Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Morświny uśmiechają się po śmierci

Rybaka łodziowego Leona Holkę, z sąsiedniej ulicy, znałem od lat. Obecnie jest na emeryturze po likwidacji jednostki w ramach unijnych programów rybołówstwa.

- Panie Leonie może by Pan opowiedział o swoim ponad czterdziestoletnim rybaczeniu - zapytałem.

- Nie ma, o czym. Jest tylu ciekawych i ważnych ludzi w naszym mieście, którzy potrafią opowiadać o sobie. Co tam ja, zwykły rybak.

Po takich słowach byłem prawie pewny, że szperając w morskim życiorysie tego człowieka można natrafić na niejedno ciekawe zdarzenie.

W obecnych czasach często zauważamy, szczególnie w mediach, natłok „pustosłowia i pustogłowia", szczególnie widoczne jest to u niektórych polityków i samorządowców. Ma się wrażenie jakby próbowali sprzedawać kolorowe puste opakowania swego JA.

Zauważyłem, ze ludzie morza często „opakowani w przeciętność" zawierają ciekawy i wartościowy „towar" swoich doświadczeń i przeżyć. Lecz gdy pytamy o to zazwyczaj odpowiadają.

- O czym tu opowiadać. Nie ma, o czym.

Nie dałem się zbyć i namówiłem pana Leona na zwierzenia.

Tobiasz na przynętę

Tobiasz „(Ammodytes tobianus) - gatunek morskiej ryby z rodziny dobijakowatych Długość do ok. 23 cm, ciało silnie wydłużone, smukłe, spłaszczone bocznie. Ubarwienie srebrzyste, grzbiet ciemny. Tobiasz żywi się głównie skorupiakami planktonowymi, rzadziej narybkiem. Występuje w ławicach, zagrożony ukrywa się w piaszczystym dnie. Tarło na przełomie jesieni i zimy".

Czytelniku, gdybyś zawędrował w latach sześćdziesiątych o świcie na kołobrzeską plażę zachodnią to może ujrzałbyś, jak rybacy łodziowi parami łowią tobiasza na przynętę.

- Jeden koniec liny sieci zakotwiczono na plaży. Łódką wiosłową wywożono sieć, szerokim łukiem w morze by zamknąć półkole o końcach lin na plaży. - wspomina pan Leon.

- Za jedną linę złapał ojciec, za drugą złapałem ja i powoli wyciągano sieć na plażę z wijącym się tobiaszem. Była to najlepsza przynęta, obok „krabików" bałtyckich, nakładana na haki na dorsze i flądry.

Zatopienie Koł 112

22 grudnia 1998 roku. Pan Leon na Koł 112 wraz z trzyosobową załogą wypływa na połów, Za dwa dni Wigilia, świeża ryba to w tym okresie najbardziej potrzebny towar.

- Na rufie w workach ułożone siatki stawne. Załogant Edek Litwin zdjął koła ratunkowe z haków i położył na workach, by w momencie wychodzenie z głodówek portu fala nie podbiła sieci do góry.

Często zastanawiamy się nad rolą przyczynowo-skutkową zdarzeń i oraz nad przypadkiem w życiu człowieka W obecnej „epoce wirtualnej", epoce programowanych komputerów odnosi się wrażenie, że pewne cykle zdarzeń, których doświadcza człowiek są zaprogramowaną aplikacją. przez „super programistę" Człowiek posiadający wolną wolę realizuje ową aplikację i czasami w sytuacjach ostatecznych potrafi wygrać drugie życie. Takim „elementem programu" ratowania życia załogi Koł 112, były owe koła ratunkowe położone w niewłaściwym miejscu..

Godzina 8. Około 2,5 mili od lądu na wysokości Podczela Załoga Koł 112 kończy wybierać ostatnie haki. W kierunku portu kołobrzeskiego z przeciwnej strony płynie łódź rybacka. Przejdzie bezpiecznie od strony lądu - pomyślał pan Leon pracujący na rufie.

Jest na prawym trawersie. Nagle! Robi zwrot o 90 stopni i uderza w burtę zakotwiczonej łodzi. Odskoczyła na odległość około trzydziestu metrów. Przez pęknięcie w stalowym kadłubie Koł 112 woda wdziera się do maszynowni.

- Bierzemy was na hol! - zawołał sprawca zdarzenia, nieświadomy zagrożenia, jakie spowodował.

Podana cuma dziobowa pęka. Łódź udzielająca pomocy dochodzi do burty Koł 112, powodując całkowite pęknięcie poszycia łodzi. Z dziobem do góry, rufa błyskawicznie pogrąża się w wodzie, uwalniając znajdujące się tam koła ratunkowe.

- Zdążyłem tylko zdjąć jeden but filcowy. Robię unik, przed wciągnięciem pod wodę, przez nadbudówkę na dziobie. Edek w wodzie uczepiony koła ratunkowego. Łapię się koła z drugiej strony. Gdyby koło ratunkowe było, jak zawsze, na swoich zaczepach, takiej szansy ratunku nie mielibyśmy - wspomina pan Leon..

W wodzie o temperaturze około 0 stopni nieprzygotowany człowiek przeżywa około 15 minut. Pierwszy rozbitek wyciągnięty. Leon łapie podaną cumę. Wkłada nogę w bucie w pętlę cumy, ta bez buta już zdrętwiała. Trzech rybaków z trudem wyciąga potężnego Leona na kuter.

- Do ubikacji, tam najcieplej! - woła szyper.

Problem z Gienkiem - na powierzchni wody utrzymuje go pęcherz powietrza ortalionowej kurtki, traci siły z wyziębienia organizmu. Decyzja mechanika Rutkowskiego z ratującej jednostki jest błyskawiczna. Owiązuje się w pasie linką. Skok do lodowatej wody. Po chwili wraz z Gienkiem jest wyciągnięty na pokład. Jeszcze tylko wyłowienie Edka uczepionego koła ratunkowego. Leon próbuje pomagać w wyciąganiu kolegów, lecz zdrętwiałe ręce odmawiają posłuszeństwa.

Szybko do portu. Pogotowie powiadomione.

- W porcie służbista policjant, nie zważając na nasz stan zdrowia, męczył pytaniami - opowiada pan Leon, aż się lekarz zdenerwował

- Niech pan da im spokój, nie widzi pan, ze trzeba zabrać do szpitala.

- Co było powodem, że został zatopiony Koł 118 - zapytałem.

- Szyper, sprawcy zatopienia, był poważnie chory na cukrzycę i zapadał chwilami w senne odrętwienie, gdy mijał nas hałas naszej jednostki obudził go i odruchowo zmienił nagle kurs od lądu, czyli prosto na nas.

Morświny uśmiechają się po śmierci

Przeglądając rodzinne zdjęcia zaciekawiło mnie zdjęcie pana Leona i jego kolegi trzymającego morświna ( w załączeniu).

Morświn, merświn, morświń lub morsun - to używane na polskim wybrzeżu nazwy jedynego bałtyckiego walenia. Ma on i swoją naukową łacińską nazwę - Phocoena phocoena."

Trudno go zauważyć żywego na naszych wodach, bo przebywa cały czas pod powierzchnią. Wynurza się dyskretnie tylko w celu zaczerpnięcia powietrza. Oglądam je tylko wtedy, gdy stanie się tragedia i zaplączą się w zastawione sieci i się uduszą. Tak się stało również z tym na zdjęciu.

Niestety takie zdjęcia są coraz częstsze, ilość tych jedynych waleni bałtyckich się zmniejsza. Próby uratowania od zagłady wymagają środków finansowych. W Kanadzie i Stanach Zjednoczonych z powodzeniem stosuje się dźwiękowe odstraszacze zwane pingerami. Wieszane są na sieciach, gdzie niebezpieczeństwo wpadania morświnów w sieci jest największe.

Gdy przyniosłem zdjęcie, pani Alicja, redakcyjna szefowa komputerów, zauważyła:

- Ale się on pięknie się uśmiecha.

Przyznałem rację i pomyślałem, jakże wspaniały musi być uśmiech żywego morświna?

Czy nasze prawnuki będą oglądać ten uśmiech tylko na starych fotografiach?

Edward Bernatowicz


18:43, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 sierpnia 2008
ŁAPANIE WIELORYBÓW

ŁAPANIE WIELORYBÓW


1. Wieloryby oraz delfiny i morświny należą do rzędu Cetacea. Istnieje 13 gatunków „dużych wielorybów" takich jak płetwal błękitny, finwal, długopłetwiec, wal grenlandzki, kaszalot i płetwal karłowaty oraz dalszych 68 gatunków mniejszych wielorybów i delfinów. Od średniowiecza w Europie, na morzach północnych a następnie w Amerykach i innych regionach świata, w tym Antarktyce, polowano na gatunki waleni, głównie na duże wieloryby. Mięso wielorybów było wykorzystywane jako żywność w wielu regionach świata, lecz wieloryby stanowiły również źródło wielu innych ważnych produktów, takich jak fiszbiny, a zwłaszcza olej i tłuszcz, które były używane jako paliwo i do smarowania maszyn...."

KOM(2007) 823 wersja ostateczna

KOMUNIKAT KOMISJI DO PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO I RADY


 


Łapanie wielorybów"

Wracają z porannego spacerku z nad morza spotkałem franciszkanina o. Bogdana. Ojciec Bogdan ukochał Boga i dzieła stworzone przez Boga: morze i Kołobrzeg.

- O czym morskim jeszcze, by tu napisać w Gazecie Kołobrzeskiej? - zapytałem w czasie rozmowy.

- O łapaniu wielorybów - odpowiedział pół żartem.

W pierwszej chwili chciałem zwrócić uwagę na to, że rybacy nie „łapią", ale „łowią" ryby w sieci, napisane o tym jest nawet w Piśmie Świętym. Ale zastanowiwszy się, doszedłem do wniosku, że właściwie to w obecnych czasach trudno nazwać łowieniem lub polowaniem na wieloryby. W dokumentach Międzynarodowej Komisji Wielorybniczej („IWC") używa się pojęć „eksploatacja wielorybów" i „połowy wielorybów". Dla mnie, biorąc pod uwagę urządzenia techniczne do zabijania waleni, najbardziej adekwatnym pojęciem byłoby mordowanie wielorybów.

Wracając do domu, sprowokowany słowami o.Bogdana, zrobiłem „rachunek sumienia" w tym temacie.

Spotkanie na Atlantyku

Druga połowa lat siedemdziesiątych minionego wieku. m/t Admirał Arciszewski płynie przez Atlantyk z redy Nowego Jorku do Szkocji.

- Choć na mostek! Coś zobaczysz! - Słyszę w słuchawce telefonu statkowego.

Szybko ubrałem się i pognałem na mostek.

- Patrz! - Powiedział Starszy wskazując na morze.

Kontrkursem, w odległości około pól mili, zbliżały się, do prawego trawersu, od nawietrznej, dwa potężne cielska wielorybów, prychające fontannami wody. Wyszliśmy na skrzydło. Podmuch wiatru, przyniósł smród zjełczałego tranu.

- Nie wiedziałem, ze wieloryby tak śmierdzą - powiedziałem.

- To humbaki zwane przez rybaków „śpiewakami" - powiedział Starszy patrząc przez lornetkę.

Gdy dwa osobniki z gatunku największych istot żywych na ziemi, zniknęły za rufą statku. Starszy wygłosił mi krótki wykład o humbakach.

Humbak zwany śpiewakiem

Wieloryb z rodziny fałdowców, długopłetwiec zwany też humbakiem (Megaptera novaeangliae).

Odbywa najdłuższe wędrówki ze wszystkich saków. Żyje na Pacyfiku. Zimuje u wybrzeży Meksyku, tam też wydaje na świat potomstwo. Na lato wędruje do Arktyki, gdzie - po przepłynięciu 10000 km - maja w brud pożywienia. Humbaki również latem żerują na północy, zimę spędzają u wybrzeży Hawajów i Meksyku albo Bermudów i wysp Morza Karaibskiego

Ze względu na dźwięki pieśni godowej samca humbak, otrzymał on od rybaków nazwę „wieloryb śpiewak". Nie jest byle, jaka kakofonia dźwięków. Długie powolne frazy, o szerokim zakresie, dźwięków. Powtarzające się cyklicznie. Coś więcej niż utwory „Warszawskiej Jesieni".(Obecnie ukazała się płyta z zapisem autentycznych dźwięków „Pieśni humbak" bijąca rekordy sprzedaży dźwięków przyrody , stosowana w relaksacji.) Mogą trwać do kilku dni. Czasem występuje kanon dwugłosowy, po dołączeniu rywala. Po okresie godowym milkną na dziewięć miesięcy.

Być może mitologiczne syreny, wabiące antycznych żeglarzy, to Humbaki, które żyły kiedyś w Morzy Śródziemnym Ich pieśni miłosne wprawiały w wibracje kadłuby starożytnych okrętów a u marynarzy wzmacniała się nostalgia.

Niecodzienny połów Koł 174

Początek lat dziewięćdziesiątych minionego wieku, początek agonii gospodarki socjalistyczne.(Dogorywanie trwa do dzisiaj, wizualnie, chyba skończy się wtedy, gdy znikną charakterystyczne betonowe płoty w dawnych socjalistycznych zakładach pracy a z dróg i ulic znikną dziury łatane byle, jakim asfaltem.)

Wyrok historii, na największe kołobrzeskie przedsiębiorstwo PPiUR „Barka", już zapadł. Nieświadoma tego „klasa robotnicza" manipulowana przez związki zawodowe wszelkiej maści i kolorów, zmienia dyrektorów by jak najdłużej zjadać „własny ogon" doprowadzając przedsiębiorstwo do ruiny.

Flotylla kutrów rufowych, B410, wyrusza na Morze Północne łowić czerniaka w ramach przyznanych limitów. Złowione ładunki sprzedawano w portach brytyjskich i duńskich by zasilić kasę konającego przedsiębiorstwa.

- Kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy tego wieloryba nie pamiętam - wspomina pan Edward, rybak, załogant jednego z kutrów.

- To jest humbak zwany „śpiewakiem" - stwierdził autorytatywnie jeden z rybaków.

Nie wnikając w szczegóły wielorybiego gatunku na kutrze przyjęła się nazwa „śpiewak".

Przez kilka dni pojawiał się na łowisku pozdrawiając łowiących swym potężnym ogonem.

- Wybieramy!

Winda trałowa zaczęła podnosić sieć ku górze z trałowania dennego. Deski trałowe powoli zbliżały się do siebie zmniejszając odległość między skrzydłami sieci. Nurkujący przy powierzchni „śpiewak" nagle znalazł się w tej pułapce bez wyjścia. Zrobił zwrot by uciec, było za późno, worek sieci ścisnął go zawijając prawie w połowie ogonem.

- Podciągnęliśmy go do slipu, około dwunastometrowe, około dziesięciotonowe cielsko, dalej się nie mieścił - wspomina pan Edward

- Pogłaskaliśmy go, widząc jego, czy to przerażenie, czy to zdziwienie w oczach, odwiązaliśmy worek sieci i wypuściliśmy na wolności. Na pożegnanie pomachał nam swym potężnym ogonem dziękując za uwolnienie.

Refleksja

Ostatnimi laty, głośno jest w mediach o obronie przed zabijaniem tych saków, na różnych akwenach morskich. Zastanawiam się czy nie są to tylko działania pozorne i ci pseudo obrońcy nie reprezentują interesów grup „mordujących" te zwierzta. Bo co to da, gdy będziemy chronić je tylko na Morzu Norweskim lub tylko na morzach japońskich. Dla tych zwierząt, wszystkie oceany i morza są jednym wielkim akwenem. Jeżeli zostaną wymordowane w jednym akwenie i łowiska będą ich pozbawione, przypłyną z innych chronionych. Tylko globalna, światowa ochrona może je uratować przed zagładą.

20:28, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 lipca 2008
KAMIKADZE BAŁTYKU,

KAMIKADZE BAŁTYKU,

czyli rybacy łodziowi lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego wieku.

 

            - Panie Janku, co by mógł Pan powiedzieć ciekawego o swoim rybaczeniu łodziowym, by mógłbym o tym napisać w Gazecie Kołobrzeskiej? - Zapytałem emerytowanego rybaka Jana.

            - Co ja tu mogę powiedzieć. Trzydzieści trzy lata przeleciało jak jeden dzień. Szczęśliwa świeczka się paliła. Trochę to było niebezpieczne wypływanie na tych drewnianych jednostkach, marnej, lichej konstrukcji. Rybacy z „Barki" i „Bałtyku" nazywali nas „kamikadze". - Odpowiedział mi spokojnym, zrównoważonym głosem, gdy udało mi się namówić Pana Jana na wspominki.

Rybacy łodziowi.

            Nadmorski, sielski obraz letniego wypoczynku, kojarzy się przybyszom, z drewnianymi łodziami leżącymi „brzuchami do góry" z suszącymi sieciami i kolorowymi chorągiewkami na długich tyczkach. Cywilizacja robi swoje, ten atrakcyjny obraz polskich plaż zanika, pozostają tylko wspomnienia na starych widokówkach, w rodzinnych albumach lub malarskich refleksjach. Zanika i zmienia swą treść pojęcie „rybak łodziowy", zawodu chyba najtrudniejszego i najbardziej męskiego, spośród całej gamy rybackich i marynarskich „specjalności".

Łowienie na haki

            Doktryna gospodarki socjalistycznej nie uznawała przedsiębiorstw prywatnych, a tu grupa jakiś rybaków chce pracować na własne prywatne konto. Władza ludowa robiła wszystko by udowodnić, że tylko przedsiębiorstwa socjalistyczne mają rację bytu.

            Rybacy łodziowi, ludzie z charakterem, sami sobie, ze starych części różnych budowali i montowali swoje jednostki.

            - Rozpocząłem rybaczenie u rybaka haczykowego Magierka.

            - Rybaka haczykowego? - zapytałem.

            - Dziś już nikt tego nie pamięta. Bawełniane sznury z hakami, na które nakładało się przynętę.

            - Jaką?

            - Jesienią były to kraby.

            - Kraby w Bałtyku? - Byłem zdziwiony

            - No tak! Mało, kto wie, że żyją takie 2-3 centymetrowe. Nocą stalowymi ramami z siatką ciągnęło się po dnie by je nałapać. Nabijało się ja na haki na sznurze. Sznur z przynętą układało się rzędami w odpowiednich skrzynkach, przysypując warstwami piachu by się nie poplątał.. Z tak przygotowanym sprzętem - na morze.

            Trzyosobowa załoga, drewnianą jednostką długością około dwanaście metrów z silnikiem jednocylindrowym Puck, wyruszyła na Bałtyk.

            - Panie szyper, ale ten silnik ma duże obroty. Trzy obroty i będziemy na Bornholmie! - Zażartował jeden z rybaków.

            - Nie filozofuj tylko bierz się do wydawania sznura.

Boja z dwoma czarnymi szmatami, wyznaczająca początek zastawionego sznura - zakotwiczona. Takie samo oznaczenie będzie na końcu sznura, wewnątrz co pewną odległość - jedna czarna szmata.

            Płynące jednostki wiedzą, ze czarny kolor to sprzęt na dnie. Czerwony sieć to sieć nastawna pelagiczna.

Nawigacja

            Teraz należy wyznaczyć pozycję jednostki i zastawionych sieci. Do tego służą: kompas magnetyczny, zegarek, sonda ręczna i ...pudełko zapałek.

            -Pudełko zapałek? - Zapytasz czytelniku

            Tak Pudełko zapałek służyło do mierzenia prędkości jednostki. Na dany znak rybak wrzuca na dziobie pudełko po zapałkach. Mierzy się czas, w jakim pudełko dociera do rufy. Mamy długość jednostki i czas, więc mamy prędkość.

            Pudełko zapałek spełniało „ważną" role przy wyznaczaniu odległości przy trałowaniu w tukę (parami) dużych jednostek takich jak „rufowce" i „siedemnastki". Trzymało się pudełko w palcach na wyciągniętej ręce. Gdy wysokość jednostki współtrałującej była równa pudełku od zapałek to odległość była właściwa.

            Ale jak mi powiedział jeden z szyprów z tamtych czasów najlepsza metoda wyznaczania pozycji to „po krzakach, drzewach i budowlach na lądzie". No, ale na morzu bywa czasami mgła.

21:52, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »

Spotkanie we mgle z „narzędziowcem"

            Przy takim wyposażeniu nawigacyjnym łodzi, mgła była najgorszym zagrożeniem

            Ta mgła zjawiła się nagle. Szósty zmysł rybacki, najlepszy przyrząd nawigacyjny na łodzi, tego zjawiska nie przywidział.

            - Bierzemy kurs na Kołobrzeg! - Zadecydował pan Jan, gdy mgła otoczyła morze i łódź.

            - Szefie, ale mgła! Nawet myśli nie widać! - Zawołał rybak z dziobu, wypatrując i nasłuchujący morze przed łodzią, jak nakazywały przepisy w takiej sytuacji.

            Łódź powoli zbliżała się do lądu. Tłumiony odgłos silnika ze starej koparki, rytmicznie prychał przytłumionym ciężkim mgielnym powietrzem.

            - STER NA LEWO!!! - Ryknął przeraźliwym głosem, rybak pełniący wachtę na oku.

Zdążyli! Łódź prawie otarła się o stalowy kadłub statku. Dopiero przy burcie usłyszeli pracę sinika mijanego statku. Z rufy dobiegły rosyjskojęzyczne odgłosy pijackiej libacji.

Załoga „narzędziowca" (sierp i młot na kominie) włączyła „michałka" (automatyczny pilot) i zrobiła „party" na rufie, nie włączając tyfonu przeciwmgielnego i nie obserwując morza na radarze jak nakazuje prawo morskie.

            No cóż, był to czasy, gdy oni byli prawem w „demoludach".

Tym razem jego świeczka nie zgasła, tylko płomyk mocno zadygotał.

Czujne oko służb specjalnych

Rybacy łodziowi mieli prawo pływania i łowienia w 12 milowej strefie przybrzeżnej. Służby totalitarnego państwa WOP i GPK czujnie kontrolowały i monitorowały na radarach ruch wszystkich jednostek wychodzący i przebywających na łowisku. W razie jakichkolwiek podejrzeń, że rybacy mogą wybrać wolność poza państwem „dobrobytu społecznego", zawracano jednostki do portu, pozbawiano prawa pływania.

Ten rejs nie zapowiadał niemiłych niespodzianek. Mechanizm napędowy składający się ze zdobytych starych części działał sprawnie dopóki nie zamierzali wracać do portu.

            - Jest problem, wysiadło sprzęgło - poinformował pan Janek dwóch swoich załogantów.

            Rozpoczęły się żmudne próby naprawy urządzenia. Kolebiącą się na fali łódkę wiatr zaczął oddalać od lądu aż zniknęła z WOPowskich radarów.

Już dawno powinni być w porcie a ich niema. Panowie „funkcjonariusze" bardzie niż bezpieczeństwem rybaków, przejmowali się tym, że załoga mogła uciec na Bornholm lub do Szwecji.

            Natychmiast „smutni panowie" zjawili się w domu u żony pana Jana. Zaczęło się wypytywanie. A czy nie zamierzał...? A co mówił...? A czy nie to...? A czy nie tamto...?

Żona przerażona. Wiedziała, że nie wybrał wolność. Mogło tylko zdarzyć jakieś nieszczęście.

Tymczasem na morzu próby naprawy nie powiodły się.

- Wzywamy pomoc!

Czerwona raca poszybowała w niebo. Ujrzał ją wracający do portu B 410 kołobrzeskiej „Barki". Wziął pechowców na hol i dotarli do portu.

Świeczka pana Jana znów tylko lekko zadygotała.

Dorsze można było łowić na tekturę.

            - Jak było z dorszami w Bałtyku w tamtych latach? - Zapytałem na zakończenie.

            - Dorszy było wbród. Był okres, że można było je łowić, jak mawiali rybacy, na „tekturę". Prawie wchodziły do portu. Obecny limit roczny na jedną łódź można było złowić, prymitywnym ówczesnym sprzętem, w ciągu miesiąca. „Bolków"( małe niewymiarowe dorsze nie mylić z obecnym medialnym polowaniem na „grubą rybę") nie łowiono, tyko dorodne sztuki.

Obecnie słyszymy i czytamy w „środkach masowego przekazu" o wyczerpanych łowiskach o limitach i zakazach. Zastanawiamy się, co się stało z rybami w Bałtyku, ale to już temat na inną opowieść.

W tekście wykorzystałem wspomnienia Pana Jana Sołka

Edward Bernatowicz

 

21:46, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 czerwca 2008
„BARNAPAPA”, czyli kuter rybacki, rufowy B 410 cześć I

- Panie Antoni, nie widzę przy kei kutra Koł 174. Pływa jeszcze? - zapytałem starego szypra krzątającego się przy remontowanej jednostce, w rybackim kołobrzeskim porcie.

- Pocięto go na „żyletki" kilka lat temu. Czemu pan pyta? - odpowiedział pytaniem na pytanie.

- Przypomniał mi się rejs jaki odbyłem na nim pod koniec lat siedemdziesiątych z śp. szyprem .Andrzejem Baszkiewiczem.

- No tak. Co raz mniej tego typu kutrów w naszym porcie, ja swego „barnapapę" też złomowałem. Kawałek życia spędziłem na nim - powiedział i wrócił do „restaurowanej" jednostki do potrzeb wędkarstwa morskiego, przyholowanej z jakiegoś zachodniego portu.

Spacerując po kołobrzeskim rybackim porcie, z przyjemnością można zauważyć estetyczne zmiany na lądzie. Znika smród zgniłych ryb. Jeszcze nie czujesz zapachu morza, jaki jest w zachodnich portach rybackich, ale z dnia na dzień jest coraz lepiej.

Tylko przy kei coraz więcej jednostek ma burty zapłakane rdzą, jakby wiedziały, że armatorzy zrezygnują z ich usług i wyślą ich wysłużoną materialną powłokę do huty.

A „dusze kutrów"?

„Dusze" pozostaną w pamięci dopóki żyją dejmani i zejmani, którzy na nich pływali.

Kuter rybacki B 410 zwany Barnapapa

Kuter rybacki o nazwie stoczniowej B 410 był dziełem konstrukcyjnym polskich inżynierów i budowano je w stoczni w Ustce.

Kołobrzeska „Barka" otrzymywała je w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. W porównaniu do pływających „kaefek", „zółtków" i „sztoremów", był to jednostki nowoczesna o dobrych, jak na owe czasy, warunkach socjalnych.

„Trawler Rufowy B 410 miał, długość: 25.80 szerokość: 7.20 zanurzenie: 3.25 GT 137.00 silnik: Sulzer 570 hp pojemność: Ładownia schładzana 80m3, ładowność około 120 ton luzem, kabiny dla 8 osób wyposażenie: Jednostka mogła łowić pelagicznie i dennie: szprota, śledzia, dorsza i inne gatunki ryb".

Skład załogi: młodszy rybak, rybak, starszy rybak, motorzysta, mechanik, kucharz, drugi szyper, szyper.

Z biegiem lat i rozwojem techniki kuter otrzymywał nowoczesne urządzenia nawigacyjne.

Pierwsze jednostki miały na wyposażeniu kompas magnetyczny, pierwsze polskie radary tranzystorowe TRN, echosondę, radionamiernik, radiostację UKF.

Miłośnik mocnych trunków

Koniec lat siedemdziesiątych, m/t Admirał Arciszewski pełni rolę bazy w czasie „żniw śledziowych" dla kutrów kołobrzeskich.

Na pokładzie zamustrowani praktykanci klas trzecich TRM Kołobrzeg. Jest to okres rozgrywek kadrowych w kołobrzeskiej szkole, co nie pozostaje bez wpływu na zachowanie uczniów. „Czarna karta" historii TRM czyli „kociarstwo" osiąga swoje prymitywne apogeum.

Wśród praktykantów jest kilku miłośników tej bandyckiej tradycji (dokładną analizę tego zjawisko postaram się dokonać w przyszłości). Grupa wymaga ostrej dyscypliny. Dotychczas klasy trzecie, w ramach praktyk, wypływały na „Turlejskim" na Wyspy Kanaryjskie" teraz muszą obywać praktykę pracując przy rybie. W internacie oni by byli tymi, co „ścigają" pierwszoklasistów, na Arciszewskim muszą wykonywać bezwzględnie polecenia załogi stałej, zgodnie z dewizą statku

Jeżeli masz być oficerem rybołówstwa i wydawać rozkazy to musisz nauczyć się je wykonywać."

Ładownie pełne. Zawijamy do Szczecina na wyładunek. Praktykanci otrzymują prawo wyjścia do miasta. Telefon z wartowni „Gryfu"do oficera wachtowego

- Zatrzymaliśmy kompletnie pijanego praktykanta. Proszę przysłać kogoś by go odebrano. Nie może ustać na nogach.

Decyzja kapitana

- Niezaliczona praktyka. Proszę go zmustrować i odwieźć do szkoły,

Ponieważ statek wieczorem wychodził w morze, a z Kołobrzegu nikt nie był w stanie dojechać ja musiałem dostarczyć „miłośnika mocnych trunków" do domu.

06:24, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
„BARNAPAPA”, czyli kuter rybacki, rufowy B 410 część II

To miał być kilkugodzinny rejs.

Muszę powrócić na pokład „Admirała". Na łowisko wypływa Koł 174 szypra Andrzeja Baszkiewicza, będzie łowił śledzie i przekazywał na statek bazę, którym jest Arciszewski. Otrzymuję pozwolenie na podróż tym kutrem na swój statek Kilka godzin i będę w swoje przytulnej kabinie.

Zostałem życzliwe przyjęty przez załogę. O zmierzchu opuszczamy port w towarzystwie innych kutrów. Już po wyjściu z główek rozumem, dlaczego w żargonie rybackim ten typ kutra nazywany jest „Barnapapa" Tak samo jak ta dobronockowa gruszkowata postać, nasz kuter buja się na fali unosząc się jak piłka. Stan morza 3-4. Mój organizm przyzwyczajony do stumetrowego „Admirała" nie przepada za takim kiwaniem. Te kilka godzin wytrzymam i mam nadzieję, że nie dam plamy. Dla tych twardych ludzi, rybaków bałtyckiej, rybacy dalekomorscy to gorsza grupa ludzi morza. Z jednej strony im zazdroszczą, bo większości z nich chętnie popłynęłaby w dalekie rejsy, ale „odpowiednie służby" totalitarnego państwa pozwalają im tylko „mieszać wodę" na Bałtyku bez zawijania do portów zagranicznych.

Z drugiej strony ze względu na trudne warunki pracy uważają siebie za godniejszych ludzi morza.

- Panie Edwardzie, po malutkim, lepiej Pan zniesie tą podróż. - Powiedział kucharz nalewając do kieliszka, gdy szyper opuścił ciasną mesę.

Nie miałem najmniejszej ochoty na ten trunek, ale odmowa postawiłaby mnie w dwuznacznej sytuacji. W PRL-u odmowa takie propozycji przypisywałaby ciebie do grupy „kablarzy", „donosicieli" lub ludzi chorych a ponieważ chory nie byłem, więc odmówić nie mogłem.

Kołobrzeskie wybrzeże powoli się oddalało. Poszedłem do sterówki. Wachtę trzymał II szyper.

- Macie już zainstalowany system nawigacyjny DECCA. Dlaczego niewłączony? - zapytałem widząc nowoczesne jak na owe czasy urządzenie.

- Powiem szczerze są kłopoty z umiejętnością stosowani, instrukcja jest po angielsku. Na razie mapy tego systemu służą jako obrus na stole. - zażartował II szyper

W tym momencie postanowiłem zabłysnąć. Oficerowie nawigacyjni na Admirale nauczyli wyznaczanie pozycji przy pomocy tego urządzenia. Zasada była prosta. Urządzenie posiadało trzy czytniki cyfrowe o różnych kolorach. Na mapach o takich kolorach były wydrukowany układ hiperboli należało wyznaczyć punkty przecięcia tych linii, tak, w skrócie, wyglądało określenie pozycji.

- Włączę echosondę, nie powinno tu być śledzi, ale sprawdzę działanie urządzenia - powiedział drugi, gdy objaśniałem wyznaczanie pozycji przy pomocy DECCA.

- Co to? Czyżby ławica? - zawołał słysząc charakterystyczne skrzeczenie wypalanego papieru sondy.

Wezwany Szyper. Krótka narada. Przecież tak blisko Kołobrzegu nie powinno być śledzi. Wymiana poglądów przez UKF z drugim kutrem. Zdania podzielone. Zakład. Wydajemy. Jedna z dwóch sieć w wodzie. Drugi kuter Koł 173 szypra Gonczaronka podchodzi blisko. Rzutka. Stalowa lina drugiego skrzydła na drugim kutrze, Łowimy w tukę to znaczy dwa kutry połączone liną, ciągną sieć w odległości około stu metrów.

Mój szybka podróż przedłuży się o kilka godzin.

Po kilku godzinach trałowania wybieranie. Ładunek idzie na Koł 173. Wygrywają ci, co stawiali na ławicę, w zaciągu około 25 ton. Następne trałowanie by zapełnić ładownie Koł 173 on wróci z ładunkiem do portu my popłyniemy na łowisko do Arciszewskiego. Rejs miał trwać kilka godzin a już trwa ponad piętnaście. Czuje się fatalnie. Szyper udostępnia mi na kilka godzin swoją koję by się przespał. Żołądek podchodzi mi do gardła. Ale nie daję tego poznać.

- Arciszewski! Arciszewski! Będę musiał wracać do portu mam uszkodzoną echosondę. - Woła przez UKF któryś z kutrów.

- Tu Arciszewski, kapitan zadecydował, że wyśle do Was oficerów elektronika i elektryka, usuną usterkę.

Przez UKF cała flota na łowisku słucha wymiany zdań miedzy Arciszewskim i niefortunnym kutrem.

- Spuszczamy szalupę!

- Szalupa podchodzi do burty!

- Są na pokładzie!

Zapanowała na chwilę cisza w eterze.

- Tu Arciszewski! Co naprawiają już?

- Nie!

- A co robią?

- Rzygają!!!

W tym momencie nad łowiskiem w eterze rozległ się jeden wielki rechot. Posypały się docinki z bohaterskich rybaków dalekomorskich z m/t Admirał Arciszewski.

Zacisnąłem zęby. Nie dam się! Nie będę tematem docinków. Wytrwałem. Po dwudziestu godzinach dotarłem na swój statek. Kąpiel pod prysznicem. Wygodna koja w klimatyzowanej kabinie.

Refleksja dnia dzisiejszego

Z biegiem czasu kutry B 410 znękają z polskich portów niektóre są likwidowane inne sprzedawane za granicę. Każdy statek musi kiedyś skończyć na złomowisku.

Tylko mam pytanie. Czy nie należałoby z jednej takie jednostki zrobić muzeum? Niemcy potrafili to uczynić z jednostki wybudowanej w NRD. Uzyskali nawet na to fundusze UE.

 

06:16, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 kwietnia 2006
NIECH SIĘ ŚWIĘCI 1 MAJA???

Z okazji rocznicy Czarnobyla i 1 maja dedykuję tekst w

http://orneta.blox.pl

20:21, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 kwietnia 2006
Pegasus- gwiezdny świadek ludzkich losów

         Kochany wnuku, ludzie są jak kwiaty. Jedni przyciągają uwagę swoim kolorowym hałaśliwymi pustosłowiem, a gdy opadną płatki pozostaje bezowocne pustokwiecie pustogłowia. Inni, nie wyróżniający się z wielu, mijani i często niezauważani, przechodzą i odchodzą, lecz rozchyl tylko płatki duszy, a trafisz na napęczniałe ludzkie losy, dziwne, sensacyjne, tragiczne i niezapomniane, wydawałoby się, chwilami beznadziejne.
Pamiętasz wnuku, jak w wakacje byliśmy gośćmi pana Antoniego na m/y „PEGASUS ONE”. Ostatnio odwiedziłem tego kołobrzeskiego szypra.

m/y „PEGASUS ONE”
Pana Antoniego Doiljdko znałem przelotnie od dłuższego czasu. Wiedziałem, że wiele lat był szyprem na Koł 187, a obecnie jest na emeryturze. Uczyłem również jego syna w Technikum Rybołówstwa Morskiego. Szczupłą sylwetkę można było zauważyć na nabrzeżach portu rybackiego byłej „Barki”. Od ponad roku w czasie portowych spacerów, dostrzegłem naszego zejmana, jak się krząta na pokładzie czegoś, co było przed laty stylowym drewnianym kutrem rybackim. Co pewien czas obserwowałem odkrywanie piękna tej jednostki. Nie było to tworzenie pływającej maszkary spełniającej wymogi przepisów morskich, by można było robić szmal w rejsach wędkarskich, lecz żmudne restaurowanie w drobnych szczegółach z uwzględnieniem obecnych przepisów morskich. Tak powstał m/y „PEGASUS ONE” jednostka godna swej nazwy. Ten były kuter rybacki, wykonany z dębu i mahoniu, zaadoptowany został na potrzeby turystyki morskiej. Posiada on w kubrykach piętnaście koi dla gości i załogi, kambuz, łazienkę z ubikacją, mesę oraz pełne wyposażenie echolokacyjne do określania położenia zarówno ławic, jak i pojedynczych ryb. Może pływać po Bałtyku włącznie z Cieśninami Duńskimi, non stop, uzupełniając w portach wodę, paliwo i prowiant. Nieduże żagle: fok, grot i bezan, pozwalają przy wyłączonym silniku usłyszeć prawdziwy oddech morza, płynąc z prędkością do trzech węzłów.
Pan Antoni
Urodził się w lidzkim powiecie. Pierwszy raz w życiu ujrzał swego ojca w wieku dziesięciu lat. Jego ojciec, partyzant Armii Krajowej na Wileńszczyźnie, wiedział jaki ludzie Stalina przygotowali los Polakom, a szczególnie partyzantom AK. Ale jeszcze nie wiedział, że ten los jest z woli tych, co dzielili Świat po wojnie. Jak wielu ukrywał się, sądząc, że przetrwa bolszewickie polakobójstwo. Młody żonkoś potajemnie nocami odwiedzał swoją kochającą żonę. Jednej takiej nocy poczęty został Antoni. Kilka tygodni później jakiś „życzliwy” doniósł siepaczom z gwiazdą, że właśnie jest w domu. Wpadli! Zabrali! Wyrok! Dziesięć lat ciężkiego sybirskiego obozu pracy. Mówimy i piszemy często o narodowych losach Polaków głównie poprzez pryzmat przeżyć i cierpień mężczyzn. Cierpienia polskich matek i żon pozostawiając tylko w tle. Czasami jakaś nawiedzona feminista popełni film lub serial telewizyjny z wypaczonym obrazem. Cóż bowiem może być sensacyjnego lub bohaterskiego w dziesięcioletnim codziennym oczekiwaniu młodej żony, wychowującej syna znającego ojca tylko z opowiadań, na tę najstraszliwszą wiadomość. One skazane były na nadzieję czekania.
Nawet wilki są na zesłaniu
Baraki Gułagu wybudowane w syberyjskiej tajdze nie muszą mieć, jak w obozach koncentracyjnych, kolczastych płotów pod napięciem. Otoczone są wyrąbanymi przesiekami. Na końcu każdego prostego odcinka wieża wartownicza. Kto wejdzie na ten pas śmierci, przestaje być człowiekiem, staje się celem. Radzieckie państwo robotników i chłopów potrzebuje węgla i stali, musi prześcignąć imperialistyczne Stany Zjednoczone i dać komunistyczną, wieczną szczęśliwość ludziom pracy świata. Kopalnie potrzebują stempli. Setki tysiące skazańców rąbią tajgę. Normy są wysokie, racje żywnościowe głodowe. Ojciec Antoniego waży czterdzieści kilogramów. Ci, co nie mogą przetrzymać głodu i jedzą, co znajdą, umierają na dyzenterię i biegunkę.


Wśród skazanych przekazywana jest wiadomość.
- Dwóch Łotyszy uciekło. Ruszyła pogoń z psami. Trwała dwa miesiące w bezdrożu i bezludziu Syberii. Dopadli! Rozstrzelali! Ciała rzucili przy wejściu do obozu. Ku przestrodze.
Jak co dnia w syberyjską zimę, gdy temperatura jest wyższa niż minus pięćdziesiąt stopni Celsjusza, idą wyrąbywać swoją normę. Na polanie na ciepłym spopielonym ognisku zrobił legowisko wilk. Otoczyli. Zatłukli kijami. Do garnka. Zbytnio się nie pożywili. Skóra i kości. W promieniu dziesiątek kilometrów od obozu nie było zwierząt. Władza radziecka nawet wilki skazywała na zesłanie. Po pięciu latach został przeniesiony do pracy w kopalni. Praca ciężka, lecz lepsze wyżywienie. Przestaje być więźniem. Nadal jest zesłańcem nie może opuścić miasta. Nadal pracuje w kopalni.

Stalin padoch
Siedmioletni Antek jak co dnia przyszedł do białoruskiej szkoły. Do klasy weszła zapłakana nauczycielka z gazetą w ręku.
- Stalin pamiorł - powiedziała i zaczęła z płaczem czytać, jakiego to wspaniałego człowieka utracił naród radziecki i świat. Część dzieci przyłączyła się do chóralnego płaczu.
- Stalin nie pamiorł a Stalin padoch – powiedział w myślach do siebie Antek. To przez niego on nie zna ojca, to przez niego matka prawie co dzień płacze, to przez niego nie może wyrażać swoich dziecięcych myśli, to przez niego nie może chodzić do polskiej szkoły.
Dzień ten był dniem nadziei dla większości rodzin takich jak Antka. Lecz jeszcze musiał być poznański czerwiec, polski październik, tradycyjne kremlowskie mordy w przejęciu władzy po Stalinie. W końcu po trzech latach pozwolono ojcu Antka opuścić Syberię, bez prawa powrotu do swej rodzinnej miejscowości. Jako Polak miał możliwość przyjazdu z rodziną do Polski. W 1956 roku zamieszkali na ziemi szczecińskiej.

Do trzech razy sztuka
Dwa lata temu pisałem o zatonięciu „Kamiennej” po kolizji z radzieckim traulerem. Ten parowy trauler miał wyjątkowego pecha do spotkań kolizyjnych z rybakami spod znaku sierpa i młota. Trzecia kolizja spowodowała, że „Kamienna” jak kamień poszła na dno Atlantyku. W morskim życiorysie pana Antoniego jest epizod z rejsów na „Kamiennej”.
- Wybraliśmy trał na Morzu Północnym – wspomina. Mechanik zatrzymał silnik. Ten czajnik napędzany mazutem wymagał chwili przestoju dla usunięcia drobnej usterki. Agregat chodził. Statek leżał w dryfie. Siatka na burcie. Ryba na pokładzie, przygotowana do solenia w beczki. Na śródokręciu, w kabinie bosmana znalazło się piwo na stole, usiedliśmy wygodnie. Chwila odpoczynku. Nagle! Łomot! Piwo na podłodze, a my, rzuceni potężną siłą, leżymy na szotach. Wyskoczyliśmy na pokład. Na lewej burcie potężny dziób odchodzi od traulera. Uderzenie nastąpiło w rufowy lewy dewid - kozioł trałowy. Położył nadburcie zahaczając o nadbudówkę. Przygrzał tak, że oderwał pokład od burty niczym zelówka od buta. Przez szparę zaczęła wlewać się woda do maszyny. Szybko przebalastowano statek. Morze spokojne. Winowajca zderzenia pozostał i asekurował nasze zmagania. Bezpiecznie doszliśmy na stocznię w Edynburgu.

Od „czajnika”
do „Barnapapy

Życiorys morski pana Antoniego to twarda i piękna droga od rybaka poprzez porucznika żeglugi małej do I szypra. Jego rybaczenie to historia czasów świetności i zmierzchu polskiego rybołówstwa.
Kapitan Barski dobierał załogę na m/t Murena. Wśród załogantów znalazł się Antoni. Ten trauler rufowy przejmują prosto ze stoczni. Rejs na łowiska zachodniej Afryki. Jeszcze nie ma stref rybołówstwa. Łowiska afrykańskie bogate w ławice makreli.
- Na pokład lądują kichy ponad dwudziestotonowe. Przetwórnia pracuje pełną parą. Wstępna obróbka w zależności od zaleceń armatora. Mrożenie. Do ładowni. Miesiąc czasu i ładownia pełna. Do Lagos w Nigerii trzy dni drogi. Jeszcze kilka zaciągów na pokład do mączkarni. Produkcja mączki rybnej trwa w czasie przelotu na rozładunek. Na statku smród rozkładającej się ryby. Korytarzami trudno się przecisnąć między workami śmierdzącej mączki. Statek nie jest przystosowany do tropiku, nie posiada właściwej wentylacji i klimatyzacji, to potęguje zaduch. Rozładunek w porcie. Powrót na łowisku. Powtórka. Po pół roku, czasami dłużej – najdłuższy rejs Antoniego trwał dwieście dziesięć dni – powrót z ładunkiem do kraju.
Nie wszystkie jego rejsy dawały dobre zarobki. Grudniowy rejs na śledzia na Morze Północne. Burtowiec „Jaskółka” przez miesiąc sztormował na niegościnnym morzu przywożąc do kraju półtora beczki solonego śledzia. W końcu miał dość długich rejsów na dużych statkach. Zawsze go ciągnęło na małe jednostki. W roku 1971 zatrudnił się w kołobrzeskiej „Barce”. Został szyprem Koł 187 typu B 410, zwanych „BARNAPAPA”, na którym pływał do końca istnienia przedsiębiorstwa. Teraz na emeryturze, na ile mu zdrowie pozwala, przesiaduje na pokładzie wymarzonego m/y „PEGASUS ONE”.

Przeniesione z mego blogu "Kołobrzeg Moje Miasto" przepraszam tych którzy to już czytali.

18:18, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 kwietnia 2006
Kołobrzescy rybacy na szlaku Kolumba Część III
 

 

Raj na ziemi?

   Skorumpowana Gujana z portem Georgetown pozostała za rufą. Kurs północno-zachodni. Ostatnia kołobrzeska „kaefka” opuściła pechowe łowiska. Wśród rybaków, zniechęconych mizernymi efektami dotychczasowych połowów, obudziła się na nowo nadzieja. Może łowiska Wenezueli na Morzu Karaibskim pozwolą zarobić parę dolarów, na które czekają rodziny w kraju. Po dwudniowym rejsie wzdłuż brzegów Ameryki Południowej kuter wpłyną do zatoki Paria, mijając na prawym trawersie wyspę Trynidad i Tobogo. „Kaefka” przycumowała do nabrzeża portu Guiria. Tadeusz czuł się jak przepuszczony przez morską wyżymaczkę. Nie był rybakiem ani marynarzem, lecz drogę z Gujany do Wenezueli musiał przebyć na pokładzie kutra. Choroba morska bezlitośnie opanowała jego ciało. Ze szczególnym upodobaniem rządziła, ku uciesze załogi, jego żołądkiem. Stawiając nogi na twardym lądzie zgodził się za Kolumbem, że Wenezuela to „raj na ziemi”.

Przegląd garnków.

   Po dwóch dniach przymusowego postu poczuł głód i zmęczenie. Zajrzał do jednej z restauracji. Wnętrze skromne, lecz schludne. Próba dogadania się w języku angielskim nie powiodła się. Język urzędowy to hiszpański. W efekcie „ręcznego” dialogu właścicielka zorientowała się, że ten obcokrajowiec jest głodny. Próby ustalenia potrawy spełzły na niczym. Zniecierpliwiona restauratorka zawołała na pomoc kucharza. Bez efektu. Czas mija a Tadeusz był głodny. Problem w końcu rozwiązał kucharz zabierając klienta do kuchni i pokazując zawartości garnków.

Złego dobre początki.

   Bogatsi o doświadczenia z łowisk Gujany, polscy rybacy wiedzieli, że moc silników ich kutrów jest za słaba w stosunku do prądów pływowych. Łowiąc w tukę pod prąd, siła wody działająca na sieć była tak duża, że jednostki nie były w stanie utrzymać właściwej odległości i rzeczywistej prędkości względem dna. Z zazdrością spoglądano na krewetkowce Stanów Zjednoczonych i Japonii wyposażone w silniki dużej mocy. Złowione przez nich krewetki wędrowały do chłodni łącznikowców i płynęły na Florydę. Uwzględniając możliwości sprzętowe, nasi rybacy rozpoczęli połowy na płytkich wodach przybrzeżnych wysp Małych Antyli na Morzu Karaibskim a głównie w okolicy wyspy Margarita. Pierwsze połowy były obiecujące. Do portu zostały przywiezione całkiem niezły połów. Była tam różnorodność gatunków tropikalnych wśród nich shark, czyli rekin.

Gusta kulinarne narodów.

   Organizm rekina nie posiada nerek, nie posiada, więc moczowego układu wydalniczego, wydalanie uryny odbywa się przez osmozę całym ciałem. Wynikiem tego jest specyficzny nieprzyjemny zapach mięsa. Gujańczycy, których gusta kulinarne były kształtowane przez kolonistów angielskich, uważali „shark” za najpodlejszą rybę. W sąsiedniej Wenezueli zamieszkałej w 70% przez metysów w 20% przez białych w pozostałej części przez mulatów i Indian, ta pogardzana potrawa, była popularnym tanim daniem biedaków. Na prawie każdej ulicy stały małe budki z kuchenkami na butle gazowe. Za symboliczne bolivary i centimos można otrzymać porcję usmażonego w kostkę i zawiniętego w papierową tutkę - shark`a.

Wyczerpane łowiska.

   W górnych warstwach wód Morza Karibskiego, wskutek wysokich temperatur wytrąca się wapń, przez co brakuje tego podstawowego składnika budowy rybich organizmów. Polskie kutry mogły łapać ze względów technicznych tylko w tym środowisku. Po kilku tygodniach łowiska dostępne kołobrzeżanom zostały wyeksploatowane.

   – Czasami cały połów można było załadować na mały wózek dwukołowy by zawieść na targ – wspomina jeden z uczestników wyprawy.

Drugi etap wyprawy śladami Kolumba po „rybie złote runo” zakończył się również fiaskiem finansowym. W kraju decydenci od gospodarki „rybnej” rozważali możliwość wysłania tych kutrów w ramach „zdobywania rynków” i „otwarcia na świat”, poprzez Kanał Panamski na łowiska Peru. Decyzja ostateczna. Po prawie rocznej wyprawie kutry wracają do kraju. Jak wyliczył „rachmistrz” wyprawy Tadeusz.

   – Polska „topiła” w ten interes równowartość jednego Fiata 125, za każde dwa dni wyprawy.

Nawigacja lat siedemdziesiątych.

   W początku lat siedemdziesiątych złośliwcy pokpiwali z zdolności nawigacyjnych kołobrzeskich szyprów.

   - Co to za nawigacja na Bałtyku? „Odbije” się od jednego brzegu i zaraz trafi na przeciwległy.

   - Pozycja?

   – Pozna po krzakach na brzegu lub po „garbach” na dnie.

   Powrót z Ameryki Południowej przez Atlantyk miał być sprawdzianem faktycznych umjętnosci. W owym czasie w wyznaczaniu pozycji statku na morzu korzystano z kilku systemów nawigacji. Systemu DECCA – trzy radiolatarnie na ladzie wysyłają sygnały, jednostka pływającą posiada odpowiedni odbiornik i mapy z naniesionymi hiperbolami w trzech kolorach w przecięciu odczytanych z konsoli numerów linii wyznaczano pozycję. Podobnie działał system Loran stosowany w dalekich przelotach. Statkom handlowym udostępniano w owym czasie pierwsze systemy satelitarne będące wcześniej domeną wojska.

  Kołobrzeskie kutry w powrocie do kraju posiadały na wyposażeniu nawigacyjnym: tradycyjne mapy, cyrkle i trójkąty nawigacyjne, radionamierniki o zasięgu około stu pięćdziesięciu mil(wyznaczanie pozycji namiernikiem polega na namierzeniu dwóch stacji brzegowych).

Kunszt nawigacyjny kołobrzeskich szyprów.

   Przygotowania do powrotu. Minął okres ważności certyfikatów na jednostki, których „Ameryka Łacińska” nie wymagała a w Europie i Polsce były konieczne. Konsul Polski w Caracas przedłuża ważność na czas przelotu. Po roku pobytu na wodach tropikalnych kadłuby obrosły „brodami” koralowców i innych istot morskich. Przed powrotem trzeba oczyści. Brak pieniędzy. Rybacy nurkując na bezdechu młotkami i skrobakami usuwają narośl. Podzieją sprawność w nurkowaniu i pracy pod wodą „bossa” wyprawy Wiesława Hildebranta. Flotylla „zdobywców nowych rynków” ruszyła w drogę powrotną. Wyznaczanie pozycji, kursu i ortodromy(najkrótszej drogi na kuli z punktu A do punktu B, na mapie nawigacyjnej jest łukiem) obywa się metodą zliczoną jak przed wiekami, uwzględniając prędkość, prądy i wiatr no i jest jeszcze sekstans do wyznaczania wysokości ciał niebieskich. Kurs na Wyspy Zielonego Przylądka u wybrzeży Afryki. Tam będzie czekał statek WSM w Szczecinie z prowiantem, paliwem i uzupełnieniem załóg. Choroby tropikalne przetrzebiły załogi kutrów. Chorzy wrócili samolotami do kraju na leczenie. Na niektórych kutrach były tylko trzy osobowe załogi szkieletowe.

   Jak lękliwie stłoczone w stadko gołębie przed uderzenie jastrzębia tak kutry z lęku przed sztormowym rozrzuceniem po przestrzeniach oceanu, skupione razem, ruszyły przez Atlantyk. Razem raźniej i bezpieczniej. Mijające potężne statki oceaniczne dziwił się, że takie „łupiny” z takim sprzętem nawigacyjnym wybrał się w taką podróż.

   Po dwutygodniowych trudach i lękach nareszcie ląd. Szyprowie sprawdzili się w sztuce nawigacyjnej zboczyli od celu tylko o dwadzieścia mil. Nareszcie ląd. Już widzą smaczny posiłek i piwo w portowych tawernach. Komunikat od jednostek stojących na redzie.

   „Na Wyspach Zielonego Przylądka przewrót zbrojny na ulicach leżą ciała zabitych. Przestrzega się przed schodzeniem na ląd.”

 Jeszcze raz spełniło się powiedzenie marynarzy i rybaków dalekomorskich

   „RACHUJ, RACHUJ WSZYSTKO NA ... .”

Edward.Bernatowicz@wp.pl

PS W tekście wykorzystano wspomnienia Władysława Majcy i Tadeusza Gauera.

07:16, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 kwietnia 2006
Kołobrzescy rybacy na szlaku Kolumba. Część II
 

Biały przysmak.

Chytry aligatory bezszelestnie konwojują prom. Peryskopowe oczy monitorują czujnie pokład łodzi. Smakowici pasażerowie są poza zasięgiem. Lecz różnie bywa. Nagła wichura lub nieprzewidziane zdarzenie i w wodzie może znaleźć się ten biały, czasami lekko przesiąknięty rumem przysmak. Jest on bardziej strawny niż żylaste i kościste ciało Indianina lub Murzyna. Na pokładzie bowiem znajduje się grupa kołobrzeskich rybaków. W ramach tak zwanej rekreacji została zorganizowana wycieczka do rezerwatu Amerindian. Załogi kołobrzeskich kutrów stacjonujących w Georgetow początkowo planowały zwiedzenie największego na świecie wodospadu Angel Falls(1054 metry). Ukryty w gęstych lasach tropikalnych na rzece Churun. Dostępny głównie drogą powietrzną.

- Tubylcy mówili, że co trzeci samolot nie wraca z takiej wycieczki” – wspomina Władysław Majca. -Zdecydowaliśmy się na wycieczkę do rezerwatu Amerindian.

Lasy deszczowe zachłanne w swej naturze, nieograniczone porami roku, wdzierają się w każdą wolną przestrzeń. Budowa i utrzymanie dróg, w tej tropikalnej dżungli, jest kosztowne i pracochłonne. Jedyne naturalne drogi to rzeki. Wycieczkowicze pokonali pierwszy etap Demmerarą. Następny etap to podróż autobusem do rozlewiska ujścia najdłuższej rzeki Gujany, Esseguibo. Do rozlewiska wpadają wody innych rzek. Podróż trwa dalej. Rzeka niczym potężna zatoka z ledwo widocznym przeciwległym brzegiem. Kilkumetrowe odpływy i przypływy odsłaniają na brzegach korzenie lasów namorzynowych. Korzenie tych drzew z wiecznie zielonymi czuprynami, mają podzielone obowiązki - jedne są korzeniami oddechowymi inne korzeniami podporowymi, a system filtrów umożliwia życie w warunkach zasolenia i częstych zalewów.

Zielony tunel.

Ostatni etap to podróż płaskodennymi łodziami z silnikiem rzeką Poketero Creek. Płynie się w tunelu o sklepieniu poplątanych, wiecznie zielonym wierzchołków drzew lasu galeriowego. Gładka tafla wody osłonięta od wiatru i słońca. Czas odmierzają powoli, lotem ślizgowym, spadające martwe liście. Ich miejsce zajmują nowe. Cykl życia i śmierci roślin w dżungli trwa przez cały rok. Rozkładające się liście tworzą na lądzie, sięgające do kolan, puszyste materace. Woda deszczowa wypłukuje z nich brązowo-czarny barwnik i przenosi do rzek. Zagarniając z łodzi ręką wodę masz wrażenie, że to czarny, niebarwiący atrament. Brak światła słonecznego dochodzącego do powierzchni rzeki ogranicza możliwość fotosyntezy, w wyniku tego wody są ubogie w organizmy żywe.

 Łodzie płyną wśród gęsto zwisających lian. Ta dziwna roślina niczym polski bluszcz oplata swym uściskiem drzewa. Uściskiem swym może nawet „udusić”. Wycieczkowicze  robią uniki przed uderzeniami zwisającymi linami  korzeni powietrznych.

Kołobrzescy Kolumbowie z wizytą u Amerindian.

Po prawie siedmiogodzinnej podróży „wyprawa” dociera do osady indiańskiej. Widać elementy naszej cywilizacji. Znajduje się tam maszt radiostacji. Można wezwać przez nią pomoc lekarską. Przybędzie po prawie sześciu godzinach. Znajduje się  również kaplica misyjna. Mieszkają na wybudowanych na palach chatach Odwiedziny turystów zaczynają być uzupełniającym źródłem dochodu. W prawie każdej chacie łuki i dzidy do polowań na zwierzęta. Po kościach walających się przy paleniskach widać, że są używane. Kołobrzeżanie trafili na rytuał pożegnania wodza wybierającego się z wizytą do stolicy, żony żegnają go tak, jakby to była wyprawa na wojnę.

Alkoholowy eliksir.

Przewodnik uprzedza o konieczności zakupu pamiątek. „Podróżnicy” dokonują zakupu. W zamian częstowani są rodzimym alkoholem. Proces produkcji tego specjału wymaga między innymi przeżuwania przez tubylców niektórych składników. Goście o tym wiedzą. Poza tym polskie podniebienie wychowane na polskim monopolu spirytusowym, nie toleruje tak prymitywnego trunku. Widok groźnych min gospodarzy, gdy odmawiano poczęstunku, oraz oparte o chaty dzidy i łuki, przekonały do wypicia szklanki tego „eliksiru”. Ten gest jest powodem ogólnej radości członków plemienia. Trudno określić czy to był wyraz aprobaty po degustacji, czy też puszczenia turystów w „maliny”. Przy chatach widoczne są poletka z uprawianymi warzywami i ananasami. Dżungla próbuje wedrzeć się na wykarczowane pola. Amerindianie maczetami „odganiają” zachłanną przyrodę.

Sekta Świątynia Ludowa.

Przewodnik poinformował, że około godziny drogi rzeką, znajduje się osada, gdzie mieszka prawie tysiąc białych ludzi dziwnie się zachowujących. Przybyli głównie ze Stanów Zjednoczonych wraz ze swym pastorem i wybudowali tam osiedle. Nasi turyści i tubylcy nie wiedzą, że cały świat zadrży z przerażenia, gdy w roku 1978 media przekażą informację:

„Dziewięciuset jedenastu Amerykanów, członków sekty Świątynia Ludowa pastora Jima Jonesa, odebrało sobie życie w zbiorowym samobójstwie kultowym”.

Powrót do Georgetown

Droga powrotna. Ostatni odcinek. Silny wiatr od morza i fala przypływu rozhuśtała rozlewisko rzeki. Korzenie zanurzone w wodzie, z wody sterczą zielone czupryny drzew. Las na wodzie. Mało stabilna łódź niebezpiecznie się przechyla. Widząc krążące aligatory pokazujące swe uzębienie, niektórym rzedną miny. Wszyscy docierają do portu.

Dni następne to próby przetrwania. Połowy mizerne. Rybaków dopadają tropikalne choroby, miejscowy lekarz i szpital nie są w stanie skutecznie leczyć. Niektórzy muszą wracać do kraju na leczenie. W kraju dyrektor Szymański podejmuje decyzję o przejściu kutrów do Wenezueli i rozpoznanie tamtych łowisk.

Jeden po drugim kutry przepłynęły do Wenezuelskiego portu Guria. cdn

14:02, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Komentarze (1) »
środa, 12 kwietnia 2006
KOŁOBRZESCY RYBACY NA SZLAKU KOLUMBA I

Tekst przeniesiony z "Kołobrzeg Moje Miasto"

Dla naszego wnuka Mikołaja

„Żadnej gospodarki nie da się rozkręcić by z dnia na dzień dawała efekty, musi ona być rozwijana krok po kroku ciężką pracą, aby po latach osiągnąć sukces.”

Dziadek Tadeusz

 

   Początek lat siedemdziesiątych. Przez szpary lekko skorodowanej „żelaznej kurtyny”, mieszkańcy „baraku” PRL w obozie demoludów, zaczęli podglądać życie i pracę ludzi innych państwach i na innych kontynentach. Zasada „POLAK POTRAFI” głoszona przez Gierka, nie definiowała dokładnie, co i jak ma mamy potrafić. Zachodnie kredyty jak niszczycielski strumień zaczęły zmiękczać fundamenty siermiężnego socjalizmu. Każdy dyrektor zakładu chciał otrzymać limit dewiz na zakup maszyn i współpracę z zachodem i światem. Polska kadra inżynierska zdolna i ambitna, lecz pracująca w socjalistycznej manufakturze, odizolowana od światowej gospodarki wolnorynkowej, nie zawsze umiała i potrafiła przekonać decydentów do podjęcia właściwych decyzji. Przejawy nietrafionych zakupów i inwestycji można było spotkać na każdym kroku. W kołobrzeskiej „Elwie” w podziemiach stały japońskie maszyny, które nie można było wykorzystać w produkcji. „Barka” zamontowała linie produkcyjną, która nie dawała właściwych parametrów. itd.

Śladami Kolumba.

   Podochoceni sukcesami polskiego rybołówstwa dalekomorskiego na akwenach bezstrefowych całego świata i na fali „gierkowskiego otwarcia na świat” decydenci na szczeblu Zjednoczenia Gospodarki Rybnej i ministerialnym podjęli decyzje wysłania na łowiska Ameryki Łacińskiej flotylli kutrów z „Barki”. Celem podstawowym było rozeznanie łowisk i połów krewetek, które na tamtych akwenach z powodzeniem łowiły kutry japońskie i Stanów Zjednoczonych. W roku siedemdziesiątym trzecim pięć kutrów dwudziestoczterometrowych zwanych „kaefkami” ruszyło przez Atlantyk. Konwój otwierał statek baza „Kaszuby” za nim jak za kaczką kaczęta ciągnęły pozostałe jednostki. Port docelowy Georgetown, ponad dwustutysięczna stolica Gujany leżąca u ujścia rzeki Demerara. Całą wyprawą „dowodził” Wiesław Hildebrand a głównym „logistykiem” ekspedycji był Tadeusz Gauer. Wyprawa o mało nie skończyła się tragicznie na wysokości Wysp Kanadyjskich rozszalał się potężny sztorm szczęśliwym trafem jednostki w tym czasie znajdowały się w porcie uzupełniając zaopatrzenie przed „skokiem” przez ocean. Zatonęło wówczas wiele statków. Kołobrzeskie kutry budowane z myślą o pływaniu na Bałtyku miałby słabe szanse na przetrwanie. Około miesiąca trwało pokonywanie trasy, którą do wybrzeży Gujany przed wiekami przemierzał Krzysztof Kolumb.

Fatamorgana krewetkowego eldorado.

   Po dotarciu na miejsce pierwsze próby połowów krewetek przyniosły rozczarowanie. Silniki naszych jednostek były przynamniej trzykrotnie za słabe. Sprzęt połowowy, którym łowiono na Bałtyku w warunkach łowisk Gujany nie spełniał swego zadania.

„Nie byliśmy przygotowani od strony technicznej i technologicznej do operacji na tamtych wodach. Nie znaliśmy zupełnie warunków hydrologicznych, oceanograficznych. Nie mieliśmy pojęcia, jakie jednostki, jaki sprzęt połowowy jest potrzebny do elementarnego wykonania zadania. Działający prąd równikowy powodował, że jednostki łowiące pod prąd miały w czasie trałowania prędkość względną równą prawie zero.” – Wspomina Tadeusz.

   Gdy miraż krewetkowego biznesu odpłynął, łowiono z mizernymi efektami ryby. Tadeusz dwoił się i troił żeby te połowy sprzedać i uzyskać środki na pokrycie utrzymania załogi. Rybaków prześladowały tropikalne choroby. Oprócz trudno wyleczalnych tropikalnych grzybic narażeni byli na inne niebezpieczeństwa. Jeden z rybaków przy sortowaniu połowu przebił dłoń na wylot ostrym trującym kolcem rajy, tylko wizyta u miejscowego lekarza zapobiegła dalszym przykrym konsekwencjom. Ekspedycja poniosła ekonomiczne fiasko.

Ryba piła z restauracji Barka w Kołobrzegu.

   W czasie, gdy w Kołobrzegu dyrektor Szymański szukał jakiegoś wyjścia z impasu. Rybakom zdarzało się czasami odnosić spektakularne pojedyncze sukcesy.

Wybieranie trału. Kaefka ustawiona prostopadle do włoka. Piszczą windy trałowe. Czym bliżej burty worek sieci, zachowuje się nietypowo. Jakby setki małych ryb zgodnie szarpało włok na boki. Po chwili zdziwieni rybacy ujrzeli szarpiąca się w sieci potężną 385 kilogramową rybę piłę. Miłośnicy smacznej ryby odwiedzający restaurację „Barka” w Kołobrzegu, za czasów śp. mistrza Cyryla Szyszko przechylając kieliszek mogli zobaczyć na ścianie wypreparowaną piłę właśnie tej ryby.

Gujańska rzeczywistość lat siedemdziesiątych.

   Gujana to siedemset tysięczne państewko, Ameryki Południowej była kolonia angielska zamieszała w połowie przez hindusów w jednej trzeciej przez murzynów, jeden procent stanowią biali mieszkańcy pozostali to mieszańcy, Indianie i Chińczycy. Niepodległe państwo od roku 1966. Większość mieszkańców cierpiało biedę. Wyładowany na nabrzeże mizerny połów z polskich kutrów oblegały setki tubylców z wyciągniętymi rękami. Tadeusz, który zajmował się marketingiem, musi zatrudniać za symboliczną opłatę dwóch „gar”(ochroniarzy). Stoją oni przy skrzynkach i odganiają kijami zgłodniałych współziomków. Robią to bez zbytniego przekonania. Wystarczy, że Polacy odwrócą uwagę, a ryby ze skrzynek wędrują do rąk biedaków. Sposoby pozyskiwania pożywienia przez mieszkańców Georgetown są różne. W czasie odpływu morze odsłania olbrzymie połacie błotnistego wybrzeża. W resztkach wody „dragami” murzyn przeczesuje bagniste dno i mętną wodę. Czasami udaje mu się złapać pojedynczą krewetkę lub rybę.

   By odpływy i przepływy nie zatapiały miasta(pierwsze osada w tym miejscu miała domy na palach), Anglicy wybudowali mur oporowy, za ten mur do morza są odprowadzane wszystkie ścieki miasta. W czasie odpływu na plaży widać płynące z rur i kanałów nieczystości Przypływ zabiera je i przenosi do morza. c.d.n.

Edward Bernatowicz

PS W następnym odcinku wyprawa rybaków do osady Indian w puszczy amazońskiej, i pobyt w Wenezueli.

.

 

 

21:58, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Komentarze (2) »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki: