Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
czwartek, 09 marca 2006
Rejsy na m/s Batory - LIGA ATLANTYCKA

Ryba pływa. Ptak lata. Człowiek chodzi po lądzie. Są to prawdy trywialne. Lecz człowiek jako jedyna istota z własnej nieprzymuszonej woli zawłaszcza środowiska, do których nie został przypisany przez prawa natury i swój organizm. Gdy o tym zapomina miewa przykre konsekwencje. W latach siedemdziesiątych ukazała się książka „Trzy minuty ciszy”(Na każdym okrętowym zegarze po godzinie trzeciej i dziewiątej zaznaczony jest czerwony trzyminutowy kąt. W tym czasie milkną na całym świecie rozmowy w eterze i wszyscy nasłuchują sygnałów wzywania pomocy.) Autor, rosyjski rybak dalekomorski opisuje między innymi takie zdarzenie. W jednym z przedsiębiorstw rybołówstwa dalekomorskiego w Murmańsku jakiś „towarzysz racjonalizator” zaproponował, by w ramach oszczędności związanych z wymianą załóg, co pół roku, zachęcić rybaków do pozostawania na następne pół roku przez zwiększenie o sto procent poborów w stosunku do rejsu poprzedniego wniosek został przyjęty i stał się prawem. Tylko nieliczni korzystali z tego przywileju zwiększenia dochodów. Znalazł się jednak Wania, który przyprawił księgowego i dyrektora o zawrót głowy a przedsiębiorstwo o kłopoty finansowe. Zauważono problem, gdy Wania pozostał na czwarte półrocze. A ponieważ trauler po tym rejsie wracał z dalekomorskich łowisk do portu sądzono, że problem przestanie istnieć. Nic obłędniejszego. Nasz „długodystansowiec” przesiadł się na morzu na płynący na łowisko inny statek i zaliczył następny rejs. Dopiero po trzech latach udało się ściągnąć naszego bohatera na ląd. Kapitanowie płynących na łowisko traulerów otrzymali zakaz przyjęcia Wani na pokład na łowisku pomimo jego chęci zrobienia następnego rejsu. Fama tego wyczynu roznosiła się po Murmańsku i gdy wracał do portu z ostatniego rejsu, na kei czekali ciekawscy. Wania dumnie zeszedł po trapie ze statku przeszedł po twardym lądzie pięćdziesiąt metrów i padł na kolana. Nie mógł dalej iść o własnych siłach. Jak stwierdzili lekarze tak długi pobyt na chwiejnym pokładzie spowodował prawie całkowity zanik pewnych mięśni potrzebnych do poruszania się po stabilnym lądzie.

Rekreacja.

Na polskich statkach rybołówstwa dalekomorskiego maksymalny rej trwał do 160 dni. Po każdych 60 dniach pobytu na morzu, przysługiwała dwudniowa rekreacja na lądzie. W owym czasie często, oprócz wędrówek po barach, tawernach oraz innych nieprzyzwoitych przybytkach, organizowane był mecze piłki nożnej między załogami statków lub przedstawicielami ludności tubylczej na boiskach miejscowych szkół. Byłem obserwatorem jednego z takich meczy miedzy drużyną m/t „Admirał Arciszewski” i drużyna m/t „Kulbak”(Nie jestem pewny nazwy tego traulera.). Mała szkocka mieścina położona wśród łysych gór. Przez tydzień wcześniej załoga żyła przygotowaniem reprezentacji, nie było możliwości sprawdzenia praktycznych możliwości poszczególnych reprezentantów. Z trudem skompletowano jednakowe stroje i buty nadające się do kopania piłki. W niedzielę szalupami(staliśmy na redzie). Drużyna oraz wolni od wachty załoganci, dobili do nabrzeża i przeszli na przyszkolne pobliskie boisko. Kilka dni wcześniej nasz „starszy” uzyska pozwolenie na korzystanie z obiektu. Niestety czy to znajomość angielskiego szwankowała, czy też nastąpiło niedomówienie. W efekcie zostaliśmy grzecznie wyproszeni. W niedzielę każdy Szkot odpoczywa w spokoju i ciszy przy kominku w domu.(Można to zobaczyć przez nie zasłonięte okna, spacerując po chodniku.) Jest absolutny zakaz organizowania hałaśliwych imprez do późnego niedzielnego popołudnia. Mecz został przełożony na najbliższą sobotę. Armatorzy statków zwłaszcza rybackich czynili drobne próby zorganizowania zajęć sportowych zapobiegających utraty „sprawności mięśni lądowych”. Na „Arciszewski” do tego celu służył stół tenisowy rozstawiany w sali wykładowej. Mój przyjaciel II mechanik Jurek Tatoń, jak tylko pozwalały warunki pogodowe zawsze po swojej nocnej wachcie, po godzinie czwartej grał kilka setów i gdy nie znalazł innego kandydat byłem budzony i musiałem grać starając się trafić rakietką w piłeczkę w rytm bujania statku.

Mistrzowie ligi atlantyckiej.

Różnica, jaka jest między turniejem zakładowym a ligą piłkarską, taka była różnica w kopaniu piłki przez drużyny z statków rybackich w stosunku do reprezentacji transatlantyków. Prawie do końca lat sześćdziesiątych nim transport ludzi w komunikacji światowej przejęły samoloty, Europa spięta była z Ameryką regularnymi rejsami linowymi. Najsłynniejsze transatlantyki końca lat pięćdziesiątych i pierwszej połowy sześćdziesiątych to: „UNITED STATES”, „ALEXANDR PUSHKIN”, „EMPRESS OF CANADA”, „QUEEN ELIZABETH”, „ATLAS”, „FRANCE”, „QUEEN MARY”, „MAURETANIA”, ”GIULIO CESARE”, „LIBERTE”, “EMPRESS OF BRITAN” i oczywiście „BATORY” zwany często „Mała QUEEN MARY”. Wśród tak doborowego towarzystwa „Batory” nie miał kompleksów ocena jego usług była wysoka. Był również dziedziny współzawodnictwa poza biznesowe a mające wpływ na dobre imię statków. To walka o Błękitną Wstęgę Atlantyku.(Najkrótszy czas.) Oraz Atlantycka Liga Piłkarska i Bokserska. W okresie roku drużyny reprezentujące załogi poszczególnych transatlantyków rozgrywały mecze w portach, w których się spotykał statki, najczęściej był to: Montreal, Halifax, Nowy Jork Le Havre, Southampton. Ostatnim zdobywcą Błękitnej Wstęgi Atlantyku był amerykański „UNITED STATES” w tej dziedzinie „Batory” nie miał szans, natomiast w lidze sportowej drużyny „Batorego” zajmowały czołowe lokaty. Zdarzały się wypadki zdobycia mistrzostwa.

Nocny trening.

Trzecia nad ranem. Statek pogrążony we śnie. Tylko załoga uwija się z przygotowaniem „Batorego” na następny dzień. Na górnym pokładzie spacerowym trener amator Lidziński zwany Frankiem z LZS-ów prowadzi, co nocny trening swojej drużyny. Za dwa dni w Halfax`sie ustawiony jest mecz z drużyną z „QUEEN MARY”. Kondycja zawodników dobra, prym wodzi załogant w „cywilu” zawodnik „Arki” Gdynia kaszub Piper. Systematyczne treningi „szmacianką”(sprężysta piłka wyleciałaby do morza) na nocnym pustym pokładzie dają rezultaty. Mecz wygrany. Dokopali Angolom.

Edward Bernatowicz

09:07, edward.bernatowicz , BATORY
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 marca 2006
REJSY na m/s Batory -„Steel Band"

„Steel Band"

Koniec rejsu. Pasażerowie wyokrętowani. Dziwnie jest na statku bez pasażerów. Przemierzając korytarze i pokłady ma się uczucie nienaturalności. Silniki główne odpoczywają. Czując w tle ich pracę ma się poczucie bezpieczeństwa. W szotach korytarzy i sufitach, barów i sal uwięzły międzynarodowe głosy zadowolonych pasażerów. Dusza transatlantyku chwilowo go opuściła pozostawiając stalowe pudło na żer służb zaopatrzenia i remontowców usuwających drobne, po rejsowe usterki. Zamiast wykwintnych kreacji pasażerów i nienagannych ubiorów załogi, korytarze i pokłady, w pracowitym pośpiechu, pokonują „robocze kombinezony”. Skrzypią windy i boomy ładunkowe. Załadunek prowiantu zakończony. Usterki usunięte. Lśni czystością. Jutro od świtu rozpocznie się okrętowanie nowych pasażerów na rejs „wycieczkowy długi”.

Drink w barze Amerykańskim i „przepijanie reprezentacji”.

Zgodnie, z co rejsowym zwyczajem załoga pokładowa dokonuje lustracyjnego obejście całego statku. Po kierownictwem starszego oficera, w galowych mundurach oficerowie pokładowi, radiooficerowie, do asystentów włącznie, przemierzają cały statek. Rozpoczynają od podwójnego dna poprzez siedem pokładów, drzwi i grodzie wodoszczelne, drzwi przeciwpożarowe zamykane automatyczne. Celem było przypomnienie i utrwalenie w pamięci topologii statku na wypadek alarmów lub niebezpieczeństwa, ostatnie miejsce - pokład słoneczny. Na zakończenie w Barze Amerykańskim, każdy z uczestników mógł zamówić jeden drink alkoholu, jakiego chciał na koszt armatora. Nie było mowy o ilości większej niż pięćdziesiąt gramów. Do tradycji „Batorego” należało również spotkanie kapitana z oficerami po każdym przebytym rejsie, omawiano tam głównie niedociągnięć, przy symbolicznym drinku. Zwyczaj ten trwał do póki któryś z tajnych współpracowników SB „uprzejmie doniósł”, że kapitan Pszenny przepija „reprezentację[i]” z załogą.

Czasami „dbałość” o moralność klasowo-socjalistyczną „ludu pracującego miast i wsi” przybierało formę z pogranicza groteski. Po jednym z rejsów, gdy „Batory” pływał na linii indyjsko-pakistańskiej uczestniczący w tym rejsie „pryncypialny komunista” oskarżył jednego z oficerów o „niegodne obywatela państwa socjalistycznego, poniżanie człowieka” bo ...jechał rykszą.

Karaibskie wycieczki

W latach sześćdziesiątych „Batory” kursował w okresie żeglugowym na linii regularnie do Montrealu. Zimą, gdy rzekę Św. Wawrzyńca skuwały lody. „Batory” wyruszał na dwie wycieczki krótka trzytygodniowe Lizbona, Wyspy Kanaryjskie, Maroko, Morze Śródziemne. Wycieczka długa na drugą stronę Atlantyku na Karaiby. Uczestnikami takich rejsów byli w głównej mierze emeryci z Anglii i Niemiec. Chwalili oni warunki na statku, słynącego ze wspaniałej kuchni jak mawiał jeden z załogantów, trzecią osobą po kapitanie na statku był kucharz. Chwalono również obsługę. W czasach, gdy pensja na lądzie wynosiła około trzydzieści dolarów, polski steward gdy dostał pięć dolarów napiwku prawie nosił na rękach pasażera. Na greckim wycieczkowcu, taki napiwek steward potraktowałby jak obrazę, rozmieniłby i po dolarze rzuciłby na stół.

„Steel Band”

Organizowaniem rozrywek dla pasażerów zajmował się oficer rozrywkowy był to jedyny taki etat we flocie polskiej. Najdłużej i najbardziej znanym był Eryk Kulm. Miał on do pomocy zespól muzyczny. W egotycznych portach, w czasie wycieczek pasażerów zabierano na lokalne atrakcje rozrywkowe.

„Batory” zawija do urokliwego portu na Trynidadzie, ojczyzny „Steel Bandu”. Tubylcy połączyli swoje wrodzone poczucie rytmu i muzyki z beczkami po benzynie tworząc oryginalne instrumenty muzyczne. Beczkę po benzynie przecina się w poprzek pozostawiając różnej wysokości walce z jednym dnem. Wysokość walca ma wpływ na wysokość dźwięku wydawanego przez przyszły instrument. Denko beczki wyklepuje się na wzór plastra miodu. W zależności, w który sektor uderza się palcami lub pałeczkami otrzymuje się odpowiedni dźwięk. W takim „stalowym zespole” może być kilkudziesięciu muzyków grających na zróżnicowanych beczko-bębnach. Dźwięk jest bardzo przyjemny nie odzwierciadlający prymitywizmu instrumentów. Sekcja rytmiczna i sekcja melodyczna gra na takich samych instrumentach.

„Limbo Danc”

Malowniczy karaibski wieczór, nastrojowe oświetlenie. Restauracja na świeżym powietrzu, pod strzechą, w tle szumiące morze. Przy stolikach międzynarodowy gwar pasażerów z „Batorego”. Gra „Steel Band”. Trzech tubylców w rytm zespołu rozpoczynają taniec, którego również ojczyzną jest Trynidad „Limbo Danc”. Na środku stoją stojaki z porzeczką przypominające urządzenie do skoku wzwyż. Celem jest współzawodnictwo. W tańcu pojedynczo, zawodnicy, tylko na kantach stóp, przechodzą pod poprzeczką. Zrzucenie jej eliminuje tańczącego. Obniżenie poprzeczki i następne przejście. Końcowe wysokości to około pół metra. Towarzyszący zawodnikom kelner smaruje porzeczkę łatwopalnym tłuszczem i podpala. Pozostał tylko jeden tańczący. Przy przygaszonych światłach tańcząc przechodzi pod płonącą listwą, nie dotykając.

„Bambo Danc”

Następny taniec to „Bambo Danc”. Dwie czarnoskóre dziewczyny i czterech młodzieńców. Dwaj wybijają rytm na bębenka. Pozostali  maja drągi bambusowe średnicy dziesięć centymetrów i długości czterech metrów. Końce bambusów trzymają w rękach. W rytm, całą długością uderzają o ziemię a następnie podnoszą w płaszczyźnie równoległej do podłogi i uderzają kijami o siebie. Dziewczęta znajdują się wewnątrz leżących, równolegle bambusów w momencie uderzenia muszą podskoczyć by nie otrzymać bolesnego uderzenia. Rym jest bardzo szybki.

Taniec na szkle.

Wieczorne atrakcje zbliżają się do końca. Kelnerzy rozkładają na „parkiecie” brezentową płachtę. Tłuką butelkę o butelkę i rozrzucają na płachcie. Przygasa światło. Gra „Steel Band”. Cichnie. Słychać tylko bębenki. Nagły gwizd! Za kulis wyskakuje tubylec i z wyskoku spada na ostre potłuczone szkło. Pisk przerażonych kobiet. On tańczy bosymi nogami. Koniec. Pokuje nietknięte stopy.

Edward Bernatowicz

 



[i] Fundusz reprezentacyjny – zazwyczaj była to pewna ilość polskiego alkoholu, którą posiadał do dyspozycji każdy kapitan polskiego statku z przeznaczeniem na poczęstunek gości za granicą.

14:20, edward.bernatowicz , BATORY
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 października 2005
Kapitan Franciszek Szudziński vel„Prusak”,vel „Franc”

Droga służbowa

-„Panie chif powiedz pan trzecziemu by powiedział aszysztentowi, żeby ten wyszłał marynarza na pokład szprawdzić zabezpieczenia luków”.

Młody Wiesław Hildebrand, zamustrowany na „Sienkiewicza” jako marynarz, słucha ze zdziwieniem polecenia wydanego przez lekko sepleniącego kapitana Franciszka Szudzińskiego. Przecież na mostku stoją obok niego wszyscy wymienieni: chif, trzeci, asystent i marynarz. Po co ta cała wyliczanka? Dla przedwojennego kapitana „Franca” Szudzińskiego droga służbowa jest rzeczą świętą. Prawie wcale nie zwracał się bezpośrednio do marynarzy. W tym samym rejsie kilka dni później Wiesław pełnił wachtę na lewym „szkrzydełku”. Na mostek przyszedł „Franc”, podszedł na skrzydło do marynarza.

-Czy to prawda, że pan nie miał prawa pływania[i]?

–Tak.

–Ile lat?

–Siedem.

–A czo pan robił?

-Różne rzeczy.

–No tak. No tak. „Franc” wiedział, czym dla marynarza był zakaz pływania. Sam doświadczył tego. Jako jeden z wielu przedwojennych kapitanów był pozbawiony tego prawa w okresie stalinowskim. Ta krótka wymiana zdań wzbudziła duże zainteresowanie przebywających na most i nie słyszących treści rozmowy osób. Gdy tylko kapitan opuścił mostek, wszyscy rzucili się do Wiesława.

-O czym rozmawiał pan ze Starym, przecież on nie rozmawia z marynarzami? – Zapytał chif.

Mamy pewne, wspólne prywatne tematy. –Odpowiedział tajemniczo.

„Prusak” na „Batorym”

Noc na Atlantyku. Pasażerowie „Batorego” zmęczeni przyjemnościami dnia i wieczorem spędzonym na parkiecie i w barach, jak mówią marynarze, mierzą koje w swych kabinach. Z ciasnych kubryków, pomieszczeń załogowych wsypują się sprzątacze i stewardzi. „Pasażer” tamtych czasów to statek dla pasażerów, pomieszczenia załogowe maja spartańskie warunki stewardzi, marynarze, chłopcy kredensowi, motorzyści mieszkają w ciasnych wieloosobowych kabinach i kubrykach. W części pasażerskiej załogant może przebywać tylko w ramach wykonywanych obowiązków, dwukrotne złamanie tej zasady to dyscyplinarne zmustrowanie. Każdej nocy do godziny siódmej załoga hotelowa musi odkurzyć dywany, podłogi i pokłady umyć, obrusy wymienić, sprzątnąć wszystkie pomieszczenia. Budzących się pasażerów wita, co dnia pachnący świeżością statek. Szczególnie rygorystyczny w przestrzeganiu dokładności i czasu wykonywanych prac w stosunku do załogi hotelowej, jest kapitan Szudziński nazwany z tego powodu „Prusakiem”. Dowodził „Batorym” pod koniec 1939 roku i na początku 1946. W roku 1956 na powrót otrzymał prawo pływanie i wrócił na statek.

Czwarty, jak co dnia o godzinie siódmej sprawdza wykonanie prac przez załogę hotelowa. Na pokładzie leżą jeszcze zwinięte dywany z jadalni i sali dancingowej, stewardzi nie zdążyli umyć przed czasem podłogi.

Proszę to natychmiast zabrać, bo każę wyrzucić za burtę. Zwraca się do intendenta. Intendent biegnie na skargę do „Prusaka”. „Stary” wzywa czwartego.

Czo tam jeszt?

– Panie kapitanie. Siódma godzina a na pokładzie leżą zwoje dywanów.

– Czo? Leżą dywany! Za burtę z nimi!. Intendent Szenk nie czeka, biegiem sam, wraz z starszym ochmistrzem zabierał dywany. U „Prusaka” na statku był porządek a załoga hotelowa „chodziła” jak przedwojenny szwajcarski zegarek, oczywiście nie byli tym zachwyceni.

Alkoholowa prowokacja

W lipcu 1959 roku, „Batory” zawinął do Montrealu, „hotel” podpłacił dziennikarza tamtejszego „brukowca”. Za jego przyczyna, gdy oczekiwano na zaokrętowanie pasażerów, weszła na statek brygada celników i policjantów sprawdzić kapitana. W tradycji morskiej nie do pomyślenia było by sprawdzano kapitana transatlantyku tej klasy.

Co pan ma do zadeklarowania?. Papierosy? Alkohol?

–Nic. Odpowiedział „Franc”, wojujący, niepalący abstynent.

 Mam to, co na reprezentacje.-Dodał.

–A to, co jest? Dobrze poinformowany celnik wskazał na mało widoczne drzwiczki w boazerii.

Barek.

-Proszę otworzyć! W barku stało kilkanaście napoczętych butelek alkoholu i leżało kilka paczek papierosów, przeznaczonych na poczęstunek dla gości. Na drugi dzień w montrealskim „szmatławcu” ukazało się zdjęcie kapitan Szudzińskiego na tle barku i oszczerczy artykuł jak to polski kapitan przemyca alkohol. Cel został w osiągnięty w stylu SB, po powrocie do kraju kapitan został odwołany z „Batorego” Pływał nadal w PLO na statkach handlowych, między innymi na „Sienkiewiczu” i „Emilii Plater”.

Poczucie odpowiedzialności

„Franc” miał „przedwojenne” poczucie odpowiedzialności za powierzony mu statek.

-Stoimy w Santos w Brazylii 22 lipca[ii] z Rio De Janeiro, z polskiej ambasady przybył pracownik z zaproszeniem na party”. Wspomina Wiesław.

–Ja nie pojadę muszę być na sztatku. -Oświadcza Szudziński.

Panie kapitanie przecież ma pan oficerów i chifa.

Ja nie wierze oficzerom, ja nie wierze chifowi, ja jesztem kapitan ja odpowiadam za sztatek. Kapitan był człowiekiem samotnym. Mieszkał w Oliwie wraz ze siostra. W czasie postoju „Sienkiewicza” w Gdyni jechał na kilka godzin do domu. Codziennie o godzinie 22 zjawiał się na burcie i nocował na statku.

Zgubiła go whisky

Na statku „Emilii Plater”, którym dowodził „Franc”, w późniejszych rejsach, zebrała się paczka morskich biznesmenów i częściowo za gotówkę częściowo na kredyt kupiła w Antwerpii trzy tysiące kartonów whisky i w tajemnicy zamelinowali w tankach statku. Portem docelowym przemytu był Bombaj. Jak taka ilość alkoholu dostała się na statek trudno dociec. W Antwerpii działało dwóch agentów morskich zaopatrujących w alkoholowy biznes. Pierwszy z nich nie chciał ryzykować i nie udzielił częściowego kredytu. Drugi, będący na dorobku, zaryzykował. Prawdopodobnie ten pierwszy „podłożył świnię” donosząc dyrekcji PLO i służbom celnym w Indiach, że na „Emilii Plater” „idzie przemyt”. Z PLO do kpt. Szudzińskiego przesłano informacje, że na statku znajduje się „30 kartonów przemycanej whisky”. Świadomie czy nieświadomie faktyczna ilość została zaniżona o dwa zera. „Franc” zarządził kontrole na morzu. Oczywiście sprawdzający z takim „zaangażowaniem” szukali, że nic nie znaleźli. Już na redzie w Bombaju część kartonów została sprzedana do łodzi za niewymienialne w świecie rupie. Jeden z marynarzy udał się do bombajskich cińciarzy[iii] wymienić posiadaną walutę na dolary. Nie wiedział, że za nim krok w krok podążają tajniacy. Wchodząc na statek poroszony został do kabiny z oczekującymi policjantami i celnikami. Zorientowawszy się, „co jest grane”, pchnął przez drzwi celnika i zniknął w przepastnych korytarzach statku. Po krótkiej zabawie w kotka i myszkę został zatrzymany, lecz nie posiadał przy sobie dolarów. Gdy „biznesmeni” statkowi zorientowali się, że jest „wpadka” nocą poodkręcali zbiorniki balastowe i powyrzucali pozostały przemyt do wody. Rano po kanale portowym pływała część nie zatopionych skrzynek i kartonów. Statek został zatrzymany trzeba było zapłacić kaucję. Po powrocie do kraju załoga została dyscyplinarnie zdjęta ze statku. Kapitana Franciszka Szudzińskiego vel Franca vel Prusaka, obciążono winą za niedopilnowanie i brak nadzoru i również zdjęto ze stanowiska.

Edward.Bernatowicz@wp.pl

 



[i] Prawo pływania – była to jedna z form bezprawia w PRL marynarz posiadający wszelkie patenty i stopnie morskie mógł być pozbawiony prawa pływania przez służby bezpieczeństwa bez podania powodu.

[ii] Przypomnienie - święto państwowe w PRL

[iii] cińciarz- jednoosobowy nielegalny „kantor wymiany walut” bardzo popularny w PRL.

16:45, edward.bernatowicz , BATORY
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 października 2005
Zbrukana legenda część IV

Czerwony koń trojański

Kochany wnuku pokolenia Twego dziadka, większość życia, „molestowane” było przez człowieka - widmo zwanego Leninem. Jego „cienie” mogliśmy spotkać prawie na każdym kroku życia codziennego, no oprócz papieru toaletowego, którego brakowało. Jego cytaty, nagminnie używane przez zarządzających społeczeństwami socjalistycznymi, miały być prawdami absolutnymi. Jako przykład wspaniałości komunizmu było powiedzenie, że „komunizm to elektryfikacja i walka z analfabetyzmem”. Lecz mało, kto zastanawiał się, jaki był rzeczywisty cel tej treści. Gdy naród, głównie rosyjski nauczono czytać a popa i księdza wysłano na Syberię, jedynym dostępnym źródłem wiedzy była totalitarna literatura i prasa a w późniejszych latach to, co obecnie nazywamy mediami. Drukarnie drukowały a wydawnictwa wydawały przez dziesięciolecia cenzurowane z półprawdami książki. Zalegają one obecnie na półkach bibliotek publicznych i domowych. Ostatnio ze zgrozą stwierdziłem, że w jednej z bibliotek szkoły ponadgimnazjalnej, można wypożyczyć poezje Miłosza tylko ocenzurowane wydane w latach osiemdziesiątych a „Umysłu zniewolonego” nie ma na stanie. Czytając opracowania tak zwane popularno-naukowe dotyczące historii „Batorego” oraz dostępne materiały faktograficzne i słuchając nagrań wspomnień marynarzy wniosek jest jeden. Wnuku Twoje pokolenie czeka ciężka praca odfałszowania historii pisanej, naszej Ojczyzny.

Jedyny za żelaznej kurtyny

   W kwietniu 1947 roku „Batory” mógł zdjąć swój „mundur wojenny” i z powrotem przywdziać szaty „królewskiego pasażera”. Remont w stoczni w Antwerpii trwał rok czasu, być może duch króla Batorego czuł, że jego imiennik będzie na usługach tych, którym on „spuścił lanie” pod Pskowem i próbował odwlec zakończenie remontu powodując pożar na pokładzie. Ostatecznie w dniu 5 kwietnia 1947 roku statek wyruszył z Antwerpii w pierwszy powojenny rejs do Nowego Jorku, wznawiając regularną żeglugę. Pierwsze rejsy cieszył się popularnością. Gdy zasunęła się żelazna kurtyna obdzielająca wolny świat od totalitaryzmu stalinowskiego „Batory” był jednym transatlantykiem, któremu uchylano tej kurtyny. Oczywiście, że stalinowskie służby specjalne miały w tym swój cel. Załoga statku, głównie hotelowa, naszpikowana była MBW (Mierny, Bierny ale Wierny służbom specjalnym, ten proceder w różnych formach trwał do końca lat osiemdziesiątych). W kronikach filmowych z tam tych lat możemy zobaczyć jak są witani w Gdyni powracający „Batorym” z Zachodu polscy oficerowie i żołnierze. Którzy już bez kamer znikali w kazamatach Urzędu Bezpieczeństwa. Amerykańskie władze i służby graniczne miały podstawy do podejrzeń, że „na „Batorym” działała grupa zajmująca się „neutralizacją” niewygodnych socjalizmowi ludzi za granicą” i szpiegostwem jądrowym. Prawdopodobnie grupa ta dokonywała porwań za granicami i przemycanie nieszczęśników do kraju. Amerykańskie władze emigracyjne zaczęły baczniej przyglądać się załodze „konia trojańskiego” z za żelaznej kurtyny, jak go nazwała prasa nowojorska.

   Prośba o azyl polityczny w totalitarnej Polsce.

   W styczniu 48 roku służby graniczne USA udaremniły przemycenie się na statek Gerharda Eisnera. Kim był Eisner i dlaczego nie pozwolono mu opuścić kraju. Jak podawała prasa komunistyczna był to „niemiecki komunista, antyfaszystowski działacz który bezskutecznie starał się opuścić Stany Zjednoczone i powrócić do swej ukochanej ojczyzny Niemieckiej Republiki Demokratycznej”. W rzeczywistości był podejrzany o szpiegostwo jądrowe na rzecz Rosji sowieckiej, odmówił złożenia zeznań przed Komisja Senacką do Badania Działalności Antyamerykańskiej. Zatrzymany Eisler został wypuszczony za kaucją na wolność. Gdy w maju „Batory” zawinął do Nowego Jorku załodze odmówiono prawa zejścia na ląd. Kilka dni później, gdy statek znajdował się na Atlantyku stwierdzono na statku blinde, czyli pasażera na gapę był nim Gerhard Eisner „oczywiście” żaden członek załogi nie pomagał mu w dostaniu się na statek. Poprosił on władze polskie o udzielenie mu azylu politycznego, co błyskawicznie uczyniono. Po opłaceniu biletu został wpisany na listę pasażerów. Lecz jego tęsknota za pobytem w państwie socjalistycznym nie spełniła się. Gdy „Batory” zawinął do Southamton by wyokrętować przybyłych do Anglii pasażerów, władze angielskie aresztowały blindziarza.

Bomba atomowa na pokładzie?

   W dniu 4 sierpnia 1950 gazeta „Ohio Herald” pisała „ agenci Stanów Zjednoczonych rewidują liniowiec w poszukiwaniu bomby atomowych i materiałów atomowych...Będzie to pierwszy statek czerwonych satelitów, jaki zostanie przeszukany w myśl nowych federalnych przepisów bezpieczeństwa...Obecnie uważamy „Batorego” za statek podwójnie „gorący”- powiedział naczelnik Urzędu Celnego”. Inne gazety amerykańskie zamieściły wiadomość „„Batory” poddany rewizji w poszukiwaniu szpiegów, sabotażystów, dywersantów i ukrytej broni atomowej”. Wnikliwa kontrola przy pomocy liczników Geigera nic nie wykryła. Czytając wypowiedzi członków załogi, którzy ironizują i podważają kompetencje kontrolujących zadziwia ich ówczesna bardzo dobra wiedza o broni atomowej, co w owym czasie nie było normalnością.

„Tankowanie” na Atlantyku

   Po opuszczeniu portu i wnikliwej kontroli 8 sierpnia na Atlantyku, gdy „Batory” wracał do kraju w pobliżu statku osiadł na morzu wodnosamolot z powodu „braku paliwa” z pilotem – Williamem Jesse Newtonem, który stwierdził, że „skoro już znalazł się na „Batorym”, to pragnie zobaczyć Europę i Polskę, gdyż żywi sympatię do komunizmu”. Oczywiście władze polskie udzieliły zgodę na podróż Newtona i wodnosamolotu, który nie był własnością pilota. W tym samym czasie odnaleziono również blińdziarza Howarda Campbeli, twierdzącego, że ”jest komunistą uciekającym przed FBI”.

Po takich „wyczynach” komisarz dla spraw marynarki i lotnictwa Edward F. Cavaganagha oświadczył: „„Batory” naraża na szwank bezpieczeństwo i dlatego po usunięciu go z przystani linii francuskiej przy Street 48 z dniem 30 marca 51 roku, nie otrzyma zezwolenia na zawijanie do jakiejkolwiek przystani należącej do miasta Nowy Jork”

Refleksje

   Śledząc losy „Batorego” w okresie niechlubnego stalinizmu nasuwa się wiele pytań do wyjaśnienia przez naukowców. Na pewno istnieją materiały w archiwach byłych służb specjalnych, które mogłyby domniemania uwiarygodnić. Porównując daty incydentów i w/w zdarzeń pokrywają się one z dowodzeniem statkiem przez kapitana Ćwiklińskiego, który po śmierci Stalina w czerwcu 1953 roku poprosił o azyl w Newcastl. Napisał on i wydał w USA książkę w języku angielskim o „Batorym”, lecz jak twierdzono, za czasów realnego socjalizmu, „należy ja traktować z bardzo dużą dozą ostrożności”. Niestety nie jest ona dostępna nawet obecne i to w języku angielskim.

Edward.Bernatowicz@wp.pl

 

11:36, edward.bernatowicz , BATORY
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 października 2005
Zbrukana legenda Część III

...był niezawodnym i miłym schronieniem

dla tych, którzy mu się powierzą...”

Jadwiga Barthel

Trzej królowie idą na wojnę

„A jak pójdzie król na wojnę, grają jemu surmy zbrojne...” ten popularny za PRL-u, ze względów klasowych, wierszyk kształtował fałszywy obraz historii naszego narodu. Polscy królowie zazwyczaj walczyli w pierwszych szeregach swych wojsk. Również trzej imiennicy naszych bohaterów narodowych „Batory”, „Chrobry” i „Sobieski”, zamknęli w kufrach insygnia i szaty królewskie i przywdzieli mundury polowe. Na mocy porozumienia polsko-brytyjskiego zostały podpisane umowy czarterowe. Nasze statki oddano, pod koniec 1939 roku, do dyspozycji Międzyalianckiego Komitetu Żeglugowego. Wojna wojną, biznes biznesem. Nad „Batorym” wisiały dwie raty niezapłacone stoczni włoskiej. Ponieważ Włoch i Polska niebyły ze sobą w stanie wojny do sądów w Nowym Jorku i Halifaxie wpłynęły pozwy o obłożenie statku aresztem. Pomimo protestów władz włoskich po zapłaceniu przedostatniej raty (ostatnia została zapłacona po wojnie przez rząd polski) „Batory” przeszedł do służby wojennej. Służby najbardziej niebezpiecznej na morzu w czasie wojny – statku transportowego. Bliźniak - „Piłsudski” spoczywał już na dnie Morza Północnego.

Polska Triada - Bóg Honor Ojczyzna

Kochany wnuku od zarania dziejów rody, grupy społeczne, narody by nie być anonimowym stadem, legitymują się zawołaniami bądź dewizami, herbami bądź godłami, hymnami, sztandarami i flagami. Te symbole, znaki i treści były rzeczywistą wizytówka zasad moralnych i wartości reprezentowanych i wypracowanych przez wieki. W obecnych czasach propagandy i reklamy można odnieść wrażenie, że wystarczy na szkole, firmie, urzędzie wywieść atrakcyjne hasło i logo i stanie się nasze chciejstwo. Przypomina to marksistowskie „prawo ekonomii” zamiany „ilości w jakość”. Wystarczyło wymyślić „prawo” a stał się socjalistyczny „dobrobyt”. Gdy zapytałem mego przyjaciela Józka, który przez całe zawodowe życie, z honorem i godnością, uczył ojczystej historii. Dlaczego w naszym mieście i kraju tak mało w święta państwowe flag na ulicach? – „Czemu się dziwisz? Nasze społeczeństwo nie utożsamia się z tak rządzonym państwem”. Triada wartości Bóg Honor Ojczyzna jest nie przypadkową dewizą naszego narodu. Wyrosła i wrosła ona z historii i w historię naszego narodu i stała się podstawowym aksjomatem. Gdy, różni ludzie z różnych względów, próbują wymazać wszystkie lub poszczególne wartości tej triady przestajemy być narodem własnego państwa.

Wojenny honor polskiego marynarza

   W wierności „Polskiej Triadzie” żołnierzy w czasie wojny napisano i powiedziano wiele. Analizując dokumenty i opracowania wojennych losów „Batorego”, w postawach i zachowaniach marynarzy floty pasażerskiej, przebija troska o honor polskiego marynarza. W grudniu 1939 roku w pierwszym wojennym rejsie „Batory” wraz z „Chrobrym” przewoził żołnierzy kanadyjskich z Halifaxu do Glasgow. Święta i Wigilię statki spędzały na morzu. Kanadyjski oficer Gregory Clark wspomina: „To była polska uczta. Potrawy były tradycyjne, takie jakie ci samotni ludzie spożywaliby tego wieczora w swych domach, gdyby nie było wojny. Nie zabrakło też polskiej muzyki i śpiewaków, na którą nasi z Nowej Szkocji odpowiedzieli swymi kolędami. Potem przyszła kolej na ogromne pierniki, wielkie jak talerze, w kształcie serc i gwiazd, postaci męskich i kobiecych pokryte kolorowym lukrem. I wtedy zapoznano tych z Nowej Szkocji z polskim z polskim obyczajem przełamywania się piernikiem pomiędzy przyjaciółmi. Odłam kawałek mojego, a ja wezmę kawałek od ciebie.” (Prawdopodobnie na statku nie było opłatków.) Był to początek niebezpiecznej służby wojennej. W roku 1940 uczestniczy w konwoju do Norwegii. Przewozi do Breestu polskich strzelców podhalańskich. Ewakuuje brytyjskich żołnierzy z St. Nazaire. Ewakuuje polskich żołnierzy z St.Jean de Luz. Płynie z brytyjskim złotem i skarbami wawelskimi do Kanady.

Śpiewający statek

     W dniu 5 sierpnia 1940 na pokładzie „Batorego znalazł się „ładunek”, który został nazwany przez kpt. Deyczakowskiego „klejnotami koronnymi Imperium Brytyjskiego” było to 480 dzieci w wieku od 4 do 15 lat w towarzystwie 50 osób personelu opiekuńczego. Celem trzymiesięcznego rejsu była Australia. Na początku rejsu wystąpiły drobne kłopoty. Jednym z nich był konflikt między polskimi stewardesami a niektórymi przystojnymi i zgrabnymi angielskimi opiekunkami „korbistkami” (od noszonych na opaskach CORB). Ktoś złośliwie skrót ten rozwinął w słowa: Chasing Officers Round the Boarddecks. (Goniąc oficerów wokół pokładu.) Coś z prawdy musiało być w tej w złośliwości, bo już na początku rejsu obyły się zaręczyny i ślub udzielony „korbisce” Beryl Speirs z brytyjskim oficerem Johonem D. Stevensonem udającym się ze swym pułkiem do Singapuru „... Narzeczona miała białą wieczorową suknię, a jej welon ślubny był własnością najmłodszego pasażera, trzymiesięcznego dziecka. Ślubny pierścionek został wycięty z oksydowanej stali i zagięty przez będącą w ruchu maszynę: za żadne pieniądze nie można byłoby czegoś takiego kupić...” Wspomina koleżanka panny młodej Betsy Sandbach.

   Poważnym kłopotem była epidemia odry, która trwała przez cały rejs. Pomimo trudności załoga dwoiła się i troiła, aby podopiecznym uatrakcyjnić podróż. Został zorganizowany chrzest morski równikowy. Meta Maclean jedna z opiekunek zwróciła się do najbieglej władającego językiem angielskim Mariana Słabosza o przetłumaczenie hymnu polskiego. Ze względu na trudną do zrozumienia przez obcokrajowca a szczególnie przez dzieci zdecydowano przetłumaczyć Rotę. W tłumaczenie pod przewodnictwem Słabosza zaangażowana była liczna grupa. Płatnik Józef Potulicki odegrał na fortepianie melodię, która Maclean zapisała nutowo. Wersja angielska „Nie rzucimy ziemi skąd nasz rod” była gotowa. Przytaczam tylko pierwszą zwrotkę:

„Never we’ll leave the land we love

Her tongue relinquish never!

Polish in nation, blood and kings,

Piast’s line shall live for ever.

 

We shall resist the foeman’s rod

This by the help of God!”

   Po szczęśliwym dotarciu do Australii rozniosła się po Świecie wieść o bezpiecznym i opiekuńczy statku i trwała do końca wojny. Bo co może być piękniejsze od podziękowań i pochwał szczęśliwych dzieci.

Edward.Bernatowicz@wp.pl

07:36, edward.bernatowicz , BATORY
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 października 2005
Zbrukana legenda część II

Król króla - Szaman Morski

Kogo kocha morze?

Jest takie opowiadanie morskie, którego tytułu i nazwiska autora dziś nie pomnę. W małym miasteczku portowym ameryki południowej, żył emerytowany kapitan żeglugi. Ów starszy pan był duszą towarzystwa wśród miejscowych emerytek i emerytów. Autorytet i sławę, szczególnie u leciwych pań, zawdzięczał swym opowieścią przeżytych przygód z dalekich mórz i oceanów. Jego talent erudycyjny i mieszkanie wypełnione morskimi pamiątkami oraz wiszący na ścianie patent kapitański, nie dawał cienia wątpliwości, co do autentyczności gawęd.

W owym czasie na redzie portu zakotwiczył pasażerski statek wycieczkowy. Do kapitanatu portu przybiła szalupa z wiadomością o nagłej śmierci kapitana. Prawo morskie tego kraju wymagało, aby statkiem pasażerskim dowodził kapitan a takiego wśród załogi nie było. Zwrócono się, więc do władz portu o adresy miejscowych kapitanów. Jedynym wolnym był nasz bohater. Próba zatrudnienia na nieszczęsny statek na okres dwóch dni, tyle miała trwać podróż do macierzystego portu, spotkała się z odmową. W rozmowie z agentem armatora emeryt kapitan wyznał w tajemnicy, że ani dnia nie spędził na morzu a patent otrzymał dzięki przyjaciołom młodości zdając egzamin teoretyczny.

„Panie kapitanie na statku jest bardzo dobra załoga nawigacyjna ze starszym oficerem i pod jego rozkazami bez problemów statek dopłynie do portu macierzystego. Pański rola będzie czysto formalna.” – Po takich argumentach nasz bohater wyraził zgodę. Po przybyciu na statek. Jedynym zwrotem, jakiego używał w zakresie nawigowania było. „Panie Starszy niech Pan wydaje rozkazy według swej wiedzy”. Co nie było niczym dziwnym na „pasażerach”. Nasz bohater swój talent i wiedze wykorzystywał w zabawianiu pasażerów ku ich zadowoleniu i niechęci intendenta, któremu przysparzał pracy. Statek bezpiecznie przybił do kei portu docelowego. Kapitan w wspaniałym mundurze wraz z wybranymi pasażerami na mostku przyglądają się manewrom. „Panie kapitanie proszę wydać rozkazy do cumowania.” – Zwrócił się Starzy. – „Niech pan dowodzi.”- Padła jak zawsze odpowiedz. Starszy na podstawie obserwacji czy też informacji od agenta miał wątpliwości, co do faktycznych umiejętności naszego kapitana, a że był przyjacielem intendenta i człowiekiem złośliwym, ciągnął dalej. Panie kapitanie jest zwyczaj na tym statku, że ostatnie rozkazy cumowania wydaje kapitan. Czy założyć cumę dziobowa? – Tak! – Zdesperowany kapitan „poszedł na całość”. Rufową? Tak! - Szpryngi. Wszystkie? – Tak! – Kotwicę dziobową? – Tak! – Kotwice rufową?- Tak! – Kotwice zapasową? – Tak!. Czym więcej „sznurków” przytwierdzało statek do lądu, zbierał się na kei tłum dejmanów wybuchających śmiechem. Załamany i upokorzony nasz bohater opuścił ze smutkiem statek. Lecz w nocy przyszedł potężny sztorm, którego nie przewidziały służby meteorologiczne. W porcie, nie osłoniętym od oceanu, rozpętało się piekło. Zerwane z cum i kotwic statki lądowały na brzegu lub wyrzucane były w morze. Na drugi dzień z poczuciem wstydu i zdziwienia, starszy oficer i pozostali marynarze, zobaczyli przy kej tylko jeden, dumnie stojący statek – ich. To jest jednak genialny kapitan. Jak on to przewidział? – Stwierdzili.

Szósty zmysł?

Na „Arciszewski” oficerowie często przywoływali to opowiadanie jako przykład nieprzewidywalności morza i małości człowieka wobec mocy żywiołu. Kapitan i statek mogą tworzą legendę. Jest takie „coś”, które dane jest niektórym kapitanom, że morze darzy ich swymi łaskami. Może to szósty zmysł, który pozwala wybrańcom zawsze łowić więcej ryb od innych i na okrętach unikać „rozwiązania ostatecznego”, a może to;

Szczęście?

Na początku tego roku w Kołobrzegu krążyły takie marynarskie życzenia. „Nie życzę Ci zdrowia, bo na okręcie „Kursk” - mieli zdrowie. Nie życzę Ci pieniędzy, bo na „Tytaniku” - mieli pieniądze. Życzę Ci szczęścia.” Te krótkie życzenia odzwierciedlają całą głębię pojęcie szczęścia marynarskiego.

Królestwo Szamana Morskiego

Kapitan żeglugi wielkiej Estazy Borkowski zwany Szamanem Morskim. Człowiek, któremu morze było łaskawe. Posiadał szósty zmysł. Miał morskie szczęście. Wielki patriota. Wielki kpiarz. Władał trzynastoma językami. Miał wybitne zdolności w tworzeniu pozytywnej legendy „Batorego” i własnej jako formy ówczesnego marketingu. Postać niepowtarzalna w historii „polskiego morza”. Dowodził po królewsku „Batorym” od pierwszego rejsu do września 1939 roku.

Ówczesny, wydawany w USA „Geograghical Magazine” pisał. „...Eustazy Borkowski kapitan żeglugi wielkiej, kapitan Siedmiu Mórz, Zdobywca Błękitnej Wstęgi Bałtyku, odznaczony wieloma orderami za czyny bohaterskie w pierwszej wojnie światowej...”. Jedną z form dostarczania „atrakcji” pasażerom opisuje świadek i pasażer Melchior Wańkowicz „...Kapitan Borkowski popukawszy w barometr, skombinowawszy, że sztormowa pogoda się kończy, burknął do Meissnera:

- Chodź pan do pasażerów...

- Zaraz tylko kożuch zdejmę.

- Nie, tak jak stoimy.

I zwracając się do marynarza:

-Chluśnij na nas po wiadrze wody!

Wwalili się więc, srogie dwa morsy oceaniczne, tak jak byli na mostku – w butach za kolana, w kożuchach do pięt, w kapuzach, z lunetami na piersiach, z latarkami u pasa. Szli przez grządki stremowanych, zbarowanych paniuś, rozchlapując po dywanach mokrość, ścinając blade światła salonów mroźnym strachem...”, „...Przeszli tak bary, pogrążyli się w labiryncie korytarzy – aż do kabiny biskupa Okoniewskiego.(Omyłka, był to biskup Niemira.) – Ekscelencjo!.. Zagrzmiał Borkowski – zrobiliśmy wszystko, co marynarz powinien uczynić, ale nie ręczę za bezpieczeństwo statku, jeśli Bóg się nie zmiłuje...”.”...Więc Pasterz Morski wnet podjął modły, jakoż i niezwłocznie poczęły się uspakajać odmęty. Nazajutrz podczas lunch kapitan uroczyście potwierdził cud, który się zdarzył na „Batorym””.

Nietuzinkowe zachowanie „Szamana”, jak można wyczytać z materiałów faktograficznych, nie było nieodpowiedzialnym sowizdrzalstwem, lecz bezpiecznym i profesjonalnym działaniem. Współcześni mu marynarze nie zawsze mogli ścierpieć jego popularność u pasażerów i w amerykańskiej prasie.

Ostatni rejs „Batorego” z wolnej Polski

Koniec sierpnia 1939 roku. Zło czaiło się nad wolną Polską. W dniu 24 sierpnia „Batory” wyruszył w planowy rejs 39 do Nowego Jorku. Zgodnie z planem 27 sierpnia zawinął do Cherbourga z 642 pasażerami i 313 ludzi załogi. „Szósty zmysł” Szamana, podpowiedział by tym razem nie płynął najkrótszym, stale przemierzanym szlakiem przez Biskaje, lecz Morzem Północnym wzdłuż wybrzeża Wielkiej Brytanii dalej przez cieśninę Petland mijając słynną bazę brytyjską Scape Flow. Gdy wybuchła wojna „Batory” był „wysoko” na Atlantyku w rejonach trudno osiągalnych przez U-boty. Kapitanowi brytyjskiego, podobnej wielkości statku „Atheni” z 1100 pasażerami na pokładzie, morze wyznaczyło w tym samym czasie los tragiczny. Płynący najkrótszą drogą transatlantyk został storpedowany bez ostrzeżenia i zatopiony w osiem godzin od przystąpienia Wielkiej Brytanii do wojny. W dniu 5 września 1939 przy dźwiękach orkiestry i tłumach na nabrzeżu „Batory” bezpiecznie wpłynął do Nowego Jorku. Żądni sensacji dziennikarze drukowali artykuły o ostatnim rejsie z płonącej Europy i Polski. Wychwalano kapitana nazywając go „...polskim bohaterem morskim szydzącym z okrętów podwodnych...” W neutralnych wówczas Stanach Zjednoczonych, kpiarsko-szyderczy sposób przedstawienia floty niemieckiej i sensacyjne ukazanie rejsu przysporzyło walczącej Polsce więcej sympatii społeczeństwa amerykańskiego niż bohaterska obrona Westerplatte i Warszawy. Właściciele „Batorego” – GAL i konsul generalny RP w Nowym Jorku byli innego zdania. Nie chcieli z różnych względów nagłaśniania pobytu statku w porcie a ponieważ „król króla” „Szaman Morski” kapitan Estazy Borkowski nie podporządkował się tym poleceniom został 22 września 1939 roku „zdetronizowany” poprzez odwołanie ze stanowiska. Odszedł z żalem pozostawiając legendę. c.d.n

Edward.Bernatowicz@wp.pl

09:01, edward.bernatowicz , BATORY
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 października 2005
ZBRUKANA LEGENDA I

Dla mego wnuka Mikołaja

Statki - jak ludzie, rodzą się i giną

a każdy statek ma swą własną duszę

i ma swą dolę szczęśliwą lub tragiczną."

Eugeniusz Wasilewski

 

Część I

 

Nobilitacja marynarza

 

Keja Skweru Kościuszki w Gdyni. „Dar Młodzieży” przygotowany do rejsu obok „dziadek” Dar Pomorza. Do trapu podchodzi ojciec z dziesięcioletnim synem. „Czy mogę pokazać synowi statek? – Pyta oficera wachtowego. Otrzymuje zgodę. Z rozmowy dowiaduję się, że przed piętnastu laty jako praktykant WSM w Gdyni odbył na „Darze” rejs, ze względu na zdrowie musiał zrezygnować z zawodu marynarza. Jest obecnie nieźle prosperującym biznesmenem. Słuchając, z jakim emocjonalnym błyskiem pokazuje statek synowi, miałem wrażenie, że dawny pobyt na pokładzie był czymś więcej niż krótkim epizodem młodości. „Byłem praktykantem na Darze Pomorza”. „Byłem praktykantem na Darze Młodzieży”. Brzmią w ustach marynarzy jak stwierdzenia „Jestem absolwentem Harvard”. Jestem absolwentem Oxford”. Taką nobilitacją wykonywanego już zawodu morskiego jest stwierdzenie „Pływałem jako załogant na Batorym”. „Pływałem jako załogant na Stefanie Batorym”. Dane mi jest znać człowieka morza, który praktykował na „Darze Pomorza” i był członkiem załogi „Batorego”,– mieszkańca Kołobrzegu - Wiesława Hildebranda.

 

„Sanacja moralna” II Rzeczpospolitej

 

Analizując, bez „klasowo-socjalistycznego” komentarza, sylwetki osób tworzących historię gospodarczą i polityczną Polski okresu międzywojennego nie można znaleźć postaci, której Zagłoba mógłby powiedzieć „Zdrajco po trzykroć zdrajco...

Kochany wnuku myślę, że już Twoje pokolenie, jak dorośnie, będzie posiadać dowody, aby użyć tego zwrotu w stosunku do niektórych obecnych „patriotów” rządzących naszą Ojczyzną.

Wertując opracowania i materiały źródłowe traktujące o gospodarce morskiej w II Rzeczpospolitej widać zgodność interesów władzy, państwa i społeczeństwa. Decyzje polityczne rządu, i ustawy sejmowe wspomagały polskich udziałowców w międzynarodowych spółkach żeglugowych obsługujących dochodowe linie. Od chwili odzyskania niepodległości z roku na rok rosła flota pływająca pod polską banderą.(A obecnie według danych CIA w roku 2002 pod polska banderą pływało tylko 14 statków handlowych.) Po medialnej porcji afer gospodarczych i politycznych naszej obecnej codzienności, z jaką przyjemnością czytamy opracowania dotyczących normalności ekonomicznej w gospodarce morskiej, okresu „sanacji moralnej” w Polski. Nawet w „fałszywkach” stalinowsko-socjalistycznych nie można znaleźć nawet cienia podejrzeń o korupcję i sprzeniewierzenie funduszy przez ówczesnych decydentów. Porównując kulturę biznesu okresu międzywojennego i obecną, poczynając od naszego miasta a kończąc na poziomie państwa, ma się wrażenie, jakby po salonach ekonomi poruszało się coraz więcej, fornali w ugnojonych gumiakach pozostawiając po sobie smród ubabranych obornikiem pieniędzy, a my uważamy, że to transformacyjny zapach „Chanel nr 5”.

 

Początki legendy „Batorego”.

 

W roku 1932 Rada Nadzorcza Polskiego Transatlantyckiego Towarzystwa Okrętowego, przemianowanego w roku 1934 na Gdynia-Ameryka-Linie Żeglugowe(GAL), podjęła decyzje o budowie dwóch statków transatlantyckich do obsługi regularnej linii Gdynia-Nowy Jork. Z pośród kilku ofert eksperci wybrali włoska firmę Cantieri Riuniti dell`Adriatico w Monfalcone.

W listopadzie 1933 roku została podpisana umowa na wybudowanie i dostawę dwóch jednakowych stalowych dwuśrubowych statków pasażersko-towarowych o długości 513 stóp 4,5 cala wyposażonych w silniki szwajcarskie Sulzera, dające na próbach prędkość 20 węzłów. Statki miały posiadać 760 miejsc pasażerskich. Termin dostawy ustalono na 20 miesięcy pierwszego i 26 miesięcy drugiego. Nie wnikając w zawiłości rozliczeń finansowych owych czasów istotną sprawa było uwzględnienie w umowie, finansowanie budowy poprzez eksport polskiego węgla dla włoskich kolei żelaznych i eksportu polskich surowców i półfabrykatów dla stoczni. Spłatę statków rozłożono na raty, z których dwie ostatnie przypadały na 1 września 1939 i 1 grudnia 1939 roku. 22 sierpnia 1935 roku zakończono budowę pierwszego statku który otrzymał nazwę „Piłsudski”. Pierwszą próbę ogniowa przeszedł w drugim rejsie do Nowego Jorku. W silnym północnoatlantyckim sztormie ogromne fale spowodowały wiele uszkodzeń w nadbudówce i pokładzie. Stateczność statku okazała się niewystarczająca. Wykrycie w czasie tego rejsu usterek pozwoliło, aby nie powtórzyły się one w drugim bliźniaczym, budowanym jeszcze statku. Nad likwidacją błędów w czasie budowy czuwało dwóch kapitanów żeglugi wielkiej Tadeusz Meissner, późniejszy Kapitan „Batorego” i Jan Godecki. Niemniej nie uniknięto pewnych błędów konstrukcyjnych. Mała odległość nadbudówki od dziobu powodowała, że duże fale sztormowe, a takie na północnym Atlantyku zdarzały się często, z niszczycielską siłą tłukły w szoty i okna pomieszczeń dziobowych powodując uszkodzenia. Jak twierdzi Wiesław Hildebrand ten sam błąd konstrukcyjny popełniono przy budowie niektórych promów Polskiej Żeglugi Bałtyckiej pływających obecnie.

 

Chrzest i wodowanie

 

W narodowej dyskusji na temat nazwy, rozważano propozycje „Kościuszko”, „Paderewski”. Ostatecznie władze państwowe zadecydowały o nazwie „Batory”. W opracowaniach z okresu naszego „wasalstwa radzieckiego” komentowano ten fakt, jako nieliczenia się z opinią Polonii amerykańskiej. Powód nadania takiego imienia był odzwierciedleniem stosunku społeczeństwa polskiego do naszego zaborcy – Rosji i Rosji sowieckiej.

„...Imię króla Batorego, które będzie wyryte na burcie tego statku niech go nauczy, jak być wiernym sługą i dumnym przedstawicielem swego kraju. Życzę mu, aby fale wszystkich mórz i oceanów zawsze były dla niego przyjazne i aby był niezawodnym i miłym schronieniem dla tych, którzy mu się powierzą...”

Słowa te wypowiedziała Jadwiga Barthel de Weydenthal, generalna sekretarka Unii Polskich Związków Obrońców Ojczyzny, odznaczona orderem Virtuti Militari, trzykrotnie Krzyżem Walecznych i Krzyżem Niepodległości z Mieczami, matka chrzestna „Batorego, w dniu wodowania 3 lipca 1935 roku. Do końca wojny słowa te sprawdzały się. W okresie stalinowskich lat pięćdziesiątych było różnie.(O tym w następnych odcinkach.) 17 maja 1935 roku na „Batorym”, dowodzonym przez kpt.ż.w. Eustazego Borkowskiego – „Szamana Morskiego” i I oficera kpt.z.w. Tadeusza Meissnera, obyło się uroczyste podniesienie bandery. c.d.n.

Edward.Bernatowicz@wp.pl

PS W następnych odcinkach między innymi „Batory” jako „koń trojański” z za „żelaznej kurtyny” szpiegostwa broni jądrowej.

07:15, edward.bernatowicz , BATORY
Link Komentarze (1) »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki: