Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
środa, 05 kwietnia 2006
I tylko czegoś nam żal...

Kapitanom żeglugi wielkiej rybołówstwa: Zdzisławowi Pawłaszkowi, Zbigniewowi Łukasikowi i Januszowi Kozłowskiemu oraz wszystkim dejmanom i zejmanom i „szczurom lądowym” jako życzenia świąteczne dedykuję

 

 „...I ósmego dnia Bóg stworzył wiosnę, by człowiek odczuł i poczuł radość rodzącej się do życia przyrody. I Bóg wybrał narody, które po zimowych uciążliwościach w szczególny sposób zasługują na jej przeżywanie. I kazał ptakom pokonywać kontynenty i morza w drodze powrotnej do miejsc urodzenia, marynarzom i rybakom wracać do portów a wszystkim zrozumieć tajemnicę Święta Wielkanocnego...”

 

Ptasia tratwa ratunkowa

Są takie dni wiosenne na Bałtyku, gdy ptaki wracają do swych miejsc urodzenia, po zimowej wędrówce. Ptasia arystokracja - bociany, czaple i żurawie wracają, wysoko po niebie, własnym rozkładem jazdy w pięknych kluczach i czy oglądasz je z pokładu statku czy z lądu odczucia są podobne. Arystokracja pływająca, dzikie gęsi i łabędzie mkną tuż nad wodą. W każdej chwili, zmęczone mogą wodować. Ptasi drobiazg rządzi się innymi prawami. „Owej” wiosny otrzymaliśmy wiadomość, że „Arciszewskiemu” przypadło zadanie pełnienie roli bazy obierającej, w czasie „żniw śledziowych”, połowy od kutrów. Święta Wielkanocne spędzimy na morzu. Smutne. Lecz takie są prawa zawodu marynarza. Czym bliżej świąt monotonie i nostalgicznie. W sobotę przed niedzielą palmową, późnym świtem obudził mnie łomot do drzwi kabiny

– Wstawaj szybko i wyjdź na pokład!

Usłyszałem podekscytowany głos ochmistrza Wieśka. Ubrałem się i wypadłem na pokład. Osłupiałem. Statek wyglądał niczym choinka przybrana kolorowym ptasim drobiazgiem. Na masztach, relingach, antenach i pokładach dziesiątki pliszek, sikorek, kosów oraz nieliczne drozdy i inne nieznane mi gatunki ptasiego rodu. Na antenie radionamiernika drzemał zmęczony puchacz. Dźwięki wydawane niczym nie przypinały radosnych treli z wiosennych parków i lasów, lecz ćwierkliwe wołanie o ratunek. Wiesiek znawca ptasich zwyczajów poinformował.

- To są te, które z wyczerpania nie mogą lecieć dalej przez Bałtyk. Są spragnione i głodne gdyby napiły się słonej morskiej wody poginą. Musimy poustawiać naczynia ze słodką wodą.

Na pokładzie łodziowym i innych miejscach poustawiano prowizoryczne poidła.

Duże serce małego ptaka

Statkowy „trust mózgów” określił, czym się żywią poszczególne gatunki z listy artykułów dostępnych się na statku. Ruszyła ptasia stołówka. Statkowi „Wolontariusze” w chwilach wolnych od wacht uzupełniali kasze i inne ptasie przysmaki. Przez otwarty bulaj wpadła sikorka. Przerażona chaotycznie i bezładnie próbuje wyzwolić się z pułapki. Obija się o szoty. W końcu udaje się ją złapać. Wypuszczając na wolność czujesz w ręku przerażone bijące duże serce małego ptaka. Na statku pozostaje kilka ptasich ciał. Spragnione napiły się wody morskiej pozostawionej przez fale w zakamarkach pokładu. Przez kilka dni trwa wymiana „gości” na ptasiej „trawie ratunkowej”. Nagle w Wielki Piątek statek pustoszeje. Przelot minął.

Wielka Sobota. Kutry wracają do portów. My musimy przeczekać święta na Bałtyku. Przetwórnia kończy przerabianie surowca. Statkowy kucharz piekarz i cukiernik przygotowują specjały na następny dzień. Załoga wyciszona i zamyślona. Świąteczny poranek. Śniadanie. Stoły zastawione. Kapitan składa życzenia. Po śniadaniu kolejka w kabinie radio oficera. Oczekiwanie na połączenie radiowe z rodzinami. Krótkie życzenia. „Stare zejmany” mają miny nietęgie. W kabinach zbierają się grupki towarzyskie wolne od wacht. Na stole półmiski ciast. Krążą wspomnienia świąt dzieciństwa.

Jabłonie w białych wiosennych komżach

Na warmińskiej również i na kołobrzeskiej wsi w przełomie lat sześćdziesiątych, wiosenne i świąteczne przygotowania były nierozłączne. W wiejskich sklepach GS można było kupić bez problemów tylko wódkę „Czystą Czerwoną Capslowaną” i wino „Patykiem Pisane”. Rolnicy byli skromnie samowystarczalni. W słoneczne wiosenne przedświąteczne dni w ogrodach, sadach trwały prace porządkowe. Drzewa owocowe z podciętymi czuprynami, ubrane w białe wapienne komże, okadzane pachnącym dymem tlących się liści, ziół i gałązek, szykowały się do pokazania swych kwiatów. Był to okres świniobicia. Z domowych wędzarń unosił się zapach jałowca dodawanego do wędzonych szynek, polędwic i kiełbas. Ze szkół i uczelni zjechały się dzieci na święta. Dziewczęta pomagały matkom w przygotowaniu i pieczeniu ciast mięs i chleba, w opalanym drewnem liściastym, piecu znajdującym się w każdym domu. Chłopcy pomagali ojcu w obrządku gospodarczym i pracach porządkowych w obejściu. Obowiązkiem najmłodszych było dostarczenie ziaren i gałązek jałowca z pobliskiego lasu.(Każdy miał upatrzone wcześniej krzaki, z których bez uszczerbku dla krzewu ułamywał drobne gałązki i zbierał ziarenka.) Pod płotami ogrodu i sadu w znanych sobie miejscach wykopywano korzenie chrzanu. W dużej wiejskie kuchni słychać było dźwięki ucieranego maku, ubijanego masła w drewnianych masielnicach, tartego gryzącego w oczy chrzanu i ubijanych białek z jaj. Świeżość artykułów i zapachy pieczonych specjałów tworzyły jeden niezapomniany aromat nadchodzących świąt.

Malowane jaja

Gdy ciasta nadziewane powidłami z owoców własnych sadów i dżemami z jagód okolicznych lasów oraz pieczone mięsa stały przykryte lnianym płótnem w chłodnej piwnicy i spiżarni, przygotowywano świąteczne jaja. Natura obdarowywała farbami do ich malowania. Odcienie czerwieni otrzymano gotując jaja razem z burakami. Zieleń – to zasługa młodego żyta. Brązy i żółcie otrzymywano z liści cebuli. Do malowania pisanek używano naturalnego wosku. Gospodyni traciła „honor” używając sztucznych farb. W wielkosobotnie przedpołudnie w największym pokoju ustawiono stoły przykryte białymi obrusami, na których gospodyni z całej wsi ustawiły w koszykach swoje potrawy do święcenia. Przywieziony bryczką ksiądz z odległego o trzy kilometry kościoła, dokonał obrzędu poświęcenia potraw.

Dumni Rodzice

W Wielką Niedzielę skoro świt, o ile nie padało na pieszo, w czasie deszczu bryczkami i wozami udawano się na rezurekcje. W kościele obowiązywały pewne zasady i zwyczaje: w nawach po prawej stronie zajmowała miejsce płeć męska w pierwszych ławkach chłopcy dalej ojcowie i mężowie a w końcowych ławka młodzieńcy i kawalerowie. W lewej nawie płeć żeńska w analogiczny sposób.

Ojcowie i matki, których dzieci kształciły się w szkołach średnich i na uczelniach z dumą i wyższością wkraczali całą rodziną do kościoła. Była to ich największa satysfakcja za całoroczny trud uprawiania gliniastej i kapryśnej ziemi warmińskiej, by wykształcić swe dzieci. Szczególnie przyjemne były święta, gdy Wielkanoc grekokatolików (wyznawcami są mieszkańcy narodowości ukraińskiej)i katolików wypadała w tym samym dniu. Życzenia „Chrystus Zmartwychwstał” przeplatały się z „Chrystos Wasskres”.

Wśród wiosennego klekotu bocianów, krzyku brodzący po rozlewiskach żurawi i czapli, oraz miłosny śpiewów skowronków, pospiesznie wracano do domów na śniadanie. Dzieci prześcigały się, bo kto pierwszy będzie w domu w tym dniu cały rok będzie miał najszczęśliwszy. Rodzinne Wielkanocne śniadanie rozpoczynano od dzielenia się święconym jajkiem i wileńskiego tłuczenia czubkami, kolorowych pisanek. Po południu dorośli zasiadali, wraz z gościnnie przebywającymi krewnymi do „degustacji” własnej produkcji nalewek. Dzieciarnia z rówieśnikami z sąsiedztwa ganiała po wsi degustując wspaniałe ukraińskie ciasta-pierogi, mazowieckie mazurki i wileńskie kińdziuki.

Wszystko to było, minęło i tylko czegoś nam żal...

Edward Bernatowicz

10:11, edward.bernatowicz , ŚWIĘTA
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 grudnia 2005
ŻYCZENIA BOŻONARODZENIOWE

 

 

NIE ŻYCZĘ WAM ZDROWIA,

 

BO NA „KURSKU” MIELI ZDROWIE

 

NIE ŻYCZĘ BOGACTWA,

 

BO NA „TYTANIKU” BYLI BOGACI

 

NIE ŻYCZĘ WAM ZDROWIA I BOGACTWA,

 

BO NA „COLUMBII” BYLI BOGACI I ZDROWI.

 

 

ZYCZĘ WAM SZCZĘŚCIA

 

GDY ZAPYTAJĄ:

 

- CZY JESTEŚ SZCZĘŚLIWY?

 

ODPOWIEDZ:

 

- TAK.

 

Bo po co masz zasmucać przyjaciół

 

I cieszyć nieprzyjaciół swoich.

 

07:18, edward.bernatowicz , ŚWIĘTA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 grudnia 2005
ŻELAZO NA WODZIE PŁYWA A POD WODĄ TONIE
 

Rytm pracy na „rybaku dalekomorskim”, w dni powszednie i święta, wyznaczają wachty i wielkość połowów. Połowy obfite to ciężka praca, czasami ponad dwanaście godzin na dobę. Brak ryby to małe pobory. Bezczynność jest największym zagrożeniem dla psychiki załogantów. Mądry kapitan wie o tym i zawsze potrafi tak zorganizować pracę, że rybakom nie przychodzą „głupoty do głowy”. Istotną sprawą na m/t Admirał Arciszewski była higiena osobista praktykantów i załogi stałej, oraz czystość na statku i w kabinach, nie tylko z okazji świąt. Jak mawiał kapitan Pawłaszek

- Wyobraź sobie, że przez ponad sto pięćdziesiąt dni (takie bywały rejsy) musisz patrzeć w mesie na brudnego, nieogolonego typa siedzącego naprzeciw.

Święta na statku.

Kucharz i piekarz przygotowali wspaniałe potrawy. Przy radiostacji kolejka. „Radio” łączy przez Szczecin Radio lub Witowo Radio. W owym czasie nie było telefonów komórkowych i łączności satelitarnej. Starym, twardym zejmanom głos drży, gdy słyszą w słuchawce głosy najbliższych. To dla nich zamknęli się dobrowolnie w tym pływającym więzieniu.

Szczęśliwi ci, na których czekają kochające rodziny.

Szczęśliwi ci, dla których święta to nie tylko tradycja i czerwona kartka w kalendarzu. Dla nich okres rozłąki świątecznej to głębsze rozumienie sensu swojej ciężkiej pracy.

Godni współczucia są ci, dla których miłość i zaufanie małżeńskie oparte są na przekazach pieniężnych przesyłanych przez armatora.

Godni współczucia są ci, dla których wartością najwyższą jest mieć. Oni najczęściej załamują się psychicznie. Niesprawdzona informacja z kraju może stać się dla nich powodem aktów samobójczych.

Wspólny posiłek wigilijny. Życzenia. Uściski. Wspomnienia. Zaduma. Bezpieczny „przelot” statku. Bezwachtowcy przy smakołykach przyrządzonych przez kuchnię snują, krążące po statkach floty polskiej, opowiastki, zdarzenia i dowcipy powtarzane wielokrotnie by oszukać tęsknotę:

Tato! Coś Ty kupił?

Starszy mechanik Andrzej, szczęśliwy ojciec czteroletniego syna. Mieszkaniec pięknej miejscowości w Bieszczadach, gdzie zima jest zimą a lato jest latem. Kupił w Anglii dla swego kochanego Grzesia wspaniałe narty wraz z butami, osprzętem i strojem narciarskim. W Wigilię Święty Mikołaj wręczył prezent.

Dzień następny. Cała rodzina na zaśnieżonym stoku. Koledzy z podwórka z zazdrością patrzą na sprzęt, jakiego w kraju nie zobaczysz. Szczęśliwy i dumny tata przypiął synowi narty wręczył kijki. Grzesiu chwilę postał w oczekiwaniu i stwierdził.

- Tata! Coś Ty mi kupił? Przecież to nie jedzie?

List polecający polskiego kapitana

Przed zawinięciem do portu Lagos w Nigeri trzeba przepłynąć odcinek rzeki. Wymagana jest pomoc miejscowego pilota. Do kapitana statku zgłasza się tubylec.

- Dzień dobra - mówi i dodaje w języku niby angielskim, co można przetłumaczyć w przybliżeniu tak

- Ja być dobra pilota. Ja bardzo dobra znać rzeka. Ja przeprowadzić bezpiecznie statek. Ja mieć list polecający od innego polskiego kapitan. On mnie chwalić - Wręcza kapitanowi napisaną w języku polskim kartkę tej treści:

„Nie bierzcie tego durnia do pilotowania! Bo gówno umie i Was potopi”

Podpis i pieczątki kapitana jednego ze statków PLO.

Powitanie żon.

Powrót statku z rejsu. Kanał Piastowski. Trzej rybacy rozmawiają na pokładzie.

- Powiadomiłem, jak zawsze, przez „radio” żonę, że przypływam. Będzie czekała na kei. Zabierze mnie samochodem do domu - mówi Józek. Karol dodaje

- Ja też powiadomiłem żonę, że przypływamy, przyjedzie z dziećmi z Kołobrzegu i będzie czekała na kei.

Na to Franciszek

- Nigdy nie informuję żony, kiedy wracam. Mieszkam w domku jednorodzinnym w Darłówku. Sąsiad Andrzej ma bronę. Wracam. Pożyczam bronę. Rozkładam ją pod oknem, zębami do góry. Pukam do drzwi i nie zdarzyło się ażeby ktoś się nie nadział.

Komu duża muszla?

W trakcie połowów zdarza się tzw. przyłów. Wpadają do sieci pojedyncze egzemplarze egzotycznych ryb i ssaków, takich jak rekin młot, rekin piła, włócznik, delfin, foki, duże żółwie morskie. Mięso niektórych rekinów świetnie nadaje się na „tatara”. Charakterystyczne elementy „ciała” są podawane specjalnej obróbce przez biegłych w tym rzemiośle rybaków. Zdobią później bary i domy. Ssaki, o ile nie udusiły się w sieci, są wypuszczane na wolność. Po wybraniu trału, przez rozgłośnię manewrową słychać komunikat.

Uwaga praktykanci! U bosmana są dwie duże muszle. Chętni zgłoszą się natychmiast”

Słychać łoskot kroków na statku. Wszyscy są przekonani, że to muszle morskie z sieci. Jacek i Darek są szczęściarzami, którzy pierwsi zameldowali się u bosmana.

- Czy na pewno chcecie muszle? - Pyta.

- Tak! Tak! - Pada odpowiedz.

- Dobrze! Tu jest wiadro proszek do szorowania i szczotka klozetowa. Proszę doprowadzić do połysku muszle klozetowe na pokładzie głównym!

Przemiana żółwia

Ochmistrz Wiesiu będąc w Abidzanie (Wybrzeże Kości Słoniowej), za mydełko toaletowe nabył małego jak dłoń żółwia. Zwierzątko spacerowało sobie po kabinie, karmione przez właściciela. Byli szczęśliwi. Wiesiu, z okazji świąt, lekko nadużył „Jasia Wędrowniczka”. Zmożony trunkiem zasnął na koi. Na ten moment czekali rybacy: Zenek i Stefan. Pożyczyli od bosmana wyprawioną, prawie metrową skorupę żółwia morskiego. Postawili ją przy koi ochmistrza. Przez lekko odsłonięte okno światło z pokładu oświetlało kabinę. W półmroku skorupa sprawiała wrażenie żywego gada. Dowcipnisie wyszli na korytarz. Załomotali do drzwi i uciekli. Wiesiu zerwał się z posłania, nadepnął na skorupę i statek przeszył potężny ryk

 - RATUNKU!!! ŻÓŁW!!!

Kochana teściowa?

Rybak Zenek miał teściową, która za nim nie przepadała, i ze wzajemnością. Po jednym z rejsów, gdy chciał spędzić z żoną święta tylko we dwoje, niespodziewanie przyjechała „kochana mama”. Ponieważ była to niewiasta bogobojna, na drugi dzień postanowiła pójść do kościoła. Uczynny zięć włożył do jej torebki sprawdzoną przez siebie książeczkę do nabożeństwa. W kościele otworzyła i, ku zgorszeniu wszystkich obecnych, na podłogę wysypały się karty pornograficzne.

Dlaczego statek pływa?

Mój przyjaciel Leszek, zamustrowany w czasie jednego z rejsów jako II oficer, wyjaśnia zasady wyporności i stateczności statku. Swój wykład rozpoczyna słowami

Jak wszystkim wiadomo żelazo na wodzie pływa, a pod wodą tonie”.

Po uzasadnieniu tego „prawa” i zakończeniu wywodu, jeden z praktykantów próbuje „głupawo” dyskutować. Poirytowany Leszek zdecydowanie ucina

- Milcz, gdy ze mną rozmawiasz!

 

Jest późno, udajemy się do swoich kabin. Jeszcze spacer po pokładzie. Niebo gwiaździste. Takie samo, jak w kraju, nad rodzinnym domem. Takie samo jak dwa tysiące lat temu nad Betlejem. Nawet temperatura powietrza jak przed dwudziestoma wiekami. Rytmicznie pracuje silnik główny. Z kabin dochodzą melodie znanych kolęd. I tylko coś w duszy łka... 

 

Edward Bernatowicz

edward.bernatowicz@wp.pl

06:56, edward.bernatowicz , ŚWIĘTA
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 grudnia 2005
PSY MORZA I

Zamiast opowieści wigilijnej

 

„Są rzeczy na ziemi, niebie i ... morzu o których nie śniło się uczonym.”

 

Śmierć starego Chińczyka.

Ostatni dzień Roku Psa. Jutro rozpocznie się Rok Świni. Niebieskooki, stary marynarz Chińczyk na Morzu Chińskim wracał statkiem chińskim, po długim rejsie, do swej chińskiej rodziny. Był ogarnięty smutkiem świątecznej samotności. Sztormujące morze przedłużyło rejs. Jeżeli szalejąca nawałnica łaskawe pozwoli jutro będzie świętował z rodziną. Jak dziesiątki razy wcześniej w ramach swych marynarskich obowiązków, sprawdził zamknięcia luków ładowni. Otworzył ciężkie stalowe drzwi do nadbudówki. Buchnęło ciepłem i bezpieczeństwem. Ucieszył się. Przedwcześnie. Fala rzuciła statkiem wyrywając drzwi z ręki i z siłą ostatecznego wyroku, katapultowała nieszczęśnika w morze. Ból uderzenia zamienił się w ból śmiertelnego strachu i walki o przetrwanie. Wyrzucany na wierzchołki fal tracił nadzieję widząc oddalające się światła. Mięśnie nie coraz słabiej reagowały na polecenia zrozpaczonego mózgu przywołującego chaotyczne zapisy obrazów życia. Obce egzotyczne porty. Rodzina. Dzieciństwo. Twarze, twarze, twarze... Zachłyśnięcie się morską wodą. Ból końca! Pamięć i życie zostały nieodwracalnie zresetowane.

Narodziny Dejmana.

W tej samej chwili tysiąc mil od tego miejsca. W Szczecinie przy Nabrzeżu Bułgarskim przedsiębiorstwa dalekomorskiego „Gryf”, za przetwórnią ryb, w stercie połamanych skrzynek, i śmierdzących szmat, przyszedł na świat szczeniak. Ojciec nieznany. Matka bez rodowodu. Mając takich rodziców można być tylko psem wielorasowym, inaczej mówiąc kundlem. Wśród rodzeństwa ten miał dziwnie skośny układ ślepych jeszcze oczu. Po dwóch tygodniach, gdy je po raz pierwszy otworzył psia matka i cała rodzina zobaczyła niebiesko-morskie oczy. Jego psie dzieciństwo polegało na zdobywaniu pożywienia i unikaniu portowych zagrożeń. Istoty rządzące światem dzielił na ludzi i dwunogi. Ludzie szczególnie ci, co przebywali na pachnących pożywieniem statkach chętnie rzucali smakowite kości i kawałki mięsa. Czuł od nich zapach sympatii i życzliwości.

Dwunóg.

Dwunóg to taka istota, która z wyglądu nie różniła się od człowieka, lecz śmierdziała nienawiścią i złymi zamiarami do psiego rodu. Najczęściej wołała

- Ty parszywy kundlu - rzucając różnymi przedmiotami.

Pomimo, że przez dziurę w płocie mógł wydostać się na teren całego miasta jednak stale ciągnęło go do nabrzeża szczególnie, gdy wracały statki z dalekich łowisk. Jego psi węch wyczuwał zapach dalekich mórz i obcych portów. Jakaś niepojęta przez instynkt siła przywoływała go ku tym zapachom. W opustoszałym nocą porcie siadał na kei w oczekiwaniu na wyrzucone przez wachtowego mięsne smakołyki. Tej nocy port był wyjątkowo pusty. To uśpiło jego czujność. W ostatniej chwili zauważył lądujący na jego boku czubek potężnego buta.

- Ty parszywy kundlu - usłyszał lądując w kanale portowym.

Dziwnie dobrze czuł się w wodzie tak jakby woda była jego naturalnym środowiskiem. Dokuczał ból po uderzeniu, lecz psia natura była do tego przyzwyczajona. Płynąc pieskiem, bo ten styl mu odpowiadał najbardziej, zbliżał się do brzegu. Niestety! Wysokość nie pozwoliła na wyjście na ląd. Przeciwny brzeg kanału. To samo. Podpłynął do slipu przycumowanego statku próbując wdrapać się. Za ślisko! Przeraził się i swym błagalnym głosem zaczął wołać o pomoc. Po pewnym czasie usłyszał,

- Co ty biedaku tam robisz? - Poczuł przyjazną woń Człowieka. Rybak pełniący wachtę dejmańską wciągnął nieszczęśnika na pokład.

- Za dwa dni wypływamy. Jak Stary pozwoli zrobimy z ciebie rybaka dalekomorskiego. Będziesz nazywał się Dejman” - Był zmęczony i słysząc życzliwy ton głosu podał się jego woli.

Pierwszy rejs Dejmana.

Tak rozpoczęło się rybackie życie Dejmana. W pierwszym rejsie musiał przejść jak każdy porządny marynarz chorobę morską. Chciał uciekać, ale po okrążeniu kilkokrotnym pokładu przekonał się, że otoczony jest wodą. Nim doszedł do porozumienia z załogą kilka razy spotkała go kara za załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych nie tam gdzie trzeba. Marynarze często zastanawiali się, dlaczego ma taki chiński wyraz pyska i morskie oczy. Gdy statek dobił do nabrzeży portu w Dakarze wystrzelił jak z procy znikając wśród portowych budowli i zarośli. Załoga sadziła, że obrażony wybrał afrykańską wolność.(Polska była wówczas państwem totalitarnym.) Lecz na sygnał statkowej syreny zjawił się w ciągu kilku minut. Tak było w każdym porcie w każdym rejsie. Po dobiciu do kei znikał i na sygnał syreny przed wpłynięciem zjawiał się na burcie. Gdzie przebywał i co robił było jego tajemnicą. Sprawiał wrażenie, że porty te odwiedzał wcześniej.

Powroty do domu.

Gdy statek wracał do Szczecina nie lubił przebywać na statku. Wsiadał do tramwaju w okolicach portu i jechał do miasta często zdziwieni marynarze widzieli jak wsiadał w mieście do właściwego tramwaju i na właściwym przystanku w porcie wysiadał. Był psem wolnym. Szanował opiekujących się nim rybaków, lecz sam ich wybierał. Gdy nowa załoga mustrowała się na następny rejs przebiegał przed wszystkimi kabinami wybierał jedną i kład się na wycieraczce. Zawsze wybrał tak, że w kabinie mieszkał Człowiek a nie Dwunóg i on nim się opiekował w czasie rejsu.

Unikaj baranów.

I tak toczyło się pieskie życie. Rejsy. Porty. Powroty. Czasami dziwiło go zachowanie ludzi. Statek stał zakotwiczony przy wybrzeżu Szkocji. Aktualny opiekun wraz z przyjaciółmi zabrali Dejmana na pobliską zieloną, porośniętą tylko trawą, bezludną wysepkę na niedzielne grylowanie. Radość oczekiwania na pachnące wspaniałym smakiem kiełbaski, przerwało beczenie jakiegoś wełnianego stwora z zakrzywionymi rogami wpatrującego się w oczy. Takiej bezczelnej zniewagi żaden porządny pies nie zdzierży. Zaatakował! Nim krzyki załogi przywołały go do porządku, szetlandzki baran miał naderwane ucho i utykał na jedną nogę. Nie rozumiał, dlaczego ludzie statku byli źli na niego i do końca postoju ukrywali go w kabinie. Od tej pory unikał baranów.

Śmierć rybaka dalekomorskiego.

Czy tym portem był Walwis Bay, Dakar, Monrowia czy też inny na afrykańskim kontynencie pamięć Dejmana rozróżniała tylko zapachy i zdarzenia. Na przedmieściu gdzie dotarł z aktualnym opiekunem i jego przyjacielem między prymitywnymi lepiankami ulicą przebiegał rów którym płynęły ścieki i nieczystości. Smród i zaduch w afrykańskiej spiekocie odstraszał nawet psa. Dejman wyczuł coś więcej. Niewidocznego pełzającego na dnie potwora śmierci. Bawiący się na ulicy mały czarny człowiek potknął się i wpadł do rowu. Rybak zdziwiony brakiem prób ratowania przez tubylców, pospieszył z pomocą. Dejman szczekaniem próbował ostrzec przed niebezpieczeństwem. Na próżno. Pełzający na dnie rowu siarkowodorowy potwór pozbawił życia małego czarnego człowieka i polskiego rybak.

07:31, edward.bernatowicz , ŚWIĘTA
Link Komentarze (1) »
PSY MORZA II
 

Przyjaciele Dejmana.

Z poobiednie psiej drzemki wyrwały znajome sygnały. Do statku zbliżała się rodzina delfinów. Słyszał i rozumiał z daleka, ultradźwiękowe gadulstwo tych morskich istot. Gdyby tak jeszcze mógłby odpowiedzieć tym samym językiem. Obiegł cały pokład. Są! Na sterburcie w odległości pół kabla baraszkowała delfinia gromadka. Przywitał szczekaniem. Odpowiedziały świstem, gwizdem i gulgotaniem. Dejman znany był w świecie tych wiecznie uśmiechniętych saków. Często korzystały z jego usług w sędziowaniu morskich zawodów. To, co mniej logiczny od nich człowiek nazywał miłą dla oka zabawą, było celowym zwierzęcym działaniem. U ludzi:

„ZABAWA WYGLĄDA JAK NAUKA I PRAKTYCZNE DZIAŁANIE”

u zwierząt:

„NAUKA I PRAKTYCZNE DZIAŁANIE WYGLĄDA JAK ZABAWA.”

W sportowym świecie delfinów najpopularniejsze są trzy dyscypliny:

I Potęga skoku.

Przy spokojnym oceanie. Z głębin z dużą prędkością zawodnik wyskakuje z wody. Ocenie podlega: długość i wysokość skoku. Tą dyscyplinę można najłatwiej zarejestrować i człowiek rozpowszechnił jej medialny obraz

II Skakanie z wierzchołków fal.

Przy rozbujanym oceanie. Gdy fala jest długa i wysoka zawodnik wyskakuje z jednego grzbietu i ląduje w następnym. Ocenie podlega: utrzymanie poziomu i zaliczeniu jak największej liczby fal.

III Pływanie figurowe.

Zawodnicy zwinnie podpływają do dziobu, rozcinającego morze statku, wykonując obroty, zwroty i inne regulaminem przewidziane figury. Ocenie podlega: piękno i gracja wykonywanych ewolucji. Oczywiście obowiązujący styl pływania to delfin.

Delfiny miewają jeden problem, trudno siedząc w wodzie wyłonić zwycięzców. Zwracały się, więc do Dejmana by pełnił rolę sędziego. Chętnie przystawał na te propozycje. Siadał na pokładzie i merdając ogonem szczekaniem podawał wyniki. Niedomyślni rybacy obserwując te sceny mówili,

- Czemu ten kundel ujada na żerujące delfiny?

Niegościnne wybrzeże Anglii.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych trauler Dejmana został skierowany z łowiska do Falmuth u wybrzeży Kornwalii na skup makreli. Statek minął rozłożone na wysokim szelfowym półwyspie dwudziestotysięczne miasteczko i zakotwiczył w urokliwej zatoczce. Na dźwięk grzechoczącego w kluzie łańcucha kotwicznego i czując zapach lądu pognał, co tchu, na pokład. Lecz nie wiedział, co wiedzieć powinien. Na Wyspach Brytyjskich prawo jest prawem i jest przestrzegane. Prawo stanowiło, że każde zwierze przekraczające granice musi odbyć kwarantannę i posiadać odpowiednie dokumenty weterynaryjne. W kraju tym każdy pies musi mieć swego pana, na ulicach miast i wsi nie zobaczysz bezpańskich i bez opieki wałęsających się czworonogów. Nasz bohater, nie świadomy tych faktów, wpadł wprost w objęcia służb granicznych odprawiających statek. Decyzja funkcjonariuszy była jednoznaczna: kosztowna kwarantanna lub opuszczenie przez statek wód terytorialnych Wielkiej Brytanii. Z patowej sytuacji uratowała informacja, że następnego dnia zatokę opuści m/t Admirał Arciszewski i z pełnym ładunkiem popłynie do kraju. Dejman został przetransportowany szalupą na odpływający statek. Dzięki temu miałem przyjemność poznać psa, o którym krążyły morskie legendy. W momencie podnoszenia kotwicy powtórną wizytę złożyli dwaj funkcjonariusze służb granicznych, sprawdzić czy rzeczywiście Dejman opuszcza niegościnne wody brytyjskie.

Zły dwunóg z Arciszewskiego.

Pomimo opieki i życzliwości większości załogi naszego statku psi smutek przepełniał serce. Tęsknił do swego statku i sprawdzonych przyjaciół. Leżał osowiały a jego morskie oczy mętniały. Czasami biegał po pokładzie w poszukiwaniu znajomych zapachów. Czuł się zagubiony. Nie wiedział, kto z pośród stuosobowej załogi i praktykantów jest Człowiekiem a kto złośliwym dwunogiem. Wyczuwał na statku jakieś zło. Ożywił się, gdy statek miało stadko delfinów. Nocą wybiegł na pusty pokład trałowy. Był przy slipe. Szukał przyjaznych tropów. Skrzypnęła metalicznie brama zabezpieczająca i silny kopniak rzucił go po pochylni do wody. Zsuwając się po wyszlifowanej sieciami stali, pazury próbowały znaleźć punkt zaczepienia. Nieubłagana siła grawitacji ściągała go w dół. Dotarł do części slipu stale zanurzonej w wodzie. Przednie łapy darły pazurami gładką blachę a tylne, pracując w wodzie, utrzymywały kontakt z płynącym piętnaście węzłów, statkiem. Psi instynkt mówił mu, że gdy pozostanie w tyle to szalejący pod nim wir śruby okrętowej porwie go i posiekanego wypluje w ciemność morza. Psie wołanie o pomoc ginęło w szumie morza i grzechoczącej pracy silnika okrętowego. Pokład był pusty. Czas nieszczęścia i walki o swe pieskie życie mierzył długością zdartych pazurów i słabnięciem mięśni. Gdy już wydawało się, że głębia go pochłania jakaś siła wyrzucała go na slip nie był pewien czy to była fala od rufy czy głowa delfina.

Psia czarna seria.

Bosman pokładowy stałym zwyczajem wyszedł z kajuty sprawdzić stan zabezpieczeń. Otworzył zewnętrzne ciężkie drzwi i znalazł się na pokładzie trałowym. Wśród naturalnych dźwięków statku na morzu w przelocie. Od rufy dochodził jakiś inny. Podszedł. Włączył oświetlenie rufy. Usłyszał i zobaczył Dejemana.

- Co za sk...... Cibie tak urządził?. Gdybym go złapał to bym mu nogi z d.... powyrywał!”- Zawołał wściekły. Wezwani na pomoc rybacy spuścili na slip kawał sieci, po której ostatkiem sił Dejman wdrapał się na pokład. Był zbolały. Pazury w przednich łapach miał zdarte do krwi.(Widziałem.) Lekarz okrętowy zabrał do ambulatorium i opatrzył rany. Przez cały okres powrotu do kraju był poddany intensywnemu leczeniu i opiece. Gdy statek cumował przy nabrzeżu Bułgarskim w Szczecinie był wyleczony i pełen sił. Swym zwyczajem opuścił statek i pojechał tramwajem do miasta wysiadł na Niebuszewie. Przebiegającego przez ulicę został rozpoznany przez rybak z poprzednich rejsów.

- Dejman - usłyszał. Zatrzymał się na moment. Obrócił swoje morskie oczy o chińskim spojrzeniu. Głuchy trzask uderzenia samochodu! Ciało Dejmana pokoziołkowało i upadło na chodniku pod nogi matki prowadzącej dziecko.

- Mamo, co się stało temu pieskowi” – zapytało.

- Nie patrz Kasiu to nie widok dla Ciebie. - Odpowiedziała mama bezstresowo wychowująca dziecko. Z Fiata 125 wysiadł zdenerwowany kierowca, obejrzał wgniecenie.

- Że też nie zrobią porządku z tymi kundlami.

A na Atlantyku...

W tej samej chwili tysiąc mil od tego miejsca, na Atlantyku. Rodzina delfinów otoczyła rodzącą samicę. Gdy maleństwo przyszło na świat matka i ciotki wypchnęły go na powierzchnię by po raz pierwszy w życiu zaczerpnął powietrza. Cała rodzina chroniąca rodzącą matkę zauważyła błękitne oczy i psi uśmiech na twarzy małego delfinka...

Edward Bernatowicz

p.s Przepraszam byłych rybaków „Gryfa”, że zmieniłem imię psa.

 

 

 

07:30, edward.bernatowicz , ŚWIĘTA
Link Dodaj komentarz »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki: