Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
poniedziałek, 16 czerwca 2008
poniedziałek, 02 czerwca 2008
piątek, 16 listopada 2007
Pięciu chłopców z TRM-u i kryl

            W drugiej połowie lat siedemdziesiątych, gdy jeszcze nie używano pojęcia „media” a gazety w większości miały pod swoimi tytułami napis „organ PZPR” a te, które nie miały takiego napisu, „dzięki” cenzurze również „organami” były. Otóż w owych latach wiadomości przekazywane przez polskie radio, polską telewizję i owe „organa”, „lud pracujący miast i wsi”, określał krótko „propaganda sukcesu”.

            Ludzie, mego pokolenia, interesujący się gospodarką morską,  na pewno pamiętają dwa takie „sukcesy”, w okresie budowy, jak określał niejaki towarzysz Gierek, „drugiej Polski”. (te numerowanie naszej Ojczyzny, dziwnie mi się kojarzy).

            1 „sukces” - Koncentrat białka rybiego – Naukowcy Morskiego Instytut Rybackiego w Gdyni opracowali „rewelacyjną” metodę otrzymywania koncentratu białka z ryb. Była to bezzapachowa i bezsmakowa substancja, którą można było dodawać do różnych potraw. Organizowano degustacje. Wybudowano w Gdyni zakład z linią technologiczną do produkcji owego specyfiku.

            2 „sukces”„Kryl antarktyczny (Euphausia superba) - gatunek skorupiaka, najbardziej znany spośród wszystkich gatunków kryla Długość ciała do 6 cm. Żyje w olbrzymich ławicach, które rozciągają się na wiele kilometrów. W jednym metrze sześciennym, wody morskiej żyją tysiące osobników. Żywi się algamii fitoplanktonem. Stanowi bardzo ważne ogniwo łańcucha pokarmowego, pożywienie morskich ptaków, fok i wielorybów Można nim żywić także ludzi, jest smaczniejszy od większości owadów i innego pokarmu alternatywnego. Po złowieniu, kryla należy w ciągu kilku godzin pozbawić pancerzyka, w przeciwnym razie mięso zostaje zanieczyszczone.”

         Przed wygłodniałym narodem roztaczano wizje nowych możliwości konsumpcyjnych, białko rybie miało uzupełnić braki mięsa a mączka krylowa, jako pasza dla trzody chlewnej, miała zwiększyć produkcję szynek i schabowych.          

       Pewnego siermiężnego, perlowskiego dnia temat zniknął z „organów” telewizji i radia. W drugi obiegu krążyły różne informacje na ten temat, a to, że technologia otrzymywania paszy z kryla była niedoskonała i karmione nimi tuczniki wchłaniały szkodliwe substancje do swoich szynek i boczków, a to, że koncentrat białka rybiego jest nie ekonomiczny. Osobiście w jednym z rejsów na „Admirale” gościłem w swojej kabinie, przez miesiąc, jednego z inżynierów MIR, współtwórcę linii  produkcyjnej białka rybiego.           

     - Pewnego dnia zjawiła się w zakładzie delegacja inżynierów z ZSRR. Władze kazały udostępnić całą dokumentację. Pomimo, że patenty były nasze, to decydentami były władze. Po kilku tygodniach kazano zamknąć zakład, stwierdzając, że proces produkcyjny jest nie zgodny z polskimi normami. Nie pozwolono nam nawet na podpisanie umowy z inwestorem francuskim na wykorzystanie naszych patentów i budowę takich fabryk w Afryce i Europie Zachodniej. – Powiedział mój współlokator pod koniec rejsu. 

           Jaka jest prawda?

            Sądzę, że nasi niezależni polscy dziennikarze oprócz tematów, „kto, na kogo donosił” zajmą się takimi niewyjaśnionymi tematami PRL-u

   Pięciu chłopców z TRM-u, niczym mrówki na torach, po których pędzi pociąg historii  

           Wrzesień roku 1989. W kraju w dyrekcjach przedsiębiorstwach połowowych popłoch i przygotowanie do „transformacji”. M/t „Koleń” bez przygotowania sprzętowego, na łowiskach Georgi Południowej, dokonuje próbnego odłowu kryla, bo w bałaganie walki o władzę nikt nie będzie sprawdzał czy kryl jest szkodliwy czy nie. (ponoć obecnie robią z niego paszę, w fermach łososiowych w Norwegii, dlatego ryby te mają taki różowy kolor).

Rubol jest po to, by rybaczył.

             - Worek w wodzie! – melduje, przez rozgłośnię manewrową, bosman po opuszczeniu żurawikiem rufowym końcowego elementu włoka. Prędkość statku, sposób opuszczania sieci wszystko to musi być zgrane by sieć nie zaplątała w śrubę. Woda powoli ściąga skrzydła sieci do morza.

            - Winda sieciowa! Stop! – oficer wachtowy blokuje windę

            - Deski trałowe zaczepione! Po chwili włok, zaczepiony poprzez deski trałowe, do wind trałowych znajduje się w wodzie.

            - Jesteśmy na ławicy kryla – informuje praktykantów. I oficer, pokazując ekran echosondy.

            - Pięknie wchodzą do worka – pokazuje zapis z echosondy zamontowanej w nadborze.

            - Nie uciekną? – pyta praktykant Robert

            - Kryl jak wejdzie do worka to z powrotem nie wyjdzie, ale mam wątpliwości czy oczka sieci są właściwe. Za lekko idzie statek po takich kilkugodzinnych wejściach.

            Przewidywanie „pierwszego” się sprawdziły. Sieć nie zdała egzaminu. We worku pozostały śladowe ilości różowego skorupiaka i kilkadziesiąt ryb.

            Od nawietrznej zaleciało smrodem super mączkarni i zjełczałego tranu. Pracujący na pokładzie spojrzeli. Rodzina wielorybia, zanurzając się, co pewien czas w głębinę oceanu, żerowała na ławicy. Potężny „tata” rodziny zbliżył się blisko statku. Dmuchnął fontanną i smrodem jakby chciał powiedzieć

            - Jak nie wiecie ja się łowi, to sp..........do swych żon pod pierzyny i nie płoszcie nam śniadania.

            Ponieważ, żaden waleń nie będzie uczył polskiego rybola jak się łowi kryle, po kilku próbach „pokład” zbudował właściwą sieć. Praktykanci mogli bez wstydu, wykazać, czego nauczyli się w szkole na ”sieciarstwie”. Dalsze zaciągi były zadawalające. Dla „pięciu chłopców z TRM-u,” po „szkole”, jaką dostali przy pracy z kalmarami i błękitkiem, „ obróbka kryla była rozrywką”.

Zakochany pingwin

            Tego poranka, wychodzących na pokład trałowy spotkała niespodzianka. Po pokładzie spacerował pingwin królewski. Krok pingwina przypomina, na pierwszy rzut oka kaczy chód. Lecz kaczy chód jest wulgarny i prymitywny, natomiast chód pingwina jest majestatyczny i godny. W swym fraku i białej koszuli wyraża wyniosłą szlachetność. Wizyta gościa została przyjęta przychylnie przez całą załogą. Gość zbytnio nie spoufalał się z załogą, traktując wszystkich równo, dopóki na pokładzie nie pokazała się osoba godna uczuć eleganta-elegantki (nie było na statku fachowców od płci pingwiniej). Owym obiektem pingwinich uczuć, był kucharz, który wyszedł na pokład w swym biały zawodowym kitlu.

            - Szefie, ale to musi być gorące uczucie – pokpiwała załoga za każdym razem, gdy za kucharzem dreptało ONO.

            Lecz miłość pingwinia nie jest gorąca, wprost przeciwnie jest bardzo zimna, bo gdy tylko „Koleń” wracał do kraju i następowała zmiana temperatury, nasz amant-amantka (niepotrzebne skreślić) zmustrował ze statku pozostawiając ukochanego.

Tragedia słonia morskiego

       Ten nieproszony gość wjechał na pokład na włoku, miotając się wściekle zaplątany w sieć. Na szyi miał krwawiące cięcie. Był to potężny słoń morski. Nie jest to tajemnicą, że przy połowach, przypadkowymi ofiarami są często delfiny foki, morsy i słonie morskie. Polujące w ławicy ryb lub kryli zagarniane są do sieci, jeżeli w porę wydostaną się na pokładzie, wygania się je z powrotem do morza. Zdarzają się wypadki, że się duszą. Tym razem zwierze tak niefortunnie zaplątało się, że stalówka podcięła mu gardło.

          - Gońcie go do morza! –polecił bosman Wacek.

Niestety, ani krzyki, ani strumień wody, pod olbrzymim ciśnieniem, nie pomagały. Każdy, kto zbliżył się był atakowany.

           - Możecie iść do kabin, ja znajdę na niego sposób – zadecydował bosman Wacek.Gdy znowu zjawili się na pokładzie słonia morskiego nie było. 

           - Jak to pan zrobił?

            - To moja bosmańska tajemnica - odpowiedział bosman Wacek

Po latach.

          Pan Robert Nanaszko tak po latach wspomina ten rejs.

„Dla nas młodych chłopaków, rejs ten był wielką przygodą i próbą charakteru. Jeszcze teraz, przy jakimkolwiek spotkaniu wracamy do niego w wspólnych rozmowach i gdzieś pobrzmiewa nutka nostalgii, bo polskiego rybołówstwa dalekomorskiego już nie ma.”

Opracował Edward Bernatowicz wykorzystując wspomnienia Roberta Nanaszko

czwartek, 08 listopada 2007
Pięciu chłopców z TRM-u ...i Pinchet

             Mostek nawigacyjny. Półmrok. Skrzeczą sonary i echosondy penetrujące morze. Czuć lekki zapach, wypalanego, specjalnego papieru do tych urządzeń. „Drugi” porównuje zapis na papierze i seledynowych monitorach. Rzut oka na piszący kursograf.

            - Lewo pięć!

            - Jest! Lewo pięć! – Odpowiada sternik przy „michałku”.

            - Tak trzymać!

            - Tak trzymać!- Powtarza jak echo.

            - Włącz automat!

            - Jest automat!

            Automatyczny pilot zwany „michałkiem” trzyma kurs. „Drugi” przy pulpicie wind trałowy, wolno „wybiera” stalowe wodze, które holują potężną sieć. Krótsze liny to płytsze trałowanie. Nocą błękitek unosi się bardzie ku powierzchni. Więc trałowanie pelagiczne.

            - Panie Drugi ten na lewym trawersie idzie ostro na nasz kurs! – Zgłasza sternik obserwując przez tubus radaru, poruszające się punkty trałujących statków.

            - Pokaż! – Oficer blokuje windy trałowe i analizuje sytuację na radarze.

            - Do steru! Włącz ręczne!

            - Jest ręczne!

            - Ile na kursie?

            - Pięćdziesiąt siedem!

            - Tak trzymać!

            - Tak trzymać!

            - Tego „narzędziowca” przetrzymamy. Mamy pierwszeństwo. Tu nie Georges Bank, w latach sześćdziesiątych, gdzie dochodziło do rwania sieć i strzelania z rakietnic do wpychających się na ławicę innych jednostek – „Drugi” przerwał na chwalę uświadamianie młodego sternika-praktykanta, spojrzał przez okna na migoczące w ciemnościach światła pozycyjne innych trałujących jednostek, oczywiście musiało paść sakramentalne zdanie, wypowiadane przez większość marynarzy, w takich sytuacjach

            - Ruch jak na Marszałkowskiej!

            Na mostku nie byli sami. W swej „dziupli” „Radio” kluczem, że względu na złą propagację fal radiowych, wysłał do armatora meldunki o wynikach i odbierał polecenia i dyspozycji. Za zamkniętych drzwi dochodziły piski i trzaski radiostacji okrętowej.

           - Co tam nowego? – Zapytał „Drugi” gdy „Radio” wyszedł z kabiny z plikiem kartek by je zanieść do kapitana.

          - Koniec z błękitkiem, płynem na Georgie Południową na próbny odłów kryla, ale przedtem do Punta Arenas na rekreację.

Cieśnina Magellana

            Europejczyk patrząc na globus w rejonie Antarktydy i Południowych rejonów Ameryki Południowej stwierdza krótko

            „To tam chyba diabeł mówi dobranoc”

Nic błędniejszego niż taka opinia. Diabeł upodobał ten rejon by mieszać tam, swym diabelskim ogonem. Człowiek, nazwał te rejony,. odpowiednio do skali szatański igraszek:

        -„Ryczące czterdziestki - pas wód oceanicznych biegnący nieprzerwanie wokół południowej półkuli kuli ziemskiej w przybliżeniu pomiędzy 40° i 50° szerokości geograficznej południowej, wzdłuż którego wieją stałe, silne wiatry zachodnie i panuje praktycznie cały czas sztormowa pogoda z falami dochodzącymi do 15-20 m”.

      -„Wyjące Pięćdziesiątki - obszar rozciągający się pomiędzy 50° i 60° szerokości geograficznej południowej. Rejon ten znany jest z jednych z najsilniejszych wiatrów na Ziemi, występujących tam ze względu na brak jakiejkolwiek bariery w postaci większych mas lądowych. Ponadto na siłę wiatru ma wpływ występujący w tym rejonie zimny prąd morski - Dryf Wiatrów Zachodnich Obszar ten jest praktycznie niezamieszkany, z wyjątkiem takich miejsc jak południowa część Ameryki Południowej, Falklandy oraz Georgia Południowa.”

 W tym obszarze znajduje się najsłynniejszy przylądek – Horn.

    -„Bezludne sześćdziesiątki - obszar rozciągający się pomiędzy 60° i 70° szerokości geograficznej południowej. W rejonie tym występuje antarktyczny prąd okołobiegunowy. Obszar ten jest niezamieszkany, czemu zawdzięcza swoją nazwę”

      Bóg by złagodzić diabelskie niebezpieczeństwa, w opływaniu przylądku Horn i zdradzieckiej cieśniny Drake'a, „szarpnął” swą mocą kontynent w dół, tworząc cieśninę zwaną przez człowieka Cieśniną Magellana.

      - No panowie praktykanci, macie okazję praktycznego nauczenia się nawigacji na światła podejściowe. – zwrócił się Pierwszy do trójki „nawigatorów” z TRM-u, gdy m/t Koleń wziął kurs na wejście do ponad pięćset kilometrowej cieśniny.

     Mapa całego szlaku morskiego cieśniny, upstrzona znakami nawigacyjnymi, pełno mielizn i skał podwodnych. Kapitan prawie nie schodzi z mostku. Światła nawigacyjne orientacyjne sektorowe i nabieżnikowe migają, błyskają i migoczą. Ciągła analiza charakterystyk zapisanych na mapach i katalogu locji.. Cieśnina Magellana to krótsza i bezpieczniejsza droga z Atlantyku na Pacyfik, ale nie dla narwańców i ignorantów.

      Trzeba wybrać właściwe światło i we właściwym momencie i właściwym miejscu zmienić kurs. Tu nie można pozwolić na nawet drobny błąd.

     Prawie w środku cieśniny znajduje się cel Punta Arenas. Na pokład wsiada pilot ma „zaparkować” statek. Jedne podejście – pudło. Drugie –również.

     - Ochmistrz! Zabierz tego (tu pada nazwa, pewnego męskiego organu) do kabin „radzika” daj mu do podpisania rachunki za pilotowanie i przetrzymaj go przez kilka minut by nie wychodził. – Powiedział wnerwiony kapitan, patrząc z uśmiechem w oczy nie rozumiejącego po polsku, pilota.

      Drzwi kabiny zamknęły się za niekompetentnym pilotem, kapitan, patrząc w ekran radaru manewrowego, wydał kilka poleceń sternikowi i przez radiostację manewrową Pierwszemu na dziobie i Drugiemu na rufie. Po chwili m/t Koleń stał bezbłędnie „zaparkowany” przy kei portu Punta Arenas.

     „Polak potrafi”.„Piękne miasteczko wyłoniło się u podnóża majestatycznych gór, w których odbijał się zachód słońca.”

Pomnik dyktatora

    Punta Arenas czas swojej świetności ma za sobą. Po wybudowaniu kanału Panamskiego straciło swe znaczenie na szlaku żeglugowym łączącym Atlantyk z Pacyfikiem, powtórnie przeżywało swoje dobre lata pod koniec XIX wieku jako centrum „zagłębia wełnianego”. Obecnie około stutysięczne, parterowe, miasto z kolorowymi dachami i ulicami przecinającymi się pod kątem prostym. Na centralnym placu pomnik Magellana

Jest już po czerwcowych wyborach w Polsce, dnie „polskiego Pinoczeta w ciemnych okularach” są już policzone, w Chile też zbliżaj się do końca, ale społeczeństwo chilijskie nie jest tego świadome i w większości miast można było spotkać pomniki dyktatora.

    Robert wspomina:

    „- W tym czasie w Chile rządziła, hunta Pinocheta, normalnym widokiem był samochód z uzbrojonymi żołnierzami i puste ulice, po 22, ale dla chłopaków z TRM-u nie było to żadną przeszkodą.

     Całe miasto nasze!

    Wracając do portu zgubiliśmy jednego z kolegów, który nieopatrznie stanął przed pomnikiem „bohatera chilijskich przemian” i dyskretnie dreptał z nogi na nogę po dużym piwku.

    Dobry Panie!!

   W porę go ocaliliśmy, bo za chwilę podjechał patrol żandarmerii, a odniesienie sytuacji było takie, jakby w czasach stalinowskich „załatwić się”; na pomnik Józefa Stalina w rosyjskim mieście z grasującymi patrolami KGB po ulicach.”

Edward Bernatowicz z wykorzystaniem wspomnień Roberta Nanaszko

W następnym numerze dalsze przygody rejsowe Roberta Nanaszko, Marka Zygana i Huberta Stasiaka

 
czwartek, 01 listopada 2007
Pięciu chłopców z „Kolenia” i ...”Paprykarz szczeciński”

Przez kilka lat, odkąd próbuje w Gazecie Kołobrzeskiej przybliżyć rzeczywistość morską minionej epoki, unikałem próby opisu rzeczy podstawowej dla rybaka dalekomorskiego, pracy w przetwórni statkowej, świadom tego, że obraz przedstawiony będzie ułomny. Trzeba tam być i przeżyć by zrozumieć i mieć prawdziwe wyobrażenie,

„Uroków pracy w przetwórni traulera”.

            Załoga w przetwórni i na pokładzie podzielona jest na dwie zmiany. Pracują naprzemian na wachtach:

            08.00-12.00 – praca

            12.00-16.00 – wolne

            16.00-20.00 – praca

            20.00-02.00 – wolne

            02.00-08.00 – praca

            08.00-12.00 dnia następnego – wolne, i tak dalej, dopóki ryba na pokładzie.

            Z prostego wyliczenia wynika, że czas pracy, co drugą dobę, wynosi 14 godzin, co drugą dobę 10 godzin a najdłuższa przerwa na odpoczynek to 6 godzin. Gdy jest tyle ryby, że ludzie z przetwórni nie są w stanie jej przerobić, kapitan może zarządzić „podrywkę”, Polega to na tym, że kapitan staję przy sterze a prawie cała załoga z maszynową, hotelową i oficerami włącznie, w swym wolnym czasie od wacht, oprawia ryby na pokładzie i w przetwórni. Osobiście uczestniczyłem w takiej „podrywce” na „Arciszewskim” tylko raz oprawiając dorsze na Bałtyku.

            Kalmary zostały spłukane do zbiorników pod pokładem. Sieć wydana do wody. Statek trałuje następny zaciąg.

            - No panowie praktykanci do roboty – mówi mistrz w przetwórni, udzielając krótkiej instrukcji.

            - Ty będziesz oddzielał tubki od macek – mistrz zwrócił się Roberta. Złapał kalmara jedną ręką za „strzałkę” drugą ręką za wijące się macki. Szarpnięcie. „Strzałka” na transporter do pakowania w tace, macki na transporter do mączkarni

            - Rozumiesz?

            - Tak.

            Przetwórnia pracuje na pełnych obrotach.

Szanowny czytelniku, gdybyś nagle o zmroku, znalazł się na statku rybackim, i stanął w otwartych stalowych drzwiach przetwórni, ujrzałbyś, w trupio-bladym świetle neonówek, plątaninę przewodów, rur płaczących rdzą, brzęczących swymi łańcuchami transporterów i hałaśliwie terkoczących maszyn do przetwórstwa ryb. Wśród tego „bałaganu”są powtykani ludzie w gumowych butach, gumowych fartuchach i gumowych rękawicach. Doznania wzrokowe i słuchowe. uzupełnia rybi smrodek i wszędobylska woda służąca do płukania kalmarów i ryb.

            - Ej! Uważaj, co robisz! – krzyknął rybak pracujący obok, gdy Robert pomylił transportery i macki trafiły do tacowania.

            Praca nie była ciężka, lecz mechanicznie powtarzane te same czynności spowodowały, że pod koniec wachty, czuł ból mięsni rąk, zapominając o chorobie morskiej.

Zacisnął zęby. Oby dotrwać do końca wachty. Jeszcze tylko pół godziny, nie czuł zimna i wody w rękawicach i butach.

            - Hej praktykant! Co puchniesz? – rzucił mistrz.

            - Mistrzu! Mogę bez odpoczynku pociągnąć następną wachtę – butnie odpowiedział zaciskając zęby.

            Koniec wachty. Szybki posiłek. Prysznic i upragnione „mierzenie koi”. Nie ma bujania statkiem. Nie ma rzygania. Spać, spać...Zamknięte powieki. Widok płynącego strumienia, oślizłych, wijących się macek i wyłupiastych oczu kalmarów, działa jak liczenie owiec.

- Wstawaj! Wachta! – Czuje szarpnięcie kolegi po pięciu godzinach snu.

Po tygodniu młode organizmy przystosowały się do rytmu pracy.

- Pospałbym sobie dłużnej, za jednym razem, niż te pięć godzin – zwierza się kolega.

- Byłem na mostku i chyba twoje życzenie się spełni, jest ostrzeżenie o sztormie.

W tym rejonie często ocean jest rozbujany, dopóki stan morza nie zagraża zniszczeniu sieci, statek łowi.

Ostrzeżenie sprawdziło się, nad morzem szalej „damski wiatr”. Przetwórnia nie pracuje. Po chorobie morskiej pozostało tylko wspomnienie. Ształowanie się w koi. Zablokowanie się nogami i rękami, z jednej strony o sztormdeski, z drugiej o szoty. Jaki wspaniały jest sen gdy się nie słyszy. „Wstawaj! Wachta!”

Czym się różni „Paprykarz szczeciński”, końcu lat osiemdziesiątych, od obecnej polityki?

            Właściwie to zbytnio się nie różni:

            1 W paprykarzu i polityce jest pełno pasożytów

            2. Paprykarz po otwarciu często śmierdział i polityka również „śmierdzi”

            3 Paprykarz był pięknie opakowany z napisami nie zawsze zgodnymi z prawdą,  politycy również mamią pięknym często nie prawdziwymi hasłami.

            Jest jedna różnica „paprykarza szczecińskiego” nie musieliśmy jeść natomiast polityków musimy trawić.

            - Co to ma wspólnego z „pięcioma chłopcami z „Kolenia”? – zapytasz czytelniku.

            A no ma i to wiele. By to zrozumieć muszę wyjaśnić pojęcie

Paprykarz szczeciński

Prawie każdy obywatel PRL, mego pokolenia, spożywał ową konserwę rybną. W okresie, gdy gospodarka socjalistyczna osiągnęła apogeum swego rozwoju i w sklepach, na półkach stał tylko ocet i musztarda można było jeszcze zauważyć ową „polską puszkę Campbella”.

Początki oszałamiającej kariery, to degustacja afrykańskiego przysmaku „czop, czop”, składającej się z ryby, ryżu i pimy, przez technologów „Gryfa”, w jednym z portów Afryki, w początku lat sześćdziesiątych. Ponieważ był to okres „Polak potrafi” laboratorium „Gryfa” opracowało recepturę konserwy, która otrzymała ową sławetną nazwę. Pierwszy, oryginalny skład, to pulpa pomidorowa sprowadzana z Bułgarii i Węgier, ostra afrykańska papryczka pima, ryż, warzywa i przyprawy oraz ścinki powstałe przy krojeniu zamrożonych bloków rybnych (powstawały z nich kwadratowe, panierowane kostki).

Koniec lat osiemdziesiątych kończą się łowiska afrykańskie, brakuje wartościowych ryb na paprykarz., ale jest jeszcze błękitek, ryba którą łowiono głownie na mączkę rybną ze względu ilość pasożytów. (Kilka dni temu spotkałem jednego z byłych uczniów, jeszcze rybaczących u Duńczyków, powiedział mi, że norma produkcyjna dopuszcza do dziewięciu pasożytów w filecie.).

Prof. Piasecki wspomina

"Po wyparciu z łowisk afrykańskich nasza flota przeniosła się wtedy na Falklandy. Stamtąd pochodził właśnie ten błękitek, który należy do szczególnie zapasożyconych ryb. Owe pasożyty - Kudoa alliaria - występują w mięśniach. Ich skupiska to malutkie torebeczki o średnicy 2-4 mm, wypełnione białą mazią. Po zmieleniu mięsa w paprykarzu mogły przypominać ziarna ryżu, który był składnikiem potrawy.- Masa ludzi to przecież zjadła."

Pięciu chłopców z Kolenia i błękitek

Jest druga pamiętnego roku 1989, wygłodniały naród zje wszystko. Na łowisku kończą się kalmary.„Politycy” „Gryfu” decydują- Łowić błekitka!Technolog statkowy informuje.- Robimy jeden ładunek fileta.

- No praktykant, czas byś nauczył grać na fortepianie Badera – mówi mistrz ustawiając Roberta przy fileciarce.

Czarna taśma dużych „klawiszy” – rynienek, przesuwa przed Robertem. „Granie” jest proste, należy, z pojemnika nad maszyną, ułożyć do tych rynienek przesortowane wymiarami ryby, w jedną stronę grzbietami i głowami.Po dwudziestu minutach, czuje się dumny, żaden „klawisz” nie ucieka pusty.- No dobrze ci idzie ta rozgrzewka – usłyszał za plecami głos mistrza. - Teraz normalne tempo – dodał podkręcając prędkość taśmy.Po tej zmianie, gdy skonany leżał w koi, pod zamkniętymi powiekami nie było owiec i kalmarów, ale płynął srebrzysty strumień błękitka.

Opracował Edward Bernatowicz z wykorzystaniem wspomnień Roberta Nanaszko

piątek, 26 października 2007
Pięciu chłopców z „Kolenia”, Tyś jedyna... „Lola”

            Rok 1989, socjalizm w Polsce trawi śmiertelny wirus. Zaklinanie o wieczności tego „systemu sprawiedliwości społecznej” i prześcignięciu „konającego kapitalizmu”, na nic się zdały. Od roku 1980 trwa powolna agonia systemu. Większość społeczeństwa jest tego nie świadoma. Szkolnictwo morskie ze względu na zagraniczne praktyki morskie, najbardziej odczuwa opiekuńczą działalność „odpowiednich służb”. Misternie przygotowany i wdrożony, przez doświadczonych ludzi morza, system praktyk morskich uczniów Technikum Rybołówstwa Morskiego, uwzględniał fizyczne i psychiczne przystosowanie się przyszłych absolwentów do ekstremalnych warunków pracy na morzu. Układ dwa tygodnie, cztery tygodnie, osiem tygodni i na końcu dwadzieścia tygodni praktyk, na przestrzeni pięciu lat TRM-u i dobre przygotowanie teoretyczne, powodowało, że absolwenci byli wysoko notowani w przedsiębiorstwach połowowych i szybko awansowali na stopnie oficerskie.

            - Wole waszych absolwentów, potrafiących, wszystko zrobić, od absolwentów WSM-ek „oficerów w białych rękawiczkach”– powiedział kiedyś w rozmowie wicedyrektor PPDiUR Odra Szczoczarz.

            W latach osiemdziesiątych, szkoła oddaje m/t Admirał Arciszewski, rezygnując tym samym z praktyk na nim. Praktyki nie uwzględniają teraz psychicznej adaptacji młodych ludzi do długich sześciomiesięcznych rejsów.

Lecimy na Falklandy

Robert Nanaszko wspomina

- Siadać! Imię i nazwisko, imię ojca... Tak, tak, to wcale nie komenda policji, ani biuro   CBA czy CBŚ, tylko czerwiec roku 1989 i rozmowa weryfikacyjna przed praktyką dalekomorską uczniów Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu. Minęło 18 lat od tamtego czasu a mam wrażenie, że metody są wciąż aktualne i do tej pory nie wiem czy panowie, którzy prowadzili z nami tą rozmowę byli z kontrwywiadu czy innych „jedynie słusznych służb”.

Widoczne „smutni panowie” nie dopatrzyli się w życiorys Roberta i jego kolegów i ich rodzin elementów działalności antysocjalistycznej, bo „wspaniałomyślnie” wyrazili zgodę na praktykę dalekomorską w PPDiUR Gryf w Szczecinie.

Robert i czterech kolegów zostało zamustrowanych na m/t Koleń. No prawie zamustrowani, bo „Koleń” czekał na nich w Montevideo i należało tam dotrzeć.

Lata osiemdziesiąte polska flota dalekomorska w dużej swej części łowi na łowiskach faltlandzkich. Ze względów ekonomicznych wymiany załóg, co sześć miesięcy, dokonuje się czarterowym samolotem.

Nieświadomi, rzeczywistości czekającej na łowisko, szczęśliwi i dumni zajęli miejsca w samolocie Interflugu DDR, po wcześniejszym dowiezieniu autobusem ze Szczecina do Berlina Wschodniego.

Międzylądowanie w Las Palmas. Pierwsze odgraniczone obrazy rzeczywistości wolnego świata. Pomimo, że to tylko chwila i to na lotnisko, to się ma poczucie satysfakcji i jakiegoś wewnętrznego spełnienia. „Byłem w mieście, o którym opowiada każdy rybak dalekomorski.

Samolot nad Atlantykiem.

- Za chwilę przelecimy nad równikiem – informuje załoga samolotu.

- Zobacz, nawet widać równik – z uśmiechem informuje kolega siedzący przy oknie.

W olbrzymiej dziurze, wełnianych chmur, na gładkiej powierzchni oceanu, widać białą, rozszerzającą się linię kilwateru tworzonego przez płynący statek

- Nie zapomnijcie, odebrać od załogi samolotu zaświadczenia o przekroczenie równika – informuje rybak siedzący przed nimi.

- Dlaczego, to takie ważne?

- Nie będziecie musieli być ofiarami chrztu morskiego, gdy statkiem przekroczycie następnym razem równik. „Pieszczoty” diabłów morskich w czasie chrztu morskiego muszą znosić neofici przekraczający po raz pierwszy równik.

Nie rozszyfrowany do końca, mózg człowieka stara się zarejestrować jak najwięcej obrazów z takiej podróży, wszystko jest nowe ciekawe godne uwagi. Lecz po latach pozostają obrazy nie zawsze z „pierwszego planu” wielokrotnie utrwalane, czasami jakaś migawka chwili dominuje nad wspomnieniami. Dla Roberta takim obrazem z tego osiemnastogodzinnego lotu był, obraz potężnej figury Chrystusa, dominującej na grzesznym swym karnawałem miastem, Rio de Janeiro, w którym było ostatnie międzylądowanie przed Montevideo.

Lola i Loligo

Po pięciu dniach przygotowań w porcie. m/t Koleń wyruszył na łowisko. No i zaczęło się punktowanie z Neptunem.

Choroba morska

„Choroba lokomocyjna jest pewnego rodzaju chwilową niedyspozycją mózgu, a właściwie zaburzeniem narządu równowagi”„Przyczyną choroby są prawdopodobnie sprzeczne sygnały wysyłane do mózgu przez oczy i błędnik. Kiedy np. płyniemy statkiem, do naszego mózgu docierają w wyniku "bujania" bardzo sprzeczne informacje: oczy twierdzą, że wszystko jest w porządku, jesteśmy relatywnie stabilni (nie zmieniamy przecież pozycji względem pokładu), natomiast błędnik wysyła informacje, że ciągle się poruszamy (do przodu, do tyłu, w górę, w dół i na boki). Mózg nie może sobie poradzić z tymi sprzecznymi impulsami, nie wie jak je zinterpretować i w rezultacie zaczynamy chorować”Doświadczeni marynarze twierdzą, że przyczyna jest bardziej psychiczna niż fizyczna. Niezależnie jak byśmy na to nie patrzyli naszą piątkę Neptun postanowi nauczyć szacunku dla morza. Dwutygodniowa wcześniejsza praktyka na „rzygaczu” WSM-ki „Nawigatorze” to jak wycieczka na statku wycieczkowym na redę Kołobrzegu.Na tych wodach rzadko się zdarza by morze było spokoje. Po kilku godzinach cała piątka rzygała równo.- Kilka godzin i przejdzie – odważnie za wyrokował jeden z nich.

Na „Arciszewskim” w czasie, pierwszego większego bujania praktykanci byli pod dyskretną kontrolą załogi stałej i gdy choroba morska, u praktykanta, trwała dłużej, stosowano „odpowiednią kurację”, po której zazwyczaj ustępowała.

Po trzech dniach, gdy żołądek został, na żywca, oderwany od innych narządów organizmu i miało się uczucie, że jakaś żelazna, ręka przez gardło, chce wyrwać kość ogonową. Nasi bohaterowie mieli dość romantyki życia marynarza i rybaka.

- To mój pierwszy i ostatni rejs – zaklinali się wszyscy mając uczucie umierania.

Tak wspomina Robert

- Po pięciu dniach.

- Hurraaa!!! Koniec rzygania, czas na żżżżżarcieee. Wszedłem na messę w porze obiadu a tu Bosman Wacek: - Chłopie a ty, co tu robisz?             - Mam mieć praktyki.- Kucharz podwójna porcja dla tego gościa i wiadro obokWiadra już nie było trzeba. 1:1 z Neptunem.

Łowisko. Sieć w wodzie. Kilka godzin trałowania i pokładzie ląduje „Lola” jej baleronowate kształty są wypełnione kalmarami Loligo.

„Loligo vulgaris – najczęściej spożywany gatunek kałamarnicy, dł. Ciała ok. 30 cm, poławianych na Atlantyku i Morzu Śródziemnym Kalmary są znakomitymi pływakami, poruszają się ruchem odrzutowym. Potrafią dokonywać skoków ponad powierzchnią wody na odległość kilkunastu metrów. Pożywieniem ich są ryby. Mięso Loligo vulgaris stanowi ceniony przysmak na całym świecie. Tworzy duże ławice.

- No to panowie praktykanci, zapomnicie o rzyganiu, taki zaciąg to dwanaście godzin pracy w przetwórni – podsumował bosman Wacek.

Edward Bernatowicz

piątek, 19 października 2007
To był cholernie długi rejs...

            Tak należałoby, po marynarsku, określić ten rejs, lecz mój rozmówca nie używa nawet tak drobnych wulgaryzmów. W swych częstych spacerach po porcie, lubię słuchać jego przygód i doświadczeń morskich, wypowiadanych poprawną polszczyzną z wysoką kulturą języka, co w obecnej rzeczywistości medialnej i ulicznej nie jest tak oczywiste. Pomimo swoich obowiązków armatorskich zawsze, bezinteresownie, potrafi poświęcić kilka chwil by zaspokoić moją ciekawość dotycząca, minionej i obecnej rzeczywistości rybołówstwa dalekomorskiego i bałtyckiego. Ten rejs Ryszarda to jego pierwszy rejs zawodowy, po skończeniu w 1972 roku Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu ( pierwszy rocznik absolwentów ). Również był to ważny rejs w historii polskiego rybołówstwa dalekomorskiego.

            m/t COLUMBA na łowiskach południowego Atlantyku.

            Ostatni z serii B-15 trauler-przetwórnia, gdyńskiego Dalmoru, m/t Columba wypłynął w pierwszy, w historii polskiego rybołówstwa dalekomorskiego, rejs eksploatacyjny na łowiska Południowej Afryki (Namibia, RPA). Dotychczas polskie jednostki łowi na łowiskach Północnego Atlantyku i nie przekraczały równika. Ryszard został zamustrowany jako asystent pokładowy. Ponad roczna praktyka morska w TRM-ie i dobre przygotowanie teoretyczne spowodowały, że po pierwszym rejsie zawodowym jako asystent, będzie mógł ubiegać się o stopień oficerski.

            - As, zapytaj Rosjan, przez ukafkę, jak oni to robią, że mają takie dobre zaciągi – zwrócił się zdenerwowany kapitan do Ryszarda, po kilku nieudanych próbach trałowania, słysząc w ukafce o dobrych wynikach Rosjan.

Z chwilą, gdy kapitan i oficerowie zorientowali się w dobrej znajomości języka rosyjskiego przez Ryszarda (zasługa TRM-u), prowadził on, większość rozmów z łowiącymi w tym rejonie traulerami rosyjskimi. Jak twierdzili niektórzy rybacy „Flota rosyjska była wszędzie i zawsze nawet gdy jeszcze w morzach i oceanach nie było ryb to oni już orali oceany swymi traulerami”

- Kapitanie. Mamy złe sieci – przekazał asystent po kilku wymianach zdań w eterze.

- As zobaczymy, co z ciebie za przyszły oficer i jak skuteczna jest twoja znajomość języka rosyjskiego. Upoważniam byś „wynegocjował” pomoc w przygotowaniu właściwych sieci. – Polecił kapitan.

Kilka godzin trwała „konsultacja” „asa” z kapitanem jednostki ZSRR i kapitanem Columba. W efekcie do burty dobiła szalupa przywożąc sieć i „traumaistra” w zamian w szalupie wylądowało kilka kartonów, jak byśmy dziś powiedzieli „mocniejszego i słabszego lekarstwa byłego pana prezydenta RP”.

W ciągu tygodnia asystent i IV oficer pod nadzorem i przy pomocy Rosjanina uzbroili i przebudowali sieć tak by można było łowić pelagicznie i dennie. Połowy siecią pożyczoną i udoskonaloną według wskazówek traumaistra zaczęły dawać zaciąg ponad dwudziesto tonowe. Przetwórnia ruszyła pełną parą.

- Panie drugi według odczytu systemu nawigacyjnego DECCA jesteśmy teraz w środku Europy. – Zameldował asystent oficerowi wachtowemu.

- As, bzdury opowiadasz, przyznaj się, że nie potrafisz tym system posługiwać się.

- Posługiwałem się nim na Bałtyku i znam go dobrze. Niech pan sam sprawdzi.

Zakupiony w Niemczech radiowy system nawigacyjny dobrze sprawujący się na Bałtyku okazał się bezużyteczny na łowiskach południowej Afryki.

- No to panie as, wyznaczaj pan pozycję zliczoną według ciał niebieskich - zadecydował oficer.

Lecz dla tego, kto przeszedł naukę nawigacji, u takich ludzi morza jak kapitan Wożniak i kapitan Rzeszotarski, wyznaczenie pozycji to drobiazg.

Fatamorgana na Atlantyku

Według wyznaczonej pozycji m/t Columba powinna być około dwieście mil od lądu. Spojrzał przez okno kabiny nawigacyjnej i osłupiał. Na horyzoncie majaczyło się zielone wybrzeże Afryki. Wyznaczył jeszcze raz. Zgadza się. Dwieście mil od lądu. Zgłupiał.

- No panie as, jaką pan masz pozycję? – Zapytał drugi, wymieniając ze sternikiem dziwne uśmiechy.

- Nic z tego nie rozumiem, powinniśmy być dwieście mil od lądu a tu widać ląd – wskazał na niewyraźny zarys lądu.

- Poczekaj pan trochę i nie denerwuj się – uspokoił drugi z uśmiechem. – To tylko fatamorgana.

Po obserwacji takiego zjawiska trudno nie uwierzyć w legendy o Latającym Holendrze i okrętach widmach. W obecnych czasach światłowodów zjawisko to jest łatwe do wyjaśnienia. W pewnych warunkach, na styku mas ciepłego i zimnego powietrza, tworzy się, taki atmosferyczny „element światłowodu”, który przenosi olbrzymie obraz w dalekie strony.

Rekreacja w Kapsztadzie

Trzy miesiące pracy. Robienie ładunku. Walvis Bay (Zatoka Wielorybia - Namibia). Wyładunek na łącznikowiec „Halniak” i znowu na łowisko. Tam i z powrotem.

Asystent na statku nazywany „As” to stanowisko w hierarchii statkowej pomiędzy „kastrą” oficerską a resztą „świata statkowego”. W tym rejsie oprócz rozległych obowiązków doszedł jeszcze jeden, sporządzenie map łowisk, na których łowili, były one powielane w późniejszym czasie przez inne jednostki łowiące w tych rejonach. Najbardziej wydajne łowisko zostało nazwane „Columba Bank”.

- Płyniemy do Kapsztadu, na rekreację – obiegła statek wiadomość po trzech miesiącach pobytu na łowisku.

W świadomości młodego Polaka obraz RPA, kształtowany przez propagandę socjalistyczną, to kraj, w którym jest bieda z nędzą i wyzyskiwani przez białych kolonistów czarnoskórzy tubylcy.

Pierwsze wrażenie miasta, zaskoczyło i zaszokowało. Kapsztad okazał się światową metropolią. Konglomerat ras i kultur i religii. Sklepy z towarami, których w PRL-u państwie „dobrobytu socjalistycznego” nie zobaczysz.

- W stoczni stoi „Polonez” z kapitanem Baranowskim – przyniósł wiadomość, jeden z załogantów.

Kapitan Baranowski opływający świat na Polonezie zawinął do Kapsztadu by dokonać niezbędnego remontu przed dalszym rejsem. Ryszard i dwóch młodych załogantów pospieszyli z pomocą w remoncie i dostarczając farb okrętowych z zapasów m/t Columba.

Tragedia w Las Palmas

Po kilku dniowej rekreacji z powrotem na łowisko. Praca na łowisku przez następne miesiące przerwane jeszcze jednym zawinięciem do portu.

- Wracamy do kraju – powiadomił załogę kapitan po dziewięciomiesięcznym rejsie.

- W drodze powrotnej zawiniemy do Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich na wyładunek i uzupełnienie zaopatrzenia.

W tym pięknym hiszpańskim mieście zaskoczył młodego marynarza widok nieczystości płynących rynsztokami wąskich uliczek ze starymi kamienicami i portowe bary z beczkami wina.

Bosman pokładowy wrócił z miasta z kilkoma plastykowymi kanistrami, taniego hiszpańskiego wina.

- Proszę mi nie przeszkadzać będę pił – poinformował kolegów, zamykając się w kabinie.

- Panie As, zajrzyj pan do bosmana, przez dwa dni nie wychodził z kabiny – polecił kapitan Ryszardowi.

Wszedł do kabiny i doznał szoku. Bosman leżał martwy z wzdętym brzuchem. Wątroba nie wytrzymała. Zapił się na śmierć. Lekarz okrętowy stwierdził zgon. Policja zabrała ciało do zbadania zwróciła po kilku dniach w ocynkowanej trumnie.

Opracował Edward Bernatowicz wykorzystując wspomnienia Ryszarda Klimczaka

piątek, 12 października 2007
Nauczyciel na wiecznej wachcie II
Radiostacja „Mewa”

- Przydałaby się prawdziwa radiostacja okrętowa, by nasi absolwenci mogli dobrze przygotować się do pracy na morzu.

- Ryszard, gdzie ty kupisz taką radiostację? W Unimorze stocznie czekają w kolejce na takie urządzenie. Pieniądze szkoła posiada, ale to nie wystarczy. – Powiedział dyrektor Zientala

- Jedziemy do Unimoru, po radiostację! Załatwione! – Zakomunikował na drugi dzień.

Osobiście na drugi dzień pojechałem z Ryszardem do Unimoru. Dyrektor zakładu żeglarz, kolega Ryszarda. Powitał nas kawą i informacją.

- Rysiu tobie trudno odmówić, mam jedną pozaplanową nie odebraną przez stocznię jest wasza.

Pierwszy egzamin PIR-owski.

Pierwszy rocznik ukończy radiokomunikację morską. Właściwie tu powinna się kończyć rola szkoły w kształceniu w tej specjalności,. lecz nie dla Ryszarda. By absolwent mógł pełnić funkcję radiooficera na statku, niezależnie czy ukończył WSM w Gdyni, czy naszą szkołę musiał zdać egzamin przed komisją państwową, powołaną przez Państwową Inspekcję Radiową. Członkami komisji egzaminacyjnej są osoby ze środowiska Wyższej Szkoły Morskiej dla nich kołobrzeska szkoła to konkurencja. Dzięki staraniom Ryszarda Dyrektor PIR-u w Koszalinie wyznacza termin egzaminu w Kołobrzegu w naszej szkole.

Zjechali się panowie egzaminatorzy by udowodnić, nieprzydatność Pomaturalnego Technikum Radiokomunikacja Morska w Kołobrzegu w kształceniu radiooficerów.

Cała kadra szkoły w napięciu oczekuje końca egzaminów. Po minie Ryszarda, który wychodzi na chwile z sali egzaminacyjnej widzimy, że nie jest źle. Obwiązuje go tajemnica przed ogłoszeniem wyników końcowych.

Koniec egzaminów. Wszyscy zdali.

- Panowie to był szok dla komisji – mówi dumnie, gdy siedzimy w pokoju nauczycielskim po odjeździe komisji – Nawet, gdyby chcieli „oblać” to nie mogli, bo razem zdawało pięciu z Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni i nasi byli o wiele lepsi.

Maluch Ryszarda

Ryszard jako jeden z pierwszych w szkole kupił sobie „szczyt PRL-owskiej” techniki samochodowej Malucha, czyli Fiat 126.

- To jest samochód! Jestem dumny z niego! – Powiedział pewnego poranka wchodzą do pokoju nauczycielskiego ze swym charakterystycznym uśmiechem na ustach.

- Dlaczego?

- Wjeżdżając na teren szkoły, przed bramą wjechałem na kamień. Odbiło mi kierownicę i uderzyłem słup bramy.

- Co skasowałeś samochód? – Rozległy się pytania.

- Nie. Mam tylko wgnieciony zderzak a murowany słup bramy leży na ziemi.

sobota, 06 października 2007
NAUCZYCIEL NA WIECZNEJ WACHCIE. I
Sposób na mieliznę

- Poproszono mnie bym przewiózł jachtem, na redzie, grupę osób ze Śląska – opowiadał Ryszard Chomej, żeglarz, nauczycie w TRM-ie.

- Był ciepły letni kołobrzeski dzień. Plaże zalegał tłum „socjalistycznego socjalu”. Poproszono bym podpłynął bliżej plaży. Zrobiłem zwrot i poczułem jak jacht siada na mieliźnie w miejscu, w którym mielizny nie powinno być.

- Co teraz zrobimy?. Usłyszałem zaniepokojone głosy. - ciągnął dalej z powagą Ryszard - Widzicie państwo jacht ma silnik. Tu jest rura prowadząca za burtę, wskazałem na rurę doprowadzającą wodę zaburtową. Ta rura prowadzi pod dno jachtu, włączymy pompę, która będzie pompować wodę pod dno dopóki poziom wody nie podniesie się i jacht sam nie wypłynie z mielizny.

- Wiecie, niektórzy uwierzyli, że tym sposobem schodzi się z mielizny. – Kończył z życzliwym uśmiechem swój dowcip.

Przypomniałem ten „firmowy” Rysia dowcip, gdy przeczytałem wpis w Internecie pod tekstem o nim

robewa@interia.pl

Ryszard Chomej..... człowiek legenda, miałem okazje być jego wychowankiem w TRM w latach 1985 1990, tworzyłem z Panem Profesorem radioklub SP1KQR, razem jeździliśmy pociągiem osobowym do Nowej Soli po anteny....Komu teraz by się chciało....a nam tak, ech szkoda słów....”

Zbliża się „Dzień Nauczyciela” przemianowany przez PRL w „Dzień Edukacji Narodowej” niektórzy nauczyciele TRM-u, ludzie morza, żegluje już po bezkolizyjnych niebiańskich oceanach na wiecznej wachcie wśród nich Ryszard. Przy okazji tego dnia przypominamy swoich nauczycieli kolegów, których już niema wśród nas.

Pokochał morze i nauczenie

W latach siedemdziesiątych znaczną cześć kadry dydaktycznej, Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu tworzyli, autentyczni miłośnicy morza, znawcy rzemiosła morskiego. Wśród nich Ryszard Chomej. Nie sposób w tym krótkim tekście opisać tą „legendę”, jak go nazywa jego uczeń. Może kilka subiektywnych obrazów zdarzeń

Połowa lat siedemdziesiątych, flota handlowa i rybołówstwa dalekomorskiego potrzebuje radiooficerów. Wyższa Szkoła Morska w Gdyni kształci inżynierów tej specjalności, lecz znaczna część z nich, po kilku rejsach, po zaspokojeniu ciekawość morza, znajduje atrakcyjne zatrudnienie na lądzie. Głownie za przyczyną Ryszarda Chomeja powstaje pomysł utworzenia w Kołobrzegu pomaturalnego technikum elektronicznego specjalność radiokomunikacja morska. Ministerstwo Gospodarki Morskiej wyraziło zgodę i zabezpieczyło. środki, należało pozyskać kadrę i przygotować bazę i programy nauczania.

Gabinet sygnalizacji

W gospodarce socjalistycznej nie oznaczało, że gdy się ma pieniądze to można kupić potrzebne materiały i przedmioty. Prawie wszystko trzeba było „załatwić” i trzeba było być dobrym „logistykiem” by załatwienie było skutecznie. Ryszard i dwaj pozyskani z Bydgoszczy nauczyciele elektronicy Zenon Knorowski i Jurek Jaworski, opracowali społecznie projekt, nowoczesnej jak na owe czasy pracowni sygnalizacji. Za symboliczne pieniądz zaczęli ją montować. Trudności ze zdobyciem części. Panowie inżynierowie pracowali wcześniej w zakładach elektronicznych w Bydgoszczy. Części „załatwili”.

- Potrzebne są magnetofony kasetowe do pracowni – powiedział Ryszard

- Ile?

- Szesnaście sztuk.

- Ryszard przecież to nieosiągalne. Gdzie je można kupić?

- Są załatwione. Leżą w hurtowni GS-u.

- Ryszard przecież wiesz, że przepisy pozwalają na zakup na rachunek w jednym sklepie równowartości dwóch takich „grudingów”.

Gospodarka socjalistyczna nie mogąc zaspokoić zaopatrzenia w artykuły, wymyślała, co pewien czas dziwne przepisy. Jeden z takich przepisów określał, jakiej wysokości mógł być rachunek na zakup pewnej grupy towarów w jednym sklepie przez „jednostki budżetowe”.

- Załatwione! – Powiedział Ryszard na drugi dzień – W każdym sklepie GS w powiecie są przekazane przez po dwa magnetofony. Niech zaopatrzeniowiec szybko jedzie i zakupi.

Pracownia sygnalizacji powstała była to najnowocześniejsza w Polsce, jak na owe czasy.

c.d.n

wtorek, 31 października 2006
2007 rok - 40 LAT SZKOLNICTWA MORSKIEGO W KOŁOBRZEGU

 

Szkolnictwo Morskie w Kołobrzegu nie ograniczało się do Technikum Rybołówstwa Morskiego, obecnego Technikum Morskiego. Funkcjonowały inne szkoły i formy kształcenia dla gospodarki morskiej. Jedną z nich była

Przyzakładowa Szkoła Zawodowa przy PPiUR „Barka”.

W styczniu 1975 r. przy „Barce” powołano Ochotniczy Hufiec Pracy.

Dla informacji, młodym a przypomnienia starszym - Stacjonarne Hufce Pracy była to jedna z form w poprzednim ustroju dania szansy młodym ludziom ze „skazą na życiorysie problemami dydaktycznymi. (Przy obecnych problemach wychowawczych w gimnazjach, należałoby się zastanowić nad podobną formą) W tak zwanej „normalnej szkole” skazani byli na porażkę. W hufcu pracując uczyli się i uzyskiwali zawód. Dla potrzeb hufca należało utworzyć szkołę zawodową. Dowiedziałem się, że poszukiwany jest kandydat na dyrektora. Zgłosiłem się do dyrektora Jana Szymańskiego z własną kandydaturą. Dyrektor znał mnie, wcześniej prowadziłem kolonie letnie „Barki”. Rozmowa była krótka i rzeczowa.

„Panie Bernatowicz potrzebna jest dwuletnia szkoła zawodowa dla pracujących, kształcąca w zawodach: mechanik urządzeń przeładunkowych; doker–ształer; i dla dziewcząt przetwórstwo ryb. Ma pan do dyspozycji kadrę przedsiębiorstwa, służbową „Wołgę” z kierowcą”- informacja dla młodych, samochód„Wołga” był to samochód dla vip-ów taka socjalistyczna (Lancia)

„Jeżeli w ciągu dwóch tygodni opracuje pan programy nauczania oraz inne dokumenty potrzebne do utworzenia szkoły i zostaną one zatwierdzone przez władze oświatowe, zostanie pan dyrektorem tej szkoły.”

Szkoły kształcącej w tym cyklu, w takich zawodach, nie było w Polsce. Istniały podobne, kształcące w innym cyklu w Gdyni i Świnoujściu. Najlepsi inżynierowie „Barki” włączyli się w dostosowanie istniejących i opracowanie nowych programów nauczania. Wizyta w Kuratorium Oświaty i Wychowania w Koszalinie. Kurator, pomimo zgodnej z przepisami dokumentacji i zabezpieczeniu środków finansowych przez PPiUR” Barka”, nie wyraża zgody na otwarcie szkoły. Wizyta w Ministerstwie Oświaty i Wychowania przekonywująca rozmowa z dyrektorem Departamentu Kształcenia Zawodowego. Wracam z decyzją otwarcia szkoły. Zrealizowałem zobowiązania dane dyrektorowi Szymańskiemu. Zostaję najmłodszym dyrektorem szkoły ponadpodstawowej w województwie.

Luty 1975 roku - uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego. Od września 1975 roku szkoła weszła w skład Zespołu Szkół Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu, istniała do roku `89. Szkołę ukończyło ponad tysiąc chłopców i ponad dwieście pięćdziesiąt dziewcząt. Pierwszymi nauczycielami przedmiotów zawodowych byli wysoko kwalifikowani pracownicy „Barki”, tacy jak: Tadeusz Gauer, Zofia Florczak i inni. Niemożliwe byłoby właściwe funkcjonowanie szkoły bez osobistego zaangażowania komendanta hufca Alka Orłowskiego i jego zastępcy, Mariana Kijanki. Jak wspomina jeden z najlepszych szyprów tego okresu, Ryszard Klimczak:

„Wielu bardzo dobrych rybaków i pracowników „Barki” to byli absolwenci tej szkoły.

Radiokomunikacja Morska

 

Był taki człowiek morza, nauczyciel i wychowawca, honorowy obywatel Nowego Jorku, pełniący obecnie „Wieczną Wachtę” – Ryszard Chomej. Miał szczęście. Życie pozwoliło mu realizować jego dwie pasje: żeglarstwo i radiokomunikację. Głównie dzięki jego osobistemu zaangażowaniu, została utworzona dwuletnia pomaturalna szkoła radiokomunikacji morskiej. Kształciła ona techników elektroników, specjalność: radiokomunikacja morska. Absolwenci, po zdaniu egzaminów przed komisją Państwowej Inspekcji Radiowej byli zatrudniani na statkach jako radiooficerowie. Poziom był konkurencyjny z kształceniem Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, dowodem tego były egzaminy zdawane przed niezależną komisją. W tamtych czasach do szkół morskich uczęszczali tylko chłopcy. Pierwszą dziewczyną, która złamała ten monopol, za zgodą ministerstwa, była Kołobrzeżanka Jolanta Kamińska Pomaturalne technikum kształciło również obcokrajowców: Wietnamczyków i Nigeryjczyków. W 1976 r. po rocznym kursie języka polskiego w Łodzi, przybyła do szkoły grupa z Wietnamu Północnego. Dla przypomnienia starszym i do wiadomości, młodym: w tym czasie trwała wojna, Wietnamu Północnego, wspieranego przez „blok państw socjalistycznych” z Wietnamem Południowym i wojskami amerykańskimi. Miało to odzwierciedlenie w zachowaniach i postawach słuchaczy. Nauczyciel Zenon Knorowski omawia na elektrotechnice pojęcie pola magnetycznego, Wietnamczycy wertują swoje słowniki, na twarzach widać radość zrozumienia:

- Tak, tak, my rozumieć, u nas dużo pola ryżowego.

- Tang. Czemu ty masz w bucie flagę amerykańską?”- zwraca uwagę wychowawca Krzysztof Fiodorow

„Panie profesorze wroga trzeba deptać”- słyszy odpowiedź.

„Panie profesorze. Czy pan jest Żydem?”- zwraca się słuchacz do nauczyciela języka angielskiego Jana Maja.

- Czemu pytasz Wang?”

- Bo pan taki mądry. Zna pan język angielski.

środa, 14 września 2005
NARODZINY STATKU część druga

Rejs próbny

        - TNIJ WĘŻE I KABLE! ZAMYKAMY DRZWI!

       „Motorek” siekierą przecina kable. Snop iskier. Trzech silnych chłopów z trudem, dociska stalowe drzwi, poprzez wdzierającą się wodę.

Udało się!

„Admirał Arciszewski” nie zobaczy dna basenu stoczniowego. Chif maszyny Andrzej Mioduszewski posyła kilka wiązanek bosmańskich pod adresem stoczniowców.

Na czas budowy i wyposażania statku w burcie, minimalnie powyżej linii wodnej, na wysokości kei, zamontowane są stalowe drzwi, przez które biegną przewody spawalnicze i kable elektryczne, tędy stoczniowcy dostają się na pokład. Przeprowadzano próby szczelności zbiorników balastowych i paliwowych. Odpowiedzialny pracownik stoczni zaniedbał obowiązku zamknięcia drzwi. Wypełniony zbiornik spowodował przechył. Statek zaczął nabierać wody przez niedomknięte drzwi. Błyskawiczna reakcja Chifa i jego ludzi zapobiegła tragedii.

Inwestorem i armatorem budowanego statku był Zespół Szkół Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu. Nie byliśmy w stanie technicznie i organizacyjnie zabezpieczyć budowy i eksploatacji statku. Po pertraktacjach z dalekomorskimi przedsiębiorstwami rybackim. Dyrektor szkoły podpisał umowę czarterową z Przedsiębiorstwem Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „GRYF” w Szczecinie.

Okres świąt Wielkanocnych 1977 roku. Rejs próbny na zatoce Gdańskiej, uczestniczę jako przedstawiciel armatora. Na statku ponad sto pięćdziesiąt osób - stała załoga i praktykanci w rejsach eksploatacyjnych to około stu osób. ”Gryf” wyznaczył na załogę najlepszą kadrę. Są obecni na statku od momentu wodowania, sprawdzają montaż każdego urządzenia, nie przepuszczą stoczniowcom żadnej fuszerki. Rejs próbny to praktyczne sprawdzenie działania urządzeń i systemów. Dział maszynowy to starszy mechanik Andrzej Mioduszewski i jego sztab mechaników, chłodników, elektryków, elektroników i baderków – mechaników maszyn przetwórstwa ryb. Utytłani w smarach i olejach wyłapują każdą niezgodność z projektem i instrukcją działania. Dział pokładowy to domena, „pierwszego po Bogu”, kapitana Janusz Kozłowskiego i oficerów nawigacyjnych.

- Cała naprzód! Cała wstecz! Ster trzydzieści na lewą burtę!...

Prędkość na mili pomiarowej. Badanie cyrkulacji. Badanie inercji.

Padają komendy. Statek, tańczy, zatacza koła, do tyłu, do przodu, w lewo, w prawo, wszystko wibruje, dygocze i brzęczy. Zachowanie „Admirała” przypomina rybaka dalekomorskiego po spotkaniu z koniakiem o nazwie „ŚMIERĆ MARYNARZA”. W mesie lecą talerze i naczynia. Oficer nawigacyjny specjalnie robi, bez uprzednia, zwrot. Ochmistrz za bardzo chciał „zakobinować” na artykułach i nie dostarczył na wachtę, przysługującą kawę.

Ochmistrz klnie.

- Jak te gwiazdojeby jeżdżą!

 

    Pogoda sprzyja stoczniowcom, czym trudniejsze warunki tym łatwiej przepchać usterki. Na Bałtyku „damski wiatr”, bo wiatry są dwa: damski – sztormowy – piździel i męski – łagodna bryza - podmuchuje. Pomimo pogody i zmęczenia prawie każda usterka zostaje wyłapana, niektóre mniej, istotne przehandlowane na inne usługi i uwzględniona w protokole rozbieżności. Podpisanie protokołu. m/t Admirał Arciszewski wraca do stoczni. Jeszcze uzupełnienie wyposażenia i usunięcie usterek i „płyń Admirale po morzach i oceanach...”.

 

Pierwsze podniesienie bandery

    Motorowy trauler (m/t) „Admirał Arciszewski” jest statkiem przetwórnią. Zasięg - łowiska całego świata. Jednym zaciągiem może złowić ponad trzydzieści ton. Urządzenia zamontowane w przetwórni pozwalają na wstępne przetworzenie ryb od wypatroszenia do filetów bez skóry. Obrobione ryby będą mrożone i składowane w ładowni.

 

     Do celów dydaktycznych na pokładzie nawigacyjnym wydzielono kabinę z zainstalowanymi repetytorami urządzeń nawigacyjnych. Ośmiu praktykantów jednocześnie może ćwiczyć odczytywanie danych i wyznaczanie kursu. Sala dydaktyczna na pokładzie trałowym przeznaczona jest do szkoleń i wykładów. Służy również jako sala kinowa. Na pokładzie głównym znajduje się świetlica z biblioteką.

 

18 maja 1977 rok statek przycumowany przy nabrzeżu „GRYFA” w Szczecinie. Wyposażony i uzbrojony w sprzęt do połowów pelagicznych. Gotowy do rejsu w rejony Wybrzeża Kości Słoniowej i okolic Wysp Kanaryjskich. Azory.

 

Cel pierwszych rejsów? - Zwiad sprawdzający nowe łowiska. Zamustrowani uczniowie Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu, ształują rzeczy osobiste w czteroosobowych kabinach. Zbiórka na pokładzie trałowym. Pierwsze, uroczyste podniesienie bandery. Stoją na pokładzie zaproszeni goście, nauczyciele i uczniowie.

 

- Załoga baczność! Poczet do poniesienia bandery wystąp!...

 

Kapitan Kozłowski wydaje komendy. Biało-czerwona z orłem łopocze na rufie. Orkiestra szkolna gra hymn państwowy. Kolega Janusz Bernat wspomina, że do jakości wykonania można było mieć zastrzeżenia, lecz kto przywiązywałby wagę do takich drobiazgów. Przemówienia. Życzenia. Statek wygląda jak elegant.

 

- Nazwa godna jednostki.

 

Stwierdzają wszyscy. Są dumni. Pięćdziesięciu pięciu praktykantów będzie, poprzez ciężką pracę, zdobywać atrakcyjny zawód. Kapitan zaprasza gości do zwiedzanie statku i na kapitański obiad. Toasty.

 

- ZA SZCZĘŚLIWE POWROTY Z MORZA!

 

- ZA SZCZĘŚLIWE LĄDOWANIA!

 

     - ZA SZCZĘŚLIWE POWROTY Z SZYCHTY!

 

- ZA TYCH, CO NA MORZU I W POWIETRZU I POD ZIEMIĄ! - wznoszą toast piloci pułku lotniczego ze Świdwina i górnicy z kopalni „Wujek”, współpracującego ze szkołą.

NARODZINY STATKU I

Chrzest i wodowanie

       „Nadaję ci imię Admirał Arciszewski. Płyń po morzach i oceanach chwal imię polskiego stoczniowca i rybaka”- matka chrzestna Alicja Szymańska z całą energią, jaką kobieta może zebrać w sobie, roztrzaskuje butelkę szampana o burtę statku. Tambur major Stanisław Jaworski opuszcza buławę, orkiestra dęta Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu gra coś, co przypomina hymn państwowy - napięcie i oczekiwanie - bryła stali o stu metrach długości i dwunastu wysokości z białym napisem Admirał Arciszewski i z biało czerwoną flagą na burcie, drgnęła i powoli zsunęła się bokiem do wody. Zakolebała się na wodzie jak wańka wstańka. Ulga. Wszystko zgodnie z planem. Zadowoleni stoczniowcy. Zadowoleni goście. Zadowoleni przedstawiciele armatora,. Gratulacje.

 

Dyrektor stoczni zaprasza gości i przedstawicieli stoczniowców na tradycyjną lampkę szampana. Toasty. Matka chrzestna otrzymuje w pięknym opakowaniu szyjkę z korkiem od szampana rozbitego o burtę statku. Przez następne dziesięć miesięcy statek będzie budowany i wyposażany na wodzie, odbędą się próby, nim zostanie podniesiona bandera. Koniec części oficjalnej. Dyrektor Polskiej Żeglugi Bałtyckiej Jan Szymański sponsoruje gościom obiad u MAXIMA w Gdyni.

 

Wcześniej

Decyzją Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, Technikum Rybołówstwa Morskiego otrzymało środki i prawo na rozpoczęcie budowy statku zabezpieczającego potrzeby praktyk morskich naszej szkoły, jak również szkół tego typu z Darłowa i Świnoujścia, w zakresie rybołówstwa dalekomorskiego. Wybrano do budowy jednostkę o roboczym symbolu B89 oraz stocznię w Gdyni o nazwie „Komuna Paryska”

 

Początek lipca 1976 roku - okres urlopowy, dyrektor Zientala na Mazurach. Pełnię dyżur dyrekcyjny w szkole.

 

Telefon:

 

- Mówi dyrektor stoczni „Komuny Paryskie”. Proszę faxem w ciągu trzech dni przesłać, nazwę statku. Stoczniowcy muszą go naspawać na burcie. 28 lipca wodowanie i chrzest.

 

Wpadłem w panikę. Moja wiedza na temat wodowania i chrztu statków ograniczała się do tego, czym raczyła nas ówczesna telewizja. Poszukiwanie dyrektora szkoły na mazurskich jeziorach skończyło się niepowodzeniem - informacja dla młodych był taki czas, że nie znano „komórek”. Lecz trzeba wiedzieć, że być w owym czasie uczniem lub nauczycielem Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu było powodem do dumy i zobowiązywało, mieszkańcy Kołobrzegu otaczali nas zainteresowaniem i szacunkiem a szkoła żyła tradycją morską wzorowaną na słynnych kapitanach takich jak Borhard i Maciejewicz, Borkowski. Wystarczyło wykonać kilka telefonów a mieliśmy zorganizowany nieformalny Komitet Organizacyjny w składzie: nauczyciele - Jerzy Jaworski, Ryszard Chomej, Zenon Knorowski Stanisław Jaworski, Zbigniew Rzeszotarski, Jan Dzionk Michał Pieszko i inni oraz piszący te wspomnienia.

 

Ustalono:

 

- nazwa - Admirał Arciszewski – była ona wynikiem prowadzonej wcześniej w szkole kampanii popularyzującej Krzysztofa Arciszewskiego, słynnego admirała holenderskiego, Polaka, Europejczyka - my już wtedy byliśmy Europejczykami;

 

- matka chrzestna - Alicja Szymańska żona Jana Szymańskiego dyrektora i twórcy Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, dzięki któremu w głównej mierze powstała nasza szkoła;

 

- transport gości, orkiestry i uczniów sponsorowała PŻB i inne zakłady kołobrzeskie.

 

Trzy dni przed wodowaniem. Przygotowania zakończone. Orkiestra szkolna stawiła się w pełnym składzie, pomimo wakacji i ćwiczy hymn państwowy.

 

Telefon:

 

- Mówi dyrektor gabinetu ministra Gospodarki Morskiej podajcie - kolejna informacja dla młodych, obowiązywała wtedy forma „WY” - numer uchwały egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR, lub Wydziału Politycznego Ministerstwa Obrony Narodowej, zatwierdzającą nazwę statku.

 

Przewodnia, kierownicza, wiodąca i służebna rola PZPR?

Z dalszej rozmowy wynikało, że każda nazwa statku będąca nazwiskiem musiała mieć akceptację, jednego z w/w organów, oczywiście o tym nie wiedzieliśmy. Decyzja - jedziemy z kolegą Rzeszotarskim do Koszalina do KW PZPR. Nie widzimy problemu - jutro jest posiedzenie gremium zwanego egzekutywą KW - nazwa statku zostanie zatwierdzona. Lecz czekało nas rozczarowanie.

 

Przyjmuje nas niskiej rangi pracownik komitetu. Z rozmowy wynika, że nie wie, kim był Krzysztof Arciszewski.- Nie podoba mu się - takie nazwisko o innym imieniu jest niemile widziane przez władzę ludową i cenzurę. Prosimy o załatwienie nam spotkania z Sekretarzem Propagandy Komitetu Wojewódzkiego:

 

- Towarzyszka sekretarz jest dzisiaj bardzo zajęta i nie może was przyjąć – słyszymy.

 

Jednocześnie obserwując zachowanie, przyjmujących nas urzędników partyjnych, wychodzą, co chwilę, na chwilę, obierają telefony z partyjną służalczością i wiernopoddańczymi tekstami do słuchawki:

 

- Tak jest towarzyszko sekretarz!

 

Czujemy przez skórę, że w coś wdepnęliśmy i że nasz temat krąży po korytarzach tego gmaszyska. Musieliśmy w jakiś nieświadomy sposób obrazić majestat partii, skoro nie chcą rozpatrzyć naszego problemu, wiemy, że za godzinę odbędzie się posiedzenie egzekutywy KW, który to organ jest władny powiedzieć – tak lub – nie.

 

- Co mamy robić? - pytamy

 

- Róbcie na własną odpowiedzialność - pada jak wyrok.

 

Taka odpowiedź oznaczała:

 

„Będziecie mieli kłopoty zawodowe, jeśli nadacie tą nazwę”.

 

Wracamy do Kołobrzegu. Narada. Propozycje:

 

- Nazwiemy m/t „Słupia” lub m/t „Parsęta” i nie narazimy się.

 

Niektórzy członkowie asekuracyjnie wycofują się z podejmowania decyzji. Dzwonię do dyrektora stoczni by naspawano na burcie nazwę „Parsęta”. Za późno. Zdemontowano rusztowania i kończone są przygotowania do wodowania. Na burcie stalowymi literami, pomalowanymi na biało, wypisano „Admirał Arciszewski”.

 

28 lipca problem nazwy jest nie rozwiązany. Jedziemy na chrzest i wodowanie. Udało mi się zaprosić na uroczystość decydentnego pracownika instancji PZPR w Kołobrzegu, nie świadomego naszych kłopotów z nazwą.

 

Przed wyznaczoną godziną na wodowanie honorowi goście zaproszeni są na kawę przez dyrektora stoczni. Dyrektor świadomy naszych problemów z nazwą pyta:

 

- Ostatecznie, jakie imię będziemy nadawać?

 

     - „Parsęta”, bo na taką nazwę nie musimy mieć zgody - odpowiadam.

 

     - No to przejdziemy do historii światowej tradycji chrztów morskich, bo będzie to pierwszy przypadek nadania innego imienia niż widniejące na burcie - ze śmiechem komentuje dyrektor.

 

     - Panie dyrektorze ja innej decyzji podjąć nie mogę. Lecz towarzysz sekretarz – tu zwróciłem się do zaproszonego przedstawiciela instancji powiatowej PZPR - jako przedstawiciel władz partyjnych może taką decyzję podjąć.

 

     Ten błysk wściekłości w oczach towarzysza, postawionego pod ścianą podjęcia decyzji, lekko mnie zmroził. Jeszcze nie wiedziałem, że te moje zachowanie odbije się mi w przyszłości zawodową czkawką. Lecz w tym momencie na oczach zebranych mógł powiedzieć tylko jedno:

 

     - Niech będzie Admirał Arciszewski

 

     „Nadaję Ci imię Admirał Arciszewski. Płyń po morzach....”