w pobliżu, przyszedł na świat chłopiec, któremu nadano imię Krzysztof, zwany Krzysztofem z Arciszewa lub Arciszewskim. Dęby dały mu siłę, wytrwałość i waleczność. Ariańskie pochodzenie miłość do nauki i wiedzy. Rodzice w genach przekazali zdolności. Czasy, w którym przyszedł na świat to przełom XVI i XVII wieku. Rzeczpospolita szlachecka jest jeszcze w pełni potęgi, lecz już zaczynają się pojawiać się rysy. Wolna elekcja w tak bogatym kraju zaczyna przyciągać, jak zawsze, zachłannych sąsiadów. Wisząca często u magnackich klamek szlachta głosuje za tym, który więcej daje lub raczej więcej obiecuje. Ograniczanie władzy królewskiej przez oligarchiczne rody magnackie żądnych władzy i najwyższych godności w państwie.

Czyżby historia się powtarzała?

Wtedy płacili za to chłopi i mieszczanie. A obecnie?

Skorumpowana sprawiedliwość.

Decydujący wpływ na los młodego Krzysztofa miał adwokat Brzeźnicki, o którego burdach wspomina Polski Słownik Biograficzny.

Jaruzel Kacper Brzeźnicki (vel Brzeziński), urodził się przypuszczalnie między 1560 a 1570 rokiem, miał niepewne nazwisko i pochodzenie. Prawdopodobnie pisał się Brzeźnicki, aby podszyć się pod nazwisko szlacheckie. Pracował jako adwokat. Korzystając z popularności wśród szlachty, wśliznął się do jej grona. W pewnym okresie zawładnął dobrami Ojca Krzysztofa, Eliasza Arciszewskiego. Procesy, które się wywiązały, przypieczętowały ruinę rodziny Arciszewskich. Brzeźnicki przewlekał sprawy dopóty, dopóki cała sprawa nie zakończyła się klęską Arciszewskich. W owym okresie dochodzenie sprawiedliwości poprzez osobiste prowadzenie procesu natrafiało na duże koszta, a ponadto przy systemie, jaki się wytworzył, strona nie mająca dochodów błąkała się po izbach i często odjeżdżała z niczym, było już po sprawie nim do właściwego referendarza trafiła. Co to nam przypomina?

Po powrocie ze służby u Krzysztofa Radziwiłła i po udziale w wyprawie inflanckiej, Krzysztof Arciszewski sam wymierza sprawiedliwość. Urządził zasadzkę na Brzeźnickiego i strzelił. Potem powiesił go na szubienicy, na której Brześnicki zmarł.

Na podbój świata.

Skazany na infamię i banicję, wyjechał 1623 do Holandii, ukończył tam studia w zakresie inżynierii wojskowej i artylerii. Następnie przeniósł się do Francji, gdzie jako żołnierz wojska kardynała Richelieu m.in. brał udział w zdobywaniu protestanckiej twierdzy La Rochelle. Od 1629 w służbie holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej. Walczył w Brazylii z Hiszpanami i Portugalczykami. Mianowany generałem a następnie admirałem, wsławił się zdobyciem twierdzy Arrayal (Castello Real) i Porto Calvo oraz oblężeniem portu Nazareth. Prowadził także prace kartograficzne na terenie Brazylii i opisał życie tamtejszych Indian.

Powrót do Ojczyzny.

W tysiąc sześćset czterdziestym szóstym roku przyjął propozycję króla Władysława IV Wazy i objął stanowisko generała artylerii koronnej -  starszy nad armatą. Brał udział w walkach z Kozakami i Tatarami. Walczył pod Piławcami. Na rozkaz królewski zbudował mostołodzie (pontony), które miały służyć do przeprawy przez Dniestr, Prut i Dunaj - na wypadek wojny z Turcją. W czasie wojen kozackich kierował obroną Lwowa, brał udział w odsieczy Zbaraża. Wyróżnił się zwłaszcza pod Zborowem, gdzie kierował pracami fortyfikacyjnymi i mostowymi (m.in. przeprawą przez rzekę Strypę). Historycy holenderscy i brazylijscy, uczeni francuscy i niemieccy nie szczędzili mu miejsca w swoich dziełach, raz chwaląc go jako dzielnego żołnierza i wodza, znakomitego artylerzystę i żeglarza, to znów widząc w nim awanturnika i krnąbrnego kondotiera, który doszedłszy do sławy i najwyższych zaszczytów, ośmielił się sprzeciwić gubernatorowi Brazylii, księciu de Nassau.

Widmo Europy krąży nad komunizmem.

Kochany wnuku. Jest jeszcze wielu w Europie i Świecie Polaków, których sława historyczna w ich własnej Ojczyźnie jest mało znana. Pięćdziesiąt lat cenzurowania zrobiło swoje. Teraz, gdy widmo wolnej Europy krąży nad ruinami komunizmu, pokolenie Twoje i Twego taty będzie mogło, korzystając z uczelni i archiwów Europejskich, przywrócić narodową pamięć i odfałszować historię. Na przekór „Jaruzelom".

15:36, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (1) »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki: