Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
sobota, 23 sierpnia 2008
Alarm! Kapitan za burtą!

ALARM! KAPITAN ZA BURTĄ!

Szanowny Panie Marszałku! Odpowiadając na zapytanie Pana Posła na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej Jana Łącznego... w przedmiocie prowadzonego przez Sąd Rejonowy XXII Wydział Gospodarczy w Szczecinie postępowania upadłościowego Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich ˝Gryf ˝ w Szczecinie, sygn. akt XXII U 12/01, uprzejmie wyjaśniam, co następuje...

...W kwestii wypłaty pracownikom Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich ˝ Gryf ˝ w Szczecinie zaległych wynagrodzeń należy wskazać, iż aktualnie prowadzone jest postępowanie wyjaśniające w tym zakresie. Podjęte zostały czynności zmierzające do ustalenia, w jakiej wysokości zostały wypłacone wynagrodzenia w postępowaniu prowadzonym przed Sądem Federalnym w Kanadzie ze środków uzyskanych ze sprzedaży statków ˝Sagran˝, ˝Aquarius˝ i ˝Admirał Arciszewski˝....

Na taki zapis natrafiłem w dokumentach sejmowych. Ponieważ moja kilkuletnia przygoda morska mijała miejsce na pokładzie m/t Admirał Arciszewski zawsze mnie interesowały losy „Admirała" i innych statków szczecińskiego „Gryfa" nawet, gdy przestał być statkiem szkolnym i stał się statkiem „gryfowskim"


Koniec XX wieku był również końcem pewnej „ery" rybołówstwa dalekomorskiego.

Spotyka się dwóch biznesmenów.

- Zawiążmy spółkę morską - mówi jeden.

- Dobrze - odpowiada drugi

- Ja dam w udziale morze a ty statki.

Z tego dowcipu lat sześćdziesiątych minionego wieku obecnie nikt by się nie śmiał.

Bo kto ma morza ten ma bogactwa.

Vancouver - port bazowy

„Agonia" rybaczenia pod polską banderą dopadła jednostki ˝Sagran˝, ˝Aquarius˝ i ˝Admirał Arciszewski˝ w Vancouver gdzie statki, łowiące na morzu Beringa i morzu Ochockiem, dokonywały zaopatrzenia, remonty i drogą lotniczą zmieniano załogi. Wysłuchując opinii zaprzyjaźnionych ryboli dalekomorskich mam mieszane uczucia, co do stwierdzenia czy to był zaplanowany „mord ekonomiczny" polskiego rybołówstwa dalekomorskiego, czy nieuchronności z powodu rabunkowej eksploatacji łowisk, czy też nieudolności „socjalistycznych" menadżerów transformacyjnych. Mam nadzieję, że kiedyś powstanie IPN ( Instytut Przekształceń Narodowych), który dokona naukowego osądu jak własność socjalistyczna przekształcała się we własność kapitalistyczną. Niektórzy twierdzą, że początki końca PPiUR „Gryf" to niekorzystnie podpisana w 1995 roku umowa z Rosją. Spowodowała ona bardzo znaczący wzrost kosztów firm połowowych oraz ograniczenia połowowe skutkujące spadkiem rentowności. Nie powstał zwarty program w zakresie polityki morskiej, ani też próby renegocjacji umowy międzyrządowej z 1995 roku. Na łowiskach morza Beringa i morza Ochockiego narastała nerwowa atmosfera wśród załóg powodująca nie zawsze zgodne z prawem próby zwiększenia połowów.

Alarm! Kapitan za burtą!

Międzynarodowy akwen na morzu Beringa, ograniczony jest, chronioną strefa amerykańską i rosyjską.. Na wodach ogólnodostępnych tłok. Na odcinku około 20 mil, międzynarodowa flota prawie burta w burtę trałuje ta i z powrotem Jak wspomina Adam Zagrabski rybaczący od 1976 roku

- Ryba nie jest głupia i kryje się za „płotkiem" w strefach chronionych. Trauler koreański „kłusuje za płotek" w strefie rosyjskiej. W eter leci umowny sygnał o rosyjskim kontrolerze. Koreańczyk robi zwrot o 90 stopni. Uciekając niszczy sieci trałujących jednostek.

m/t Amarel otrzymuje na pokład kosztowną przesyłkę zdjęcia satelitarne nielegalnego połowu w strefie amerykańskiej wraz z kwotą kary jaką musi wpłacić armator by trawler nie został aresztowany.

m/t Admirał Arciszewski miał pecha czy też kapitan za bardzo zaufał zatrudnionemu na statku rosyjskiemu oficerowi pokładowemu. Statek trałował w strefie amerykańskiej prawie 10 minut szerokości geograficznej za „płotkiem", gdy został zatrzymany przez US Coast Guard. Po wpłaceniu kaucji przez armatora statek wypływa w następny rejs. Kapitan jest psychicznie wyczerpany.

Pokład pusty, Tylko na rufie rybak oprawie nielegalnie złowionego łososia. Odruchowo spojrzał za burtę.

- ALARM! Człowiek za burtą!

Dzwonki alarmowe. Szalupa na wodzie! Statek zatacza krąg i niedoszły samobójca na pokładzie. Kapitan nie wytrzymał nerwowego stresu i wyskoczył za burtę i tylko dzięki rybakowi na rufie nie skończyło się to tragicznie.

Okręt podwodny w sieci

Morze Ochockie Rosja robi wszystko by wygonić polskie jednostki z tego łowiska. Wyłączanie akwenów pod pretekstem przeprowadzanych manewrów i ćwiczeń. Aresztowania polskich jednostek pod pretekstem naruszenia stref i limitów. Przypisywano w owym czasie te zachowania nieudolności naszego rządu w prowadzeniu negocjacji i podpisaniu odpowiednich umów z rządem rosyjskim. Obserwując obecnie poczynania Rosji wydaje się, że to był element realizacji nowej formy dominacji w świecie.

„Dyktatura Caratu" przekształciła się w „Dyktaturę Proletariat" a obecnie przekształca się w „Dyktaturę Ekonomiczną" wspartą armatami (Gruzja).

m/t Amarel idzie pod trałem. Szarpnięcie.

Cała Naprzód!

Manetka prędkości wychylona maksymalnie. Pomimo to statek traci prędkość i jakaś potężna siła cofa go. Po kilku minutach na powierzchnię wynurza się za rufą potężne cielsko rosyjskiego okrętu podwodnego.

Ostanie dni floty PPiUR „Gryf"

Brak konkretnych decyzji rządowych, może świadome działania dyrekcji, powoduje, że rośnie zadłużenie przedsiębiorstwa. W styczniu 2001 roku następuje to, co nieuchronne ˝Sagran˝, ˝Aquarius˝ i ˝Admirał Arciszewski˝ zostają aresztowane w porcie Vancouver w Kanadzie. Ze stuosobowej załogi do kraju ma wrócić siedemdziesiąt ma pozostać szkieletowa. Załoga słusznie nieufna likwidatorowi „Gryfa" i zwraca się o pomoc do Międzynarodowej Federacji Transportowej (ITF) co daje im pewne gwarancje otrzymania zaległych wynagrodzeń.

Jak wspomina Adam Zagrabski załogant ˝Aquarius"

- Dzięki ITF i pomocy Polonii z Vancouver udało się nam odzyskać nasze wynagrodzenie.

Były okresy, gdy nie mieliśmy, co jeść i brakowało paliwa do agregatów. Syndyk „Gryfu" próbował w sądzie wywalczyć by za sprzedane trzy statki wypłacić w pierwszej kolejności zadłużenie przedsiębiorstwa. Stwierdzenie sędziego było jednoznaczne

- W pierwszej kolejności ma otrzymać załoga. Po prawie roku procesu wszyscy, załoganci którzy dochodzili swych roszczeń w sądzie kanadyjskim otrzymali wynagrodzenie.

Jak wskazuje notatka zapytania sejmowego, pozostali którzy dochodzili swych roszczeń w sądach polskich jeszcze w 2005 roku nie otrzymali wynagrodzenia. Czy otrzymali w ogóle? Trudno powiedzieć.

Refleksja

Czytając artykuł dr Wojciecha Pelczarskiego w „Wiadomościach Rybackich" natrafiłem na takie stwierdzenia

w trakcie pobytu na „Lafayette" odwiedzałem szereg statków zdających rybę mrożoną. Między innymi byłem w kilkudniowym rejsie na pokładzie m/t "Kapitan Bolsunovskij', który to statek okazał się być dawnym polskim „Sagranem" z szczecińskiego „Gryfa."

..."Drugim ex-polskim statkiem, który spotkałem w trakcie przeładunków był „Germes" (Hermes), dawny „Aquarius" też z szczecińskiego „Gryfa", należący obecnie do firmy„DALWEST" z Nachodki."

Co z m/t Admirał Arciszewski? Jak mi powiedział Adam Zagrabski kupił go armator z RPA.

Edward Bernatowicz

 

18:56, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Komentarze (9) »
czwartek, 23 listopada 2006
Śmierć marynarza

            W świecie szczurów lądowych w latach, gdy „partia i naród” budowały państwo „szczęśliwości socjalistycznej”, dominowała opinia, że rybacy i marynarze to tęgie pijusy. Jak była prawda? Z moich obserwacji wynikało, że statystycznie średnio wypijali oni dużo mniej niż przypadało to z przydziału kartkowego na lądzie. Dlaczego więc taka opinia? Chyba, dlatego, że szarą codzienną rzeczywistość marynarza i rybaka wdziało tylko morze, a szczury lądowe kształtowały opinię o nich w knajpach wczasowych Kołobrzegu, Świnoujścia i innych miejscowości nadmorskich, co nie oznacza, że wśród załóg pływających nie było nałogowych alkoholików zdarzało się to również wśród kapitanów. Jak jest obecnie? Co pewien czas media o tym informują.

            Mój pierwszy rejs zagraniczny na „Admirale”. Reprezentuję dyrekcję Zespołu Szkół Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu.

Kanał Piastowski.- Bałtyk. - Śluza Kanału Kilońskiego w Kiel-Holtenau.

W czasie, gdy w śluzie wyrównują się poziomy wody, agent handlowy przyjmuje zamówienie na towary wolnocłowe, po przepłynięciu kanału w Brunsbüttel na kei czekają ładnie zapakowane w kartonach. - Elba. - Morze Północne wyjątkowo spokojne. - Wieczór.- Na pokładzie zatrzymuje mnie bosman pokładowy.

- Panie dyrektorze może odwiedzi pan naszą kabinę.

- Dobrze – odpowiadam, dwaj bosmani na Arciszewskim to najbardziej doświadczeni rybacy od nich można się najwięcej usłyszeć morskich opowieści.

- Kiedy? – Pytam.

- Może za godzinkę?

- Będę.

Pukam. W ciasnej kabinie stolik zastawiony wędlinami Baltony i potrawami z ryb, przygotowanymi przez rybaków. Na statkach polskich rybackich takie wyżywienie było rzeczą normalną. Oczywiście potrawy z ryb, rybacy przygotowywali sami. Kucharz okrętowy nie miał na to czasu. Oprócz bosmanów, obecni są dwaj mistrzowie z przetwórni. Od tej czwórki ludzi zależ bardzo dużo. To oni bezpośrednio nadzorują pracę praktykantów.

- Chyba pan wypije z nami kilka kieliszków. Koledze właśnie przed wpłynięciem urodził się syn.

Mam wewnętrzne wątpliwości. Lecz nie wypada odmówić.

- Mamy tu specjalnie dla pana świetny koniak, którego na pewno pan nie pił. My będziemy pić naszą Wyborową. – powiedział jeden z bosmanów stawiając na stoliku butelkę koniaku z pięknymi napisami. Wydawało się wówczas, że wymienił z mistrzem porozumiewawcze spojrzenie, ale nie przewiązywałem wówczas do tego uwagi. Poczułem się wewnętrznie dowartościowany. Tacy wytrawni zejmani częstują mnie takim trunkiem, który pity na lądzie jest przez cinkciarzy, badylarzy i innych kombinatorów, sami raczą się naszą zwykłą Wyborową. Wieczór upłynął w miłej atmosferze, kabinowych, morskich, opwieści. Tylko, co chwilkę miałem nalewane do kieliszka. Przy tak świetnych zakąskach początkowo nie odczuwałem działania trunku. Po trzech godzinach podziękowałem i poszedłem do swoje kabiny ułożyłem się wygodnie i zasnąłem.

Obudził mnie w nocy straszny ból głowy i palpitacje serca. Miałem uczucie, że zaraz umrę. Takie czegoś nigdy w życiu nie doświadczyłem.

- Cholera! – Pomyślałem - to chyba zawał? Niemożliwe przecież przed wpłynięciem robiłem świadectwo lekarskie na pływanie. Wynikało z niego, że serce mam jak dzwon.

Wstałem napiłem się wody mineralnej. Psychiczne i fizyczne uczucie umierania nie ustępowało.

- Może to kac? – Pomyślałem.

- Po takiej ilości koniaku z taką zagrychą. Niemożliwe.

            Straszne uczucie, bliskiego mego końca, nie ustępowało. Wprost przeciwnie. Za ścianą jest kabina lekarza. Po mimo nocy stukam do drzwi.

-Jurek otwórz, bardzo źle się czuję.

- Co się stało, że budzisz mnie po nocy?

- Coś się ze mną nie dobrego dzieje, chyba zaraz umrę..

- Ściągaj koszulę. – Osłuchał. Zmierzył ciśnienie i puls.

- Tak na marginesie, gdzie byłeś wieczorem. Zaglądałem do twojej kabiny. Nie było ciebie. – Zapytał w trakcie badania.

- Byłem u bosmanów.

- Może częstowali ciebie koniakiem?

- Tak.

- Śmierć marynarza – powiedział skończywszy badania i składając słuchawki.

- Jurek ratuj! Co to za choroba? – Zawołałem przerażony.

- To nie choroba to tak nazywają marynarze koniak, który piłeś – powiedział śmiejąc się. – Jest to najpośledniejszy koniak jak można kupić w kanale. Po jego wypiciu, gdy jeszcze dojdzie bujanie, a dzisiaj jest jakaś szóstka, marynarze mają uczucie umierania. Oczywiście to się zdarza czasami, gdy statek wraca do kraju, po kilku miesiącach, w kanale kupują ten szajs, piją, wyczerpane organizmy szybko reagują. Marynarze twierdzą złośliwie, że trunek ten produkuje firma niemiecka, która w czasie wojny produkowała gaz Cyklon.

- No, ale bosmani cię załadowali. Już widzę jak załoga ma ubaw z ciebie. Do wieczora wrócisz do normy – zakończył dając jakąś tabletkę do wypicia.

Od rana, pomimo psychicznego dołka, z uśmiechem pokonywałem przepastne pomieszczenia statku. Nie dziwiły mnie liczne pytania, od rybaków począwszy na oficerach kończąc.

- Panie dyrektorze jak pan się dzisiaj czuje?

- Bardzo dobrze – odpowiadałem z maskującym uśmiechem. Czułem wewnętrzną satysfakcję widząc ich zdziwione miny.

14:33, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 listopada 2006
Żółta łódź podwodna

            W Andrzejki opuściliśmy Agadir. Mechanicy mieli problem. Powyżej maszynowni chłodniczej a poniżej linii wodnej, pod pokładem głównym, znajduje się pomieszczenie przeznaczone na świetlicę i bibliotekę. Stwierdzono przeciek. Pomimo pracujących pomp utrzymywał się poziom od pięciu do dziesięciu centymetrów wody za burtowej. Wody nie przybywało ani ubywało. Mechanicy dwoili się i troili, by znaleźć powód usterki. Wśród rybaków jest dwóch Andrzejów. Jedynie zalane pomieszczenie spełnia warunki odizolowania od kontaktu z pomieszczeniami praktykantów.

            Solenizanci zwrócili się do kapitana o wyrażenia zgody na zrobienie w świetlicy „spotkania towarzyskiego”.

- Ale tam jest woda? – zwrócił uwagę „Stary”.

- Nie szkodzi. Nam to nie przeszkadza przy tym afrykański upale przyjemniej będzie moczyć nogi w wodzie.

            Ja również otrzymałem zaproszenie na owe andrzejkowe spotkanie. Obiecałem zajrzeć. Po kilku godzinach, gdy uporałem się z swoimi obowiązkami. Zeszedłem na dół. Uchyliłem drzwi.

            Widok robił wrażenie. Na podłodze w rogu pomieszczenia siedział w wodzie, oparty o szoty, jeden z solenizantów. Drzemał pochrapując. Przy stoliku, z podwiniętymi nogawkami z czołem spoczywającym na rękach, leżącymi na blacie, spał drugi. Przy sąsiednim stoliku również z podwiniętymi nogawkami rybak Zenek i Sylwek analizowali jakieś dawne wspomnienie pokrzepiając się marokańskim winem z gatunku mózgotrzep, z półnagą kobietą na etykietce. Na stołach walały się resztki pokonsumpcyjne.

            - Kurwa, mówię Ci to było na Walvis Bay – przekonywał Zenek.

            - Pierdolisz! Nieprawda, to był Georges Bank – upierał się Paweł.

            Na łagodnych przechyłach fali, woda chlupała, obmywając stopy biesiadników. Płynąca z adapteru, typu „Babino”, piosenka „Żółta łódź podwodna”, dopełniała niesamowitą atmosferę. Dyskretnie, niezauważalnie zamknąłem drzwi i wróciłem do swojej kabiny.

 

17:09, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 sierpnia 2006
Jak Stasio Radio był p.o. lekarz okrętowy.

Skuteczna metoda usuwania wrzodów

Do Stasia przyszedł rybak Sylwek chłopisko metr osiemdziesiąt ponad sto kilo wagi, znany z niejednej rozróby w portowych knajpach. Na prawym jego przedramieniu dojrzał do przecięcia duży wrzód. Znając porywczość i nieobliczalność pacjenta nasz p.o. lekarz wiedział, że w trakcie przecinania może oberwać.

- Pokaż to świństwo – zaczął oglądać czyrak.

- Słabo widać – powiedział, otworzył drzwi na korytarz dyskretnie wziął klucz od kabiny. Manewrując potężnym ciałem, pod pozorem lepszego oświetlenia, doprowadził do sytuacji, że ręka z czyrakiem i Stasiu znaleźli się na korytarzu a właściciel ręki w kabinie. Jedne błyskawiczne uderzenie otwartą dłonią i wrzód pękł. Błyskawiczne zamknięcie drzwi i przekręcenie klucza. Z kabin dobiegł wściekły ryk i łomot do drzwi.

- Ja cię kurwa zabiję – usłyszał.

Stasiu spokojnie i bezpiecznie spoza drzwi zaczął przekonywać rybaka, że był to najszybszy i najmniej bolesny zabieg przecięcia wrzodu. „Operowany” po chwili dał się przekonać i można było otworzyć kabinę i opatrzyć przedramię.

Szkodliwy wpływ palenia papierosów na męskie „klejnoty”

Gdy zobaczył tego pacjenta o mało nie wybuchnął śmiechem. Przyprowadzony przez kolegę rybak miał spuszczone spodnie opalone: tyłek i męskie klejnoty. Rybak Leon miał tą słabość, że lubił zapalić papierosa przy załatwianiu potrzeby fizjologicznej. Po pozbawieniu organizmu z niepotrzebnego balastu jak zawsze przed podciągnięciem spodni, wrzucił za siebie do muszli niedopałek. Nagły gejzer ognia zakatował od dołu nieszczęśnika.

Wcześniej malowano sanitariaty resztki farby i rozpuszczalnik zostały wylane do muszli klozetowej, z przesadnej oszczędności wody, nie zostały one spłukane.

Gdzie jest Mekka?

     Najwięcej satysfakcji miał Stasiu, gdy pełnił funkcję p.o. lekarza w rejsach z załogą mieszaną polsko - senegalską. W ramach umowy międzypaństwowej Polski i Senegalu, za prawo połowów w strefie ekonomicznej Senegalu na polskich statkach zamustrowano pewien procent Senegalczyków. Nie zawsze polskie załogi były przygotowane do wspólnego bezpośredniego zajmowania przestrzeni z tak inną mentalnością, kulturą i sposobem życia. Stwarzało to sytuacje ciekawe, humorystyczne a nawet ostro konfliktowe. Większość czarnoskórych załogantów było wyznawcami islamu. Przy każdej codziennej modlitwie nawigacyjny oficer wachtowy podawał dokładnie strony świata i kierunek gdzie znajduje się Mekka.

Zupa mleczna z octem

     Mesa załogowa przygotowana do śniadania na stołach tradycyjne ustawione: pieprz, magii, ocet, sól, cukier i inne przyprawy. Na śniadanie jest między innymi zupa mleczna. Polscy marynarze są zaskoczeni sposobem przyprawiania zupy przez Afrykańczyków. Do zupy mlecznej po kolei zostają dodawane wszystkie przyprawy, jakie znajdują się na stole. Na zakończenie łyżka stołowa cukru. Próby odwiedzenia od profanacji zupy mlecznej nie odnoszą skutku. Zupa zostaje ze smakiem skonsumowana. Stasiu oczekuje pacjentów. Nic podobnego nikomu mleczno-przyprawowa potrawa nie zaszkodziła.

Muuu... i kwiii...

     Przestrzegania zasady nie jedzenia mięsa wieprzowego spoczywało na stewardach polskim i senegalskim. Wyznawcy islamu chętnie jedli wieprzowinę pod warunkiem że podający potwierdził potrawę dźwiękiem - muuu , - muuu... On brał na siebie grzech wynikający z Koranu. Czasami w trakcie posiłku jakiś złośliwy polski rybak wydał dźwięk – kwwwiii, kwwwiii... Czarni załoganci gremialnie rezygnowali z dania mięsnego nawet, gdy nie była to wieprzowina.

Ja być chora, doktor dać mi tabletka

     Stasiu cieszył się u czarnoskórych rybaków autorytetem prawie większym niż kapitan. Powodem tak dużego szacunku i poważania była jego dodatkowa funkcja p.o. lekarza. Codziennie w wyznaczonych godzinach w statkowym ambulatorium zakładał biały fartuch i przyjmował pacjentów.

Wspominał po latach:

- Większość z nich nigdy w życiu nie miało kontaktu z lekarzem i nie korzystali z farmaceutyków. Zwykła polopiryna w ich organizmach działała jak najlepszy antybiotyk.

Lecz najczęściej pacjenci przychodzili do ambulatorium zdrowi mówiąc:

- Ja być chora, doktor dać mi tabletka.

Stasiu z powagą godną profesora Akademii Medycznej, badał i podawał witaminę. Pacjent łykał i w natychmiast zdrowiał.

17:24, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 lipca 2006
Rybol potrafi

     Na początku lat siedemdziesiątych, gdy „Polska miała rosnąć w siłę a ludzie żyć dostatnio” przypadł wzmożony okres prowadzenia badań pseudonaukowych, które miały uzasadnić słuszność i nieomylność, polityki władzy ludowej.

     Próbowano również prowadzić badania naukowe uzasadniające nieszkodliwość dla zdrowia, ponad półrocznych rejsów na łowiskach dalekomorskich.

     Doktorowi psychologii udało się załatwić udział w takim rejsie. Pan doktor miał badać wpływ czasu pobytu w morzu, na psychikę i zachowanie załogi. Uzbrojony w notatniki tabele i ankiety, zamustrował się na trauler pełen naukowego zapału. Lecz „Psychol" – taki pseudonim nadała mu załoga, popełnił błąd, spowodował, że do załogi dotarła informacja, w jakim celu im towarzyszy.

     - Co? Jakiś mól uniwersytecki, będzie określał stopień naszego zidiocenia? Honor, rybola na to nie pozwoli.

     Bez zmowy i uzgodnień cała załoga przyjęła standard „ładowania” Psychola.

     Rybak dalekomorski, pomimo pozorów, idiotą nie jest. Oczytany, znający wielki świat, mający czas na przemyślenia. Jest mistrzem w praktycznym stosowaniu psychicznego „ładowania”. Dodatkowo biorąc po uwagę zmniejszoną sprawność i czujność umysłową, spowodowaną pobytem na morzu, ten rodzaj „rozrywki” jest często uprawiany miedzy członkami załogi. Każdy musi być na to przygotowany. Przybiera to nieraz formy okrutne, jeżeli załogant zdradzi swą słabość tak jak – zazdrość małżeńska. W przypadku załogantów, gdy podmiot „ładowania” jest zmienny i jest świadomość, że i ty możesz nim być, jest dostrawienia

Straszne bujanie

     W przypadku Psychola wszystkie „siły środki” zostały skierowane na niego.

     Końcowy odcinek Kanału Kiloński. Rozpoczyna się testowanie Psychola. Posiłek w mesie oficerskiej. Widząc, że naukowiec nie za bardzo znosi drobne kiwanie w kanale, Starszy puszcza dyskretne oko do Radzika:

     - Panie Radio jak tam komunikaty pogodowe na Północnym.

Radio szybko zaskoczył.

     - Ostrzeżenie przed silnym sztormem. Dziesiątka w porywach do dwunastu. Za dwie godziny jak wyjdziemy z kanału będzie niewesoło.

     Rozgorzała poważna dyskusja współuczestników posiłku, jakie to straszne bujanie może być na Północnym.

     - Panie doktorze nie smakuje panu goloneczka?

     - Nie, nie jestem głodny.

Morze Północne, stan morza i wiatru dwa do trzech. Ot takie spokojne pływanie. Przez cały dzień doktor nie przychodzi na posiłki. Bo choroba morska to bardziej stan umysłu niż stan organizmu.

Wyjący do księżyca

     Dzień po dniu, godzina po godzinie, mila po mili statek pokonuje drogę na łowisko. Morze Północne, Kanał la Manche, Biskaje na lewym trawersie pozostaje przylądek „Ciepłych Gaci”. Wpływając z kraju w jesienno - zimowe chłody po minięciu tego miejsca można ciepłe ubranie odłożyć do szafy.

     Organizm dr Psychola zaadaptował się, do morskich warunków. Pozornie wydaje się ze wszystko przebiega zgodnie i normalnie. Podpatruje, podpytuje obserwuje i zapisuje. Zdawałoby się, że załoga go zaakceptował. - Nic błędniejszego. - Przyczaiła się do następnej okazji.

     Gorąca księżycowa noc atlantycka. Szybka zmiana z zimowych temperatur na upały nie dają spać. Doktor na mostku towarzyszy Drugiemu na wachcie. Półmrok rozświetlają światełka wskaźników i lampek kontrolnych. Przy sterze rybak trzyma kurs. Inny „na oku”, na skrzydle, wypatruje morze. Radar i urządzenia elektroniczne cicho szemrzą. Drugi siedzący na wysokim fotelu, przymocowanym do podłogi na sztywno obok radaru, śledzi ekran. Ot taka normalna spokojna wachta.

     Monotonię przerywa wycie dochodzące z dziobu statku. Załoganci pełniący wachtę nie reagują, zajęci swoimi czynnościami, jakby nic się nie działo. Zaskoczony doktor spogląda przez okno. Na pokładzie w świetle księżyca widać postać w piżamie z podniesionymi rękami wyjąca do księżyca. Zaskoczony i zdziwiony:

     - Co on robi?

     - Kto?

Psycholog wskazuje na dziób

- Aaa...To motorek, u niego to normalne ma od czasu do czasu do czasu takie napady, wstaje w nocy idzie na pokład powyje przez pięć dziesięć minut i idzie spać. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni – udzielił wyjaśnienia Drugi. Powaga, z jaką mówił i potakujące zachowanie pozostałych obecnych na mostku, przekonały naukowca o prawdziwości zdarzenia. By umocnić odczucia badacza, psychik rybaków, jeszcze kilkokrotnie urządzono taki spektakl.

Zadzwońcie po taksówkę

     Trauler dotarł na łowisku. Rozpoczęło się żmudne „robienie ładunku”. Psychol zaczął wyczuwać, że coś tu nie gra w jego stosunkach z załogą. Jego umysł naukowca zaczął się gubić gdzie jest zachowanie „normalne” rybaków a gdzie jest „ładowanie”.

     Obiad. Załoga pałszuje odbijacze – kotlety mielone. W zależności od numeru sita, przez które zostało zmielone mięso ma przypisaną finezyjną nazwę, rybacy określali krótko np. sito nr 5.

     Otwierają się drzwi do mesy. Staje w nich rybak Cezary. Jest ubrany w nieskazitelnie wyprasowany elegancki garnitur, biała czysta koszula, modny krawat, wypastowane buty. Na głowie kapelusz w ręku angielska parasolka.

     - Niech no, który zadzwoni po taksówkę. Mam dosyć rybaczenia. Musze wyskoczyć na dobę do burdelu.

     Zachowanie Cezarego przyjęto zostało z oczywistą normalnością. Ci, co nie byli wtajemniczeni w ową „zgrywę” od razu zaskoczyli. Tylko doktor z naukową ciekawością i zaskoczeniem przyglądał się załogantom.

     - Panie Czarku zaraz to załatwimy – Pierwszy Oficer podszedł do teflonu wewnątrz statkowego.

     - Mostek! Wiesiek wezwij taksówkę. Pan Czarek tradycyjnie chce jechać do burdelu.

     ...

     - Tak.

...

- Za pół godziny? Dobrze.

...

     - Panie Czarku, niech pan idzie na mostek za pół godziny przyjedzie taksówka.

     - Pan Czarek się zgrywa? – zapytał logicznie myślący Psychol, po wyjściu rybaka.

     - Ależ panie doktorze – poważnie wyjaśniał siedzący obok Radzik – pan Czarek ma takie niegroźne ataki, pójdzie na motek po około dziesięciu do dwudziestu minutach, przejdzie mu wróci do kabiny i będzie jak inni.

     Po następnych kilku podobnych numerach, pan doktor poprosił kapitana o załatwienie powrotu do kraju przed ukończeniem badań. Wracający z łowiska do kraju statek zabrał badacza stanu „zidiocenia” rybaków w długich rejsach.

05:58, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lutego 2006
Sztormowanie na Atlantyku

Drugi rejs „Arciszewskiego” a mój pierwszy. Reprezentuję w tym rejsie dyrekcję szkoły. Okolice Azorów. Sztormujemy. Moja kabina znajduje się na śródokręciu i najmniej narażona jest na kiwanie. Mam koję wzdłuż statku i kanapkę w poprzek. Pomimo zmęczenia nie śpię. Idę na mostek. Wyczuwam moment jak statek spada w potężną dolinę atlantyckiej fali i jak piórko pokonuję schody między pokładami. Pierwszy raz statek znajduje się w takich warunkach. Kapitan Kozłowski na mostku, nerwowo pali papierosa za papierosem. Stoi oparty o balustradę otaczającą sonary i sondy rybackie. Prawą ręką podtrzymuje łokieć lewej, którą prawie nie wyjmuje papierosa z ust. Dla mnie jest wszystko nowe i emocjonujące. Moja świadomość grożącego niebezpieczeństwa jest mizerna.

- Ale piękny sztorm – rzuciłem idiotycznie.

Stary coś powiedział do stojącego obok Drugiego tak bym nie dosłyszał w ryku oceanu i jękach walczącego o przetrwanie statku.

Po wachcie Drugi dał mi wykład na temat sztormowania i zachowań różnych statków w takich warunkach. Każdy statek, w każdym sztormie, walczy o przetrwanie. W sztormowaniu najważniejsze jest by pracował silnik główny, był sprawny ster i statek znajdował się daleko od brzegu, raf i płycizn. Przy pomocy steru i pracującego silnika ustawia się statek dziobem prawie prostopadle do fali. Prędkość statku względem dna może być przy sztormowaniu nawet ujemna – statek może się cofać. Budowa statku ma również wpływ na jego zachowanie w czasie sztormowych warunków. Kształt i wysokość dziobu decyduje czy zagarnia jak łyżką fale czy też przepuszcza nad sobą. Odległość nadbudówki od dziobu decyduje o tym czy sztormowe fale tłuką o nią czy tez przykrywają. Przykre doświadczenie miał z tym problemem nasz flagowy „Batory”, na którym atlantyckie fale sztormowe roztrzaskały okna w nadbudówce, położonej za blisko dziobu, raniąc marynarza. Pomimo rozwoju nauki i techniki stoczniowej ostatecznym sprawdzianem jest praktyczne zachowanie się statku na fali. Daje ono odpowiedz czy uderzenie nagłej bocznej fali nieodwracalnie go położy czy też statek wyprostuje się jak piłka będzie unosił się na fali. Pierwsze obserwacje wykazały, że m/t „Admirał Arciszewski” jest statkiem bezpieczny, co potwierdziło się w dalszych rejsach.

- Co ci powiedział Stary na mostku? – zapytałem na końcu wykładu.

- Że jesteś idiota albo nieświadomy sytuacji.

W duchu przyznałem mu rację.

Wredne dźwięki

 

Atlantyk nie popuszczał swego sztormowego zbełtania, jakby specjalnie chciał mi dać mi nauczkę za głupie stwierdzenie. Przygotowałem koję do snu. Włożyłem sztormdeski. Obłożyłem się podgłówkami. Pozycja bokiem z podkurczonymi nogami wspartymi z jednej strony o szot z drugiej o sztormdeskę. Zmęczony organizm już prawie przyzwyczaił do wzdłużnego bujania góra dół, góra dół. Zaraz nastąpi upragniony sen. Słuch i umysł zaakceptował wszystkie dźwięki jako stan normalny. Do mózgu przechodzącego ze stanu rzeczywistego do snu dotarło lekkie

 

 - puk, puk – lekceważe.

 

Po chwili, wśród wycia wiatru na pokładzie, brzęku statkowych blach, uderzeń bryzgów fal i nawałnicy o burty i okna nadbudówki, leciutkie prawie nie słyszalne

 

 - puk, puk - umysł zaczyna powoli analizować.

 

Co tam jakieś - puk, puk. Przetrzymam i zasnę.

 

 - Puk, puk - dochodzące z okolic biurka. Chęć snu słabnie.

 - Puk, Puk - narasta zdenerwowanie.

 - Puk, Puk! - wściekłość.

 

 - Puk!,Puk! - brzmi w mózgu jak strzały z pistoletu.

 

 - Puk!!, Puk!! - mózg szaleje.

 

Zrywam się!

 

Światło!

 

Nasłuchuję!

 

- Puk!!!, Puk!!! - z biurka.

 

Jedna szuflada – papiery!

 

Druga – nic!

 

Przeglądam całe biurko - nic!.

 

Nasłuchuję!

 

- Puk!!!!, Puk!!!! – z nieokreślonego miejsca biurka. Mam dość snu i - puk, puk. Ubieram się i idę do sterówki słowni. Wachtę ma Jurek Tatoń – II mechanik. Opowiadam mu o swojej ułomnej odporności na dźwięki.

 

- Człowieku to nie tylko ty tak reagujesz. Cykliczne dźwięki nawet bardzo ciche z nieznanego źródła mogą wykończyć nawet najtwardszego zejmana. Zjawisko te jest dobrze znane i czasami wykorzystywane przez złośliwców.

 

Zemsta stoczniowców

 

     W czasie budowy statku zdarza się, że przydzielony przez armatora oficer do nadzoru, zazwyczaj później pływa na budowanym  statku, przesadza w gorliwości i czepia się stoczniowców o byle duperelę. Oczywiście oni wiedzą, na jakim stanowisku będzie pływał i gdzie będzie jego kajuta. W czasie montowania sufitu w jego kabinie wkładają w pustą przestrzeń nad nim jedną lub dwie kulki większego łożyska. Zabudowują. Przy spokojnym morzu nie jest to do wykrycia, lecz gdy przyjdzie większe bujanie lub sztorm, przetaczająca się metalowa kulka nad sufitem nie pozwoli nikomu zasnąć w takiej kabinie. Jedyny sposób to rozebranie sufitu.

 

Zemsta rybaków

 

     Kapitanowie są rożni. Kapitan „Gnida” na jednym ze statków rybackich za bardzo wyżywał się na rybakach Kaziku i Przemku.

 

- Trzeba będzie  zrewanżować się – w tajemnicy zwrócił się Przemek do Kazika – zorganizuj kilka niepotrzebnych kluczy do szafek i kilka metrów sznurka.

 

Klucze zostały przywiązane do jednego końca sznurka. Następnie nocą dwaj spiskowcy spuszczają je przez wylot wywietrznika, prowadzącego do kabiny Starego, kilkanaście centymetrów nad kratkę w suficie. Drugi koniec przywiązali u góry w sposób niewidoczny. Przyszło większe kołysanie. Kapitan został podany monitoringowi spiskowców. Odliczają czas. Teraz powinien "mierzyć koję". Po kilkunastu minutach zjawia się zdenerwowany na mostku. Na drugi dzień wzywa rybak – pełniącego zarazem funkcję konserwatora by sprawdził co jest źródłem dźwięków. Niestety Sposób umiejscowienia kluczy powodował, że ten cykliczny, niemożliwy do określenia, hałas był roznoszony na całą metalową część nad sufitem. Od tego czasu do końca rejsu w czasie sztormu i większego bujania kapitan spędzał czas na mostku.

 

Wracam do swojej kabiny ze wszystkich szuflad wyjmuje papiery i dokumenty nic niema tylko w biurku leży, nie zauważony wcześniej, klucz do biurka. Przyglądam się. Końce skrzydełek klucza są cieńsze niż środek. Zamieniam się w słuch. - puk, puk - leciutko uderza, przy przechyłach na fali, raz jedno, raz drugie skrzydełko o dno szuflady.

Edward.Bernatowicz@wp.pl

06:41, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 lutego 2006
Towarzysz PANPALIT

   Kochany wnuku, musisz wiedzieć, że każdy system totalitarny, nim swą siecią omota i ubezwłasnowolni społeczeństwo, musi mieć jego przyzwolenie. Prawie zawsze powodem jest dążenie ludzi do lepszego i godnego życia. Im trudniejsze jest życie, tym łatwiej pozyskać kłamliwymi i utopijnymi hasłami naród, a czasami i narody. Wirusy totalitaryzmu krążą w każdym państwie. Gdy zaczyna brakować chleba, zaczynają się mnożyć. Mogą być koloru brunatnego, czerwonego, dwukolorowe lub inne. W porę nie leczone wybuchają epidemią, która niszczy społeczeństwo przez wiele lat. Gdy przychodzi czas realizacji nierealnych obietnic, należy znaleźć wroga zewnętrznego i wewnętrznego i zakodować go w wypranych mózgach.

Internacjonalistyczna socjotechnika.
   Spośród wielu socjotechnik sprawowania władzy przez totalitaryzm zwanym „socjalistycznym”, „komunistycznym” czy też „moskiewskim”, była dość perfidna i przewrotna zasada zwana „internacjonalizmem socjalistycznym”. Głosiła zadekretowaną przyjaźń między narodami, a izolowała poszczególne społeczności i narody w kontaktach bezpośrednich. Całe narody przymusowo przesiedlano. Rosjanom wmawiano, że ich trudności i bieda to przez pomoc Polakom i innym narodom, my natomiast wiedzieliśmy, że to nas okradano z naszych dóbr narodowych. Polscy i rosyjscy marynarze mieli możliwość, w bezpośrednich kontaktach, na wodach i w portach wolnych narodów zrewidować swój osąd.
   Okrężnicowy parasol.
   Lato roku 1980. Fiord w Szkocji. m/t Admirał Arciszewski przypłynął kupować i mrozić makrelę łowioną przez sejnery. Nazwa sejner, związana jest z techniką łowienia okrężnicą. Niewód okrężny, bo taka jest poprawna nazwa tej sieci, ma kształt bardzo wydłużonego prostokąta. Górna część jest mocno uspławniona pływakami. Dolna posiada pierścienie, przez które przechodzi stalowa lina. Siecią otacza się ławicę ryb. Utworzony cylinder bez dna przez ściąganie stalowej liny przekształca się w potężny parasol, zwrócony ku dołowi. Następnie skoncentrowaną rybę przy pomocy pomp i rur średnicy pół metra pompuje się do zbiorników. Z ładunkiem sejner cumował do burty „Arciszewskiego”. Bomem i czerpakiem z sieci, porcjami ponad półtonowymi przeładowywano na pokład. Największa okrężnica, jaką zastosowano w Norwegii do roku 1977 miała tysiąc pięćset metrów długości i dwieście metrów szerokości (wysokości), ciężar wynosił około dwadzieścia pięć ton i kosztowała osiemdziesiąt tysięcy dolarów. Nas zaopatrywały jednostki łowiące jednorazowo do około osiemdziesięciu ton.
„Polarny Krąg”
   W zatoce zakotwiczonych około dwadzieścia baz i trawlerów skupujących i przetwarzających makrelę. Dwa polskie, pozostałe to radzieckie, niemieckie, bułgarskie, a nawet japoński. Od czasu wprowadzenia stref połowowych makrela z angielskich łowisk, która wcześniej nie przedstawiała zbytniej wartości połowowej, teraz daje olbrzymie dochody rybakom Wielkiej Brytanii. Mamy kłopot. Kapitan nie zabrał z kraju dużych odbijaczy. Cumowanie do burty przy fali jest ryzykowne. Apel do zakotwiczonych statków z prośbą o pomoc. Bezinteresowną chęć pożyczenia wyraził kapitan Rosjanin ze stojącej nie opodal bazy „Polarny Krąg”. Był to początek miesięcznej nie wymuszanej, szczerej współpracy między załogami. Baza wybudowana przez stocznię polską. Służyła do odbierania ryb z jednostek łowczych, przetwarzania i transportu z łowiska do portu, jednocześnie zaopatrywała trawlery na łowisku, w paliwo i żywność. Znajdował się tam szpital z blokiem chirurgicznym i gabinetami specjalistycznymi. Po tygodniu pobytu steward z naszego statku miał atak wyrostka, wymagało to natychmiastowej operacji, transport około pięciu mil w szalupie, a następnie około sześćdziesięciu kilometrów górzystymi drogami Szkocji, był zagrożeniem życia. Pomoc zaofiarowali chirurdzy z „Polarnego Kręgu”. Operacja przebiegła bez problemów.
Wizyty i rewizyty.
   W rewanżu, przy pięknej pogodzie, kapitan zaprosił kapitana i oficerów wolnych od wachty i lekarzy na „spotkanie towarzyskie”. Jeżeli ktoś sądzi, że to prosta sprawa, to się myli. Na każdym radzieckim statku istniało stanowisko pierwszego zastępcy kapitana do spraw politycznych, zwanego w żargonie statkowym „Panpalit”. To on w tej totalitarnej strukturze faktycznie rządził. Dwóch lekarzy, starszy mechanik i pierwszy oficer otrzymali zgodę na wizytę na naszym statku. Zostali przyjęci godnie w kapitańskim salonie przy zastawionym stole. Po kilku drinkach (wszak to Wielka Brytania), „słowiańskie dusze” znalazły wspólny język, posypały się dowcipy polityczne i inne. Od sześciu miesięcy byli na statku, od dwóch na redzie w odległości trzech mil od portu. Lecz tylko wybrańcom „Panpalita” można było udać się na ląd i w jego towarzystwie. Jakie było zdziwienie na wiadomość o tym, że nasi praktykanci i członkowie załogi wolni od wacht, w soboty i niedziele mogą według własnego uznania odwiedzać port. Zgodnie z kursującą regularnie szalupą. Młody chirurg Alosza z Murmańska przejawiał duże zainteresowanie polskimi zabytkami. Nasz lekarz Jurek zaproponował:

   -Przyjedź do mnie do Szczecina. Pożyczę Ci samochód. Zwiedzisz całą Polskę. 

  -A kto mi załatwi przepustki do poruszania się po kraju?”

  -U nas są niepotrzebne.

  -Ale u Was jest bałagan!” – podsumował.

  Spotkanie zostało przerwane wezwaniem przez UKF. „Panpalit” zadecydował o powrocie. Po kilku dniach płyniemy na „Polarny Krąg”. Praktykant ma bolący ząb do wyrwania, ja do plombowania. Lekarz Jurek z rewizytą. Po sztormtrapie dostajemy się na pokład.
Równouprawnienie
i świadomość klasowa
.
  Zaskakujący obraz. Kobiety pracują przy przetaczaniu i ładowaniu beczek. Dwadzieścia pięć procent załogi to kobiety. Rzecz niespotykana we flocie światowej. Przykład radzieckiego równouprawnienia. W kabinach, w ścianach zwanych szotami, zamontowane głośniki, których nie można wyłączyć. Przez nie nadawane są komunikaty i pogadanki ideologiczne. „Panpalit” dba o „świadomość klasową”. Jesteśmy życzliwie i serdecznie traktowani przez zwykłych członków załogi. Po wyleczeniu zębów zapraszamy na spotkanie towarzyskie u nas. Pożyczamy film „Dzieje grzechu”. Wśród załóg radzieckich cieszący się uznaniem. Wracamy na „Admirała”.
   Następna wizyta u nas. Wśród gości jest „Panpalit”. Świadomy swej totalitarnej władzy. Jakże inna jest ta wizyta. Widać w oczach przybyłych ledwie wyczuwalny lęk. Wypowiedzi są kontrolowane. Butelka „Jasia Wędrowniczka” w towarzystwie wyzwoliła chęć wykazania męskości w formie pojedynków na rękę. Radość gości trwała dopóty zwyciężał dobrze zbudowany i odżywiony, towarzysz „Panpalit”. Został pokonany przez naszego starszego mechanika. Był to koniec wizyty.
  Po wizycie siedzimy z lekarzem i popijamy kawę. Jurek głośno myśli.

   - My w Polsce budujemy socjalizm tak?

   - No tak.

  - A oni mają socjalizm i budują komunizm?

   - No tak.

   - I nas to czeka?

   – No tak.

   - To ja p....... taki socjalizm.”

Edward Bernatowicz

15:32, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Komentarze (4) »
piątek, 10 lutego 2006
Polski marynarz, jak trzeba, to popłynie nawet na rękawicy
 

Początek rok 1979.Zima stulecia. Mróz, śnieg i zimowy wiatr przejął panowanie nad Europą. Od Londynu do Moskwy okowy lodu sparaliżowały życie. Wydawało się, że przyroda woła.

Europo! Obudź się! Czas na zmiany!

Ostry atak zimy nastąpił w Sylwestra 1978/79. Paliwo w elektrowniach zamarzało, pękały kaloryfery w klatkach schodowych. Etapami wyłączano prąd. Ciemno, zimno i głodno. Analizując suche fakty. Początek apokalipsy?

Kochany wnuku! Nic podobnego. Żyliśmy. Kochaliśmy. Wychowaliśmy dzieci. Bawiliśmy się przy melodiach „Boney M”. Obecni dziadkowie żenili się z obecnymi babciami. Mieliśmy w sobie niczym nieuzasadnioną radość życia i irracjonalną nadzieję młodości.

Mróz zaatakował również Bałtyk.

Przy brzegu tworzyły się pola lodowe. W zależności od kierunku wiatru poszczególne akweny stawały się nieżeglowne. Początek marca. Wracamy do kraju z ładunkiem ryb. Z morza Północnego możemy popłynąć, przez Cieśniny Duńskie lub skracając około sześćset kilometrów, Kanałem Kilońskim. „Radio” skontaktował się z obsługą kanału. Otrzymał informację, że kanał jest żeglowny. Decyzja kapitana kurs na rzekę Elbe i śluzę w Brunsbüttel. Podróż kanałem pomimo opłat daje poważne oszczędności i skraca czas podróży. Ze względu na różnicę poziomów wód, prawie stu kilometrowy kanał zakończony jest śluzami. Stoimy przycumowani w śluzie. Powoli zamykają się wrota. Wyrównanie poziomów. Otwarcie wrót w kierunku kanału. W międzyczasie agent handlowy odbiera zamówienie i pieniądze na towary wybrane z katalogów po cenach wolnocłowych. Za około osiem godzin na kei śluzy w Kiel-Holtenau obierzemy towar zgodnie z zamówieniem, zapakowany w kartony. Nie musisz sprawdzać. Dwóch niemieckich pilotów przeprowadzi nas przez kanał.

Kto naprawdę wygrał II wojnę światową?

Mijamy nowoczesne miasta i wsie. Przepływamy pod potężnymi mostami spinającymi brzegi stumetrowego kanału. Niesamowicie wyglądają statki wśród zaśnieżonych pól. W poprzek kanału kursują promy przewożące ludzi i samochody. Mamy mieszane uczucia czytając nazwy: Breslau, Stolp, Kolberg.... Promy noszą nazwy polskich miast należących przed wojną do Niemiec. Co by powiedzieli Litwini i Ukraińcy, gdyby statki spacerowe w Kołobrzegu miały nazwy Lwów, Wilno...? Przez lornetki zaglądamy ludziom do okien, na podwórka i na place budów. Wszędzie widać gospodarność czystość, porządek i dobrze zorganizowaną pracę. Godne i dostatnie życie. Ciągle wraca pytanie. Dlaczego? W Polsce lat siedemdziesiątych. Jest jak jest? Żyjemy jak żyjemy? Nie jesteśmy mniej zdolni ani mniej pracowici od pozostałych Europejczyków. Polscy marynarze i mechanicy okrętowi, pracujący w porównywalnych warunkach, w swej fachowości i pracowitości znajdowali się na trzeciej pozycji w świecie, po Anglikach i Norwegach.

„Starszy”, który pływał przez kanał od lat pięćdziesiątych, dzieli się refleksją

- Spójrz na kobiety Niemieckie. Dumne i eleganckie. W swych futrach, mercedesach i audi. Na początku lat pięćdziesiątych była tu gorsza bieda niż w Polsce. Wsiadały na statek na jednej śluzie i przez czas podróży przez kanał, prały, sprzątały i gotowały za żywność i drobną opłatę. A teraz?

Rękawica praktykanta.

W „maszynie” zamieszanie. „Motorek” zauważył pęknięcie i przeciek przewodu w układzie paliwowym. Paliwo pod ciśnieniem sączy się przez szczelinę. Lada moment może pęknąć. Wymiana uszkodzonego elementu wymaga zatrzymania pracy silnika głównego. Jest to niemożliwe. Przy zastopowanym silniku głównym bez holowników i w tym miejscu kanału, statek byłby bezwładną niszczycielską masą. „Drugi” rozglądnął się po stojących obok. Wzrok zatrzymał się na skórzanych roboczych rękawicach na rękach praktykanta.

- Dawaj rękawice! Biegiem do pomieszczenia warsztatowego po drut! Jak plaster nakłada rękawicę na przeciek. Drut uzupełnia dzieło. Przeciek zabezpieczony.

BO POLSKI MARYNARZ, JAK TRZEBA, TO POPŁYNIE NAWET NA RĘKAWICY.

m/t Admirał Arciszewski w lodach.

Dopływamy do śluzy w Kiel-Holtenau. Czeka nas przykra niespodzianka. Kanał jest żeglowny, lecz zatoka Kilońska zablokowana. Południowy wiatr nagnał z Bałtyku kawałki kry i zbrylonego śniegu tworząc na zatoce pole lodowe. Przepłynąć mogą tylko potężne jednostki posiadające klasę lodową i dużą moc silnika. Arciszewski musi czekać z innymi uwięzionymi jednostkami na przypłyniecie z Danii dużego holownika-lodołamacza, który jest w stanie przeprowadzić nasz statek. Wrażenie jest niesamowite. Niektóre statki złapane w pułapkę lodowego potwora starają się uwolnić samodzielnie. Silniki pracują całą mocą wolno metr po metrze swymi potężnymi dziobami rozpychają lodową breję pozostawiając za rufą, powoli zanikający kilwater z czystej wody. Trzy statki dobrnęły do środka i bezradne, pokonane przez naturę, oczekują na pomoc. Od śluz w naszym kierunku równomiernie powoli jakby bez wysiłku zbliża się potężny masowiec pod banderą angielską. Pokonuje lodową przestrzeń bez zbytnich problemów. Stary wzywa Chifa maszyny i Starszego oficera. Zasięga opinii. Chif maszyny jest przeciwny przedzieraniu się przez zatokę. Argument - przeciw. Arciszewski nie ma klasy lodowej – dziób niema dodatkowego wzmocnienia. Kinkstony pobierające wodę do chłodzenia systemów znajdują się minimalnie poniżej linii wodnej - grozi zatkaniem i awarią układów. Argumenty - za. Ekonomia Decyzja kapitana.

- Nie ma zagrożenia życia i zdrowia załogi i praktykantów. Zaryzykujemy. Płyniemy!.

Prośba przez UKF-kę do kapitana masowca, aby przeszedł jak najbliżej nas. Zgoda. Silnik na pełnych obrotach. Pełna gotowość. Potężna bryła powoli przechodzi tuż przed dziobem, pozostawiając za sobą pas czystej wody.

- CAŁA NAPRZÓD!

Dzwignia skoku śruby wychylona maksymalnie. Udało się. Płyniemy za rufą jak za spychaczem. Nasz kilwater zabliźnia się. Szczęście jest blisko. Nasz przewodnik jest już na czystej wodzie. Nam zostało około pięćdziesiąt metrów do upragnionego celu. Radość jest krótka. Idący równoległym kursem tuż przed nami, po prawej burcie inny masowiec, zmienia kurs na lewo. Efekt. Nasza droga do wolności znika. Cała moc silnika nie jest w stanie ruszyć statek.

CAŁA WSTECZ!

Cofamy się kilkadziesiąt metrów.

CAŁA NAPRZÓD!

Wszystko wibruje i chrobocze. Zdobywamy dwa metry. Powtórka. Następny metr. Statek na granicy wytrzymałości. Trzy godziny tych samych czynności do przodu i do tyłu. Jest upragniony cel. Czyste wody Bałtyku. Mechanicy sprawdzają stan urządzeń i systemów wszystko w porządku. Kurs Świnoujście.

 

Edward Bernatowicz

 

07:57, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 lutego 2006
Kto wymyślił zmywarkę do naczyń!?

 

Druga połowa lat pięćdziesiątych.

 

   - Praktykant! Rozłóż na stole sieć!zdziwiony Zdzichu, uczeń ostatniego roku PSRM w Gdyni zdyscyplinowanie wykonuje polecenie kucharza. Łapie przygotowany kawałek sieci wielkości obrusa i kładzie na stole. Rozkłada aluminiowe talerze i kubki. Kucharz nakłada na talerze przygotowany obiad. Załoga je posiłek w pośpiechu. Pogoda na Morzu Północnym sprzyja żniwom śledziowym. Trzeba wykorzystać każdą chwilę. Szn-44 „Bocian” ma dopiero pół ładowni ryb. „Stary” nie je razem z załogą, każe przynosić posiłki do swojej kabiny. Sprawia to duże kłopoty stewardowi. Kuchnia i mesa znajdują się w jednej części statku, a kabina „Starego” w nadbudówce, razem ze sterówką. Trzeba z posiłkiem przejść część odkrytego pokładu. Przy złej pogodzie jest to uciążliwe. Steward z rybakiem Frankiem uknuli podstęp. Okno w kabinie kapitańskiej lekko uchylone. Można podsłuchać rozmowy na pokładzie. Morze spokojne. Ciepło.

   - Steward! Co Ty robisz z tym drugim daniem? - słychać głos Franka. – No wiesz. Mewa rąbneła z góry gównem do talerza. Wyrzucę je z talerza i zaniosę obiad, „Staremu”. Nic nie zauważy.

   Dialog stwarza pozory, naturalnego. Lecz prowadzony jest tak, aby „przypadkiem” dotarł do adresata. W promieniu dwóch kilometrów nie widać na niebie żadnego ptaka. Efekt. Steward zabrał wieczorem talerz z kabiny „Starego” z nie zjedzonym obiadem. Od tego dnia kapitan jadł posiłki razem z załogą.

   Kapitan - dowódca jednostki pływającej, zwany w polskiej flocie „Starym”.

Polska legenda morska przypisała temu „zawodowi” specyficzne znaczenie.

Jakie były sylwetki polskich kapitanów?

    Od kapitanów-legend, tworzących naszą narodową tradycję morską, do „łajdaków moralnych”. Kapitan „Bociana” nie był legendą ani łajdakiem, miał natomiast szósty zmysł do „rybaczenia”.

Ekologiczne zmywanie i pranie.

   - Szefie, co mam zrobić z tą siecią i talerzami na stole? - pyta praktykant kucharza.

   - Złap za rogi sieć. Zwiąż razem z talerzami i kubkami, przywiąż do linki. Drugi koniec linki umocuj do relingu. Tobołek spuść do wody za burtą. Po kilku godzinach woda wskutek ruchu statku umyje naczynia.

   Niektórzy twierdzą, że w ten sposób wymyślono zmywarkę do naczyń. Z lat pięćdziesiątych pochodzi również drugi „patent”, na „pralkę” morską. Brudną garderobę, szczególnie śmierdzące rybami ubrania robocze, przywiązujemy linką do uchwytu w kabinie i wyrzucamy za bulaj. W zależności od prędkości statku trwa okres skutecznego prania. Sposób ten był często stosowany przez praktykantów na m/t Admirał Arciszewski. Ma on swoje słabe strony. Jeden z praktykantów chciał w ten sposób uprać wełniany sweter. Po trzech godzinach wyciągnął z wody kawałek rękawa i kilka bardzo długich nitek.

   Śmietankowy szczur.

   Warunki do przechowywania żywności na „czajnikach” były nie najlepsze. W pierwszej kolejności szef kuchni przygotowywał potrawy z artykułów łatwo psujących się.

   - Praktykant i Antek, przynieście z magazynka dwa litry śmietany - polecił kucharz.

   Po chwili wracają. Niosą całą dziesięciolitrową bańkę. Steward Antek trzyma za ogon martwego szczura, całego w śmietanie.

   - Szefie! Znaleźliśmy w bańce tego szczura – informuje Antek – Co mamy zrobić?

   - Cholera! Jak się on tam dostał? – zastanawia się kucharz - Wylejcie śmietanę za burtę.

   – My się nie brzydzimy możemy śmietanę wypić – stwierdzają zgodnie.

   - Na własną odpowiedzialność - zamyka temat szef kuchni.

   Wieczorem Zdzichu i Antek jedzą makrelę „po rybacku” i popiją śmietaną. Antek wyjaśnia praktykantowi przepis na potrwę wymyśloną przez rybaków z „czajników”.

   - Bierzesz świeżą, dużą makrelę. Wypatroszoną rybę nacierasz wewnątrz solą i ostrymi przyprawami (obecnie wystarczy ostry keczup) wkładasz do środka płat wędzonego boczku oraz pokrojoną w plastry cebulę, jeden, dwa plasterki cytryny. Zawijasz szczelnie w pergamin (w owym czasie był taki specjalny papier do artykułów spożywczych). Następnie kładziesz na kotle parowym w maszynie, temperatura kotła jest taka, że makrela dusi się we własnym sosie. Praktykancie! Przyszły kapitanie! Jak smakuje? Sam czujesz. Stąd nazwa makrela „po rybacku” – skończył.

   – Antek, to był dobry pomysł oblania znalezionego szczura śmietaną i wciśnięcie szefowi kitu - podsumował Zdzichu.

   Lata pięćdziesiąte były okresem rozwoju polskiej floty rybołówstwa dalekomorskiego. Budowano trawlery i lugrotrawlery, ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Kadra dla floty handlowej istniała i była kształcona w Państwowej Szkole Morskiej w Gdyni. Natomiast brakowało wykwalifikowanej kadry oficerskiej dla rybołówstwa dalekomorskiego. Pierwszym kapitanem żeglugi wielkiej rybołówstwa morskiego był legendarny Wiktor Gorządek, długoletni kapitan „Turlejskiego”. Państwowa Szkoła Rybołówstwa Morskiego w Gdyni przygotowywała przyszłą kadrę oficerską. Jednak dodatkowo dla zabezpieczenia rosnących potrzeb, w szybkim tępie kształcono oficerów na kursach.

„Bocian” atakuje.

   Kapitan „Bociana” nie miał zbyt dużego stażu w pływaniu poza Bałtykiem. Czarna bezgwiezdna noc. „Stary” ma wachtę. „Czajnik” wolno pokonuje mile. Sternik melduje światła na kursie. Analiza. W ciemnościach z lewej burty na kursie widać zielone, z prawej czerwone. Gdyby światła były blisko siebie, oznaczałoby to, że na kursie jest statek. Ale w takiej dużej odległości to na pewno dwa statki. Jednak przy takiej widoczności nie widać pozostałych świateł pozycyjnych. Decyzja kapitana: płyniemy środkiem. Światła zbliżają się powoli. Nagle z ciemności wynurzyła się ogromna bryła potężnego lotniskowca amerykańskiego.

   - Cała wstecz!

   Za późno. Dziób siłą bezwładności uderza w burtę lotniskowca, robiąc niegroźną dziurę. Twarda, „przeklęta” stal kadłuba „ptaszka” wytrzymała uderzenie. Zdenerwowany „Stary” chwycił za mikrofon UKF i w eter poszło, powtarzane we flocie przez lata, pytanie

   - Hej tam na lotniskowcu, nic Wam się nie stało?”

   Prawdopodobnie na lotniskowcu, wyposażonym w urządzenia radarowe, dawno zauważono dziwne, kolizyjne zachowanie „Bociana” i w momencie kontaktu bezpośredniego prawie stał w miejscu. Nie robiono z tego problemu. Bo co by powiedział świat na to, że jakiś mały „Bocian” zrobił dziurę w potężnym lotniskowcu? Był to przecież okres „zimnej wojny”.

Druga połowa lat siedemdziesiątych.

   Przepływamy obok portu Bergen. Mija nas czarne cielsko atomowego okrętu podwodnego i amerykański lotniskowiec. Płyną do bazy NATO w Bergen. Kapitan Żeglugi Wielkiej Rybołówstwa Morskiego, Zdzisław Pawłaszek, wspomina swoją praktykę rybacką z przed ponad dwudziestu lat.

   - To musiało być na tym akwenie. Może to ten lotniskowiec?

 

06:29, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 stycznia 2006
Słońce nasz „Brat” i jego sługa wiatr.
 

    W morzach i oceanach ryb było w bród. Przemieszczały się ławicami, stadami lub pojedynczo po swych żerowiskach. W zależności od gatunku miały swoje gusty, zwyczaje i upodobania. Jedne żerowały przy dnie, inne pod powierzchnią morza. Jedne lubiły zimne wody Antarktydy, inne szelf Afryki i Ameryki. Przyszedł człowiek zachłanny. Bez umiaru i zdrowego rozsądku. Potężnymi traulerami zaczął orać morza i oceany. Łowił wszystko, co pływa. Rabunkowa eksploatacja zaczęła zagrażać istnieniu niektórych gatunków. Prym wiodła największa flota rybołówstwa dalekomorskiego. Flota Związku Radzieckiego. Na każdym łowisku, gdy zawołałeś przez UKF-kę „ZDRASTWUJ” otrzymywałeś kilka odpowiedzi. Sprawdzaliśmy. Świat w końcu opamiętał się wprowadzając dwustumilowe strefy ekonomiczne. Nie rozwiązały one problemu do końca, lecz częściowo ograniczyły. Pozostały ogólnodostępne łowiska poza strefami ekonomicznymi. Nasze zadanie: sprawdzenie łowiska na morzu Norweskim, za Kołem Polarnym. Możliwość połowu błękitka. Docieramy na wyznaczony akwen. Na morzu flauta. Słońce nisko nad widnokręgiem. Dzień trwa około dwóch godzin. „Brat” Słońce obdarowuje nas tak intensywnie swym blaskiem, że normalne światło dnia jest ciemnością.

Wydawanie sieci.

   Oficer wachtowy przy pulpicie sterującym windami. Na pokładzie trałowym przygotowany włok, zaczepiony do wyciągarki. Dwaj rybacy opuszczają po slipie worek sieci do wody. Statek płynie z prędkością czterech do pięciu węzłów. Morze ściąga włok z pokładu. Wyciągarka powoli pozwala morzu wykonać swoje. Worek w wodzie. Nadbora i podbora w wodzie. Skrzydła w wodzie. Bosman daje sygnał.

   - Wyciągarka stop!

   Końcowe uzbrojenie sieci. Do skrzydeł sieci poprzez długie leksy doczepiane są prawie półtonowe, stalowe dwie deski trałowe. Wnuku, gdy Twój tata miał tyle lat, co Ty i zobaczył w porcie dziesiątki takich desek zapytał:

   - Tato, czy to statek pocięty na żyletki?

   Ostatnią czynnością jest podczepienie desek do włoka i połączenie, poprzez stalowy „szpryng”, do bębna windy trałowej. Prawa fizyki, którym oficer wachtowy pozwala działać, kończą dzieło. Połowy mogą być pelagiczne i denne. Denne – po dnie. Wówczas do podbory sieci należałoby doczepić „wózki”, których ciężar ściąga sieć do dołu. Łowimy pelagicznie. Rozwarcie sieci i głębokość jest sterowana przy pomocy prędkości trałowania i długości lin wind trałowych. Deski trałowe, jak dwa latawce, pod wpływem siły morza rozciągają na boki skrzydła potężnego wodnego potwora. On wie, że większość ryb, spłoszona zawirowaniami oczek skrzydła, będzie uciekała do środka, gdzie czyha na nie nienasycona gardziel worka włoka. „Mózg” potwora, poprzez zmysł systemu echosond i wiedzy człowieka, penetruje głębię morską przed statkiem, pod statkiem i na boki. Regulując prędkość statku i zanurzenie sieci, nie daje rybom zbytnich szans. Trał trwa do kilku godzin.

Słońce i wiatr.

   Nieodzowność wpływu na nasze istnienie „Brata” Słońce jest dla nas oczywiste. Wiatr jest tym sługą Słońca, który kończy dzieło swego pana. Czasami skutki dla człowieka są tragiczne. Zawsze jednak jego działania służą wyższemu celowi – naszej planecie. Bardzo lubi zmieniać imię, charakter i oblicze. Od łagodnej bryzy porzez monsun, halny, bora, mistral, szkwał, pasat, aż do groźnych: sztorm, huragan, nawałnica i cyklon. Szczególnie upodobał sobie działanie na morzach i oceanach. Człowiek musi być czujny przed jego sowizdrzalstwem. Nad rejon połowów, nadciągają, pędzone bezimiennym wiatrem, czarne chmury. W ciągu kilku godzin morze osiąga od ośmiu do dziesięciu w skali Baeuforta. W ciemność, jęczy, zawodzi, dzwoni, i wyje, sztormowa symfonia. Zerwane z wierzchołków fal cząstki wody tworzą z ciemnymi chmurami jedną całość. Morze i niebo tworzą jedno – chaos. Statek na długiej fali, jak piłka, jeździ siedem metrów w górę i dół. Sztormujemy. Czujesz się jak w windzie zmieniającej błyskawicznie kierunek. Dopóki ster sprawny i silnik główny pracuje, jest bezpiecznie. Lada moment dorwie cię choroba morska. Przetrzymuję. Przetwórnia pracuje.

Chłopcy chorują.

   Lekarstwo jest jedno - przetrzymać godzinę, dwie, choroba morska przejdzie. Kto się podda, nie ma dla niego ratunku. Przegląd wszystkich działów. Załoga stała stara się, jak może pomóc przyszłym zejmanom. Wszędzie wiaderka przy stanowiskach i zmuszanie do jedzenia suchego chleba. Najgorzej, gdy żołądek jest pusty. Telefon z przetwórni. Mistrz informuje, że jeden z praktykantów załamał się. Porzucił pracę stwierdzając:

   - Mam w dupie szkołę i taki zawód i nic mnie nie obchodzi co ze mną się stanie!

   Nie pomogły przekonywania kolegów i załogi. Padł w kabinie na koję i choruje. Krótka narada. Kapitan, lekarz starszy oficer i ja. Opinia lekarza jest jednoznaczna:

   - Jeżeli sam się natychmiast nie przełamie, może być tragicznie dla jego zdrowia i życia. Ratunek to zmiana pogody lub transport na ląd.

Starszy oficer

    - Komunikaty pogodowe nie przewidują poprawy przez najbliższe dni.

   Transport na ląd to cztery doby i olbrzymie koszty Kapitan podejmuje decyzję:

   - Masz prawo – zwraca się do mnie - użyć wszelkich form słownych dopuszczalnych i niedopuszczalnych, zmuszających praktykanta do działania. Jedynym motywem właściwej reakcji może być strach. Jak to nie pomoże, zastanowimy się, co dalej.

   Z trzaskiem drzwi wpadam do kabiny. Nieszczęśnik leży na koi bladosiny, godny współczucia, w ubraniu roboczym. Z żołądka wydalił nawet żółć. Wyrzucam krzykiem z siebie wcześniej przygotowany tekst, którego treść jest zbyt ordynarna, by ją cytować. Zdziwiony! Przestraszony! Uwierzył w groźby. Zerwał się na nogi. Jest mój. Kończę wiązankę bosmańską słowami.

   - Marsz do przetwórni!

   W przetwórni przy maszynie do obróbki ryb, Mistrz zmusza do zjedzenia kromki chleba, obok wiadro. Kilka zwrotów ku wiadru, kilka kromek suchego chleba. Koniec wachty. „Sto procent praktykantów zaadaptowało się do specyficznych warunków pracy na morzu”. Tylko w mesie, w czasie posiłku, część miejsc jest pusta. Nie pamiętam nazwiska praktykanta, obecnie musi mieć ponad czterdzieści lat. Nie miałem okazji przeprosić go za te konieczne naruszenie godności. Co niniejszym czynię.

   Przez kilka dni stan morza nie zmienia się. Arktyczny dwugodzinny dzień jest niezauważalny. Nieprzerwana ciemność trwa cały czas. Wpędza człowieka w przygnębiający nastrój. W takich warunkach spać można bardzo krótko. Telefon.

   - Szybko na mostek!

   Pierwszy wskazuję na niebo. Spoza dziurawych, chwilowo chmur, faluje na niebie potężna, muślinowa, kolorowa firanka. Zorza polarna. Aurora. Wspaniałe dzieło wiatru słonecznego. Możemy ją obserwować kilkadziesiąt sekund. Jak światło lampy błyskowej. Chmury przywracają normalność ciemności, niczym czarną zorzę polarną. Wyjaśnienie naukowe tego zjawiska luminescencji i porównania do zasady działania świetlówki, jest wulgaryzacją i odarciem z duszy tego dzieła „Brata” Słońca i jego sługi wiatru słonecznego.

Następny dzień. Awaria windy trałowej. Opuszczamy łowisko. Kurs na Bergen.

 

edward.bernatowicz@wp.pl

07:01, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 września 2005
Diabelskie słowo honoru

Atlantyk faluje oddechem Neptuna pogrążonego w spokojnej drzemce. Król mórz i oceanów westchnie i przez ocean przebiega zabłąkana fala. Nie wiesz, kiedy i jaka. Biada beztroskim żeglarzom ufającym spokojnemu morzu. Kilkumetrowa fala może być zaproszeniem do wiecznej gościny w królewskich posiadłościach. Heliosa zbliża się do końca dziennej wędrówki.

Kochany Wnuku! Czy może być coś piękniejszego od pożegnalnego pozdrowienia boga Słońca przesłanego Neptunowi na spokojnym Atlantyku?

Wysokie pierzaste chmury są tu areną. Kolor! Nasze ułomne, techniczne rozumienie tego słowa wulgaryzuje wszelkie próby przekazania widzianego zjawiska. Na niebie - poczynając od ciemnego granatu na wschodzie, poprzez całą paletę nienazwanych kolorów, aż do błękitu na zachodzie - trwa pożegnalny, powolny taniec słonecznego lasera. Zrozumiały tylko przez bogów. Śmiertelnych wprawia w stan zauroczenia niezrozumiałym pięknem. Ostatni promień zachodzącego słońca to błysk ostrego granatu.

- Załoga wolna od wacht, zbiórka na pokładzie trałowym!

Słychać z głośników manewrowych. Na pokładzie kapitan ubrany na galowo w otoczeniu oficerów oraz członków załogi wolnych od wacht. Ryk syreny okrętowej, dzwonki alarmowe, kakofonia innych dźwięków. Przed kapitanem staje Tryton, prawa ręka Neptuna. Towarzyszą mu diabły morskie. Powiadamia kapitana o jutrzejszej wizycie króla mórz i oceanów, prosi o listę neofitów do chrztu równikowego. Diabły morskie stemplują neofitów. Delegacja żegna załogę.

Chrzest równikowy

Jak podają źródła, ta męska morska tradycja trwa od XVII wieku. Wywodzi się z mitów i wierzeń greckich i rzymskich. Rzymski kult Neptuna i grecka boskość Posejdona są praprzyczyną zwyczaju. Pierwsze wzmianki dotyczące marynarzy Polaków występują w XVIII wieku. Musisz wiedzieć, mój wnuku, że nasza polska kultura wywodzi się z kultury śródziemnomorskiej.

Wśród neofitów przeznaczonych do chrztu równikowego znalazł się lekarz okrętowy Jerzy. Był to jego pierwszy rejs, z opowiadań dowiedział się, jakie tortury czekają neofitów. Ogarnęło go lekkie przerażenie. Późnym wieczorem, po wizycie Trytona odwiedziły doktora dwa diabły, Zenek i Sylwek.

- Panie doktorze, chcemy zaproponować układ, da Pan nam po butelce „Jasia Wędrowniczka”, a my potraktujemy Pana ulgowo. Dajemy Panu na to słowo honoru.

Układ został zawarty. Butelki alkoholu znalazły się w kabinie diabłów. Doktor Jerzy miał sen spokojny. Od rana dnia następnego na statku trwają przygotowania do wizyty Neptuna, gromadzone są nieodzowne akcesoria członków świty. Środki kosmetyczne i narzędzia cyrulika:

krem do golenia - szare mydło, mączka rybna z wodą;

puder - mąka i talk;

peruki dla łysych - pierze i towot

szampon morski – woda z mączką rybną;

stół do badań – deski przesiąknięte rybim smrodem

stetoskop - przyssawka klozetowa;

wielkie drewniane nożyce, drewniany młotek i drewniana brzytwa;

diabelski koktajl – napój mocno pokropiony tabasko.

Przygotowano również dużą beczkę wypełnioną „płynem do kąpieli”. Główny składnik to woda morska przyprawiona ściekami zęzowymi. Ostatni elementem jest długi na pięć metrów rękaw ratowniczy metrowej średnicy. Na statku klar. Neptun może przejąć go we władanie. Ryk syreny oznajmia przybycie władcy wraz z dworem. Przekazanie władzy przez kapitana. Jego wysokość i małżonka Prozerpina - ponad sto kilogramów wagi - zasiadają na tronie.

Astrologonawigacja

Astrolog przez lunetę oblicza pozycję statku.

- Jesteśmy na równiku – oznajmia.

Tryton rozpoczyna ceremoniał chrztu równikowego. Diabły sprawdzają wczorajsze pieczęcie. Liczą neofitów. Jednego brak. Z wrzaskiem i wściekłym wyciem pognały szukać.

Cztery potężne czarne, rogate, ogoniaste czarty przynoszą biedaka. Nikt się nie ukryje. Postępowanie oprawców dalekie jest od salonowej kurtuazji. Zagnano wszystkich na grubą siatę przeładunkową i wywindowano do góry, nad pokład. Niektórzy stracili ochotę do śmiechu. Diabły po kolei wyłuskują neofitów. Rytuał polega na doprowadzenia delikwenta do stanu godnego ucałowania kolana Prozerpiny i otrzymania z rąk Neptuna dyplomu z nowym, morskim imieniem. Cyrulik musi go zbadać przy pomocy młotka i „stetoskopu”, ogolić, pomalować sadzą brwi i wąsy, umyć włosy morskim szamponem, łysym przyprawić perukę z pierza. Zmycie brudów ciała przez zanurzenie w morskim płynie do kąpieli. Ostatnia próba - przeczołganie się przez rękaw. Jest jednak trudność. Z przeciwnej strony atakuje strumień wody z węża przeciwpożarowego. Jeszcze tylko szklaneczka diabelskiego koktajlu. Dokuczliwość i bolesność zależy od sympatii, jaką cieszy się neofita u starych zejmanów.

Doktor do poprawki

Doktor Jurek jest zadowolony. Diabły i cyrulik potraktowali go szczególnie serdecznie. Zostało tylko pocałowanie Prozerpiny w kolano i otrzymanie dyplomu od Neptuna. Co to? Przed obliczem króla staje diabeł Zenek.

- Władco! Ten neofita chciał nas wczoraj przekupić alkoholem!

- Daliście słowo honoru - broni się doktor.

- Słowo honoru diabła? – słyszy w odpowiedzi.

Gniew króla mórz i oceanów jest straszny, Jurek musi na nowo przejść cały chrzest przy wzmożonej aktywności diabłów.

Ciemna gorąca afrykańska noc. Silnik główny rytmicznie pracuje. Statek pożera mile. Pukanie do kabiny doktora. Przed drzwiami stoją rybacy - byłe diabły morskie. Trzymają w rękach butelki.

- Panie doktorze, chcieliśmy przeprosić i wypić na zgodę. Będzie Pan wiedział, że ludzie morza nie tolerują gry nie fair.

Kochany wnuku, być może i ja tam byłem i whisky z nimi sączyłem, snując dalsze morskie, kabinowe, opowieści.

Wszystko to się działo, to co się działo i dziać miało, od czasu narodzin statku m/t Admirał Arciszewski w lipcu 1976 roku.

13:07, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 września 2005
ZENEK TRESER MORSÓW część II
                 Bosmańskie wiązanki

„Wiązanka bosmańska” jest stekiem przesadnie wulgarnych słów. W czasach mego pływania, krążyła wśród marynarzy i rybaków, wiadomość, że zwycięzca mistrzostw świata w Australii, w tej konkurencji, angielski marynarz, ponad pół godziny ciągnął taką wiązankę nie powtarzając przekleństw.

Gdy po raz pierwszy zamustrowałem na „Arciszewskiego” byłem zaskoczony tym zjawiskiem. Ludzie, od których na lądzie nie usłyszysz nawet cholera, po przekroczeniu trapu zmieniali swój słownik i odwrotnie schodząc na ląd pozostawiali wulgaryzmy na statku niczym śmierdzące ubranie robocze.

Kapitanowie Janusz Kozłowski i Zdzisław Pawłaszek posiadający wrodzony talent pedagogiczny i z którymi miałem przyjemność najdłużej pływać, bezwzględnie tępili wulgarne zachowanie swoich podwładnych, w obecności praktykantów. Pod dowództwem innych bywało różnie.

Istotne było, w jakich sytuacjach stosowano wulgaryzmy.

Wulgaryzm jako „przerywnik” był tolerowany w takich sytuacjach, jak u rybak Zenka. Niegodne było używanie przez oficerów w obecności praktykantów i kobiet.

Wulgaryzm jako „zaimek” była to forma naruszająca godność osobistą i występowała rzadko, w kłótniach i wymianie zdań wyrażonych bez agresji oraz gdy podwładny spieprzył robotę. Sporadyczne wypadki takich zachowań rybaków względem praktykantów były tępione przez kapitana.

Wulgaryzmy zmuszające do zwrócenia uwagi na zagrożenie, wymuszające błyskawiczność reakcji lub powodujące pożądane działanie w sytuacjach tragicznych. Cięte dosadne przekleństwo powoduje natychmiastowe wykonanie polecenia ratujące często życie i zdrowie, w momentach, gdy brakuje czasu na wyjaśnienia. Osobiście zachowałem się trzy razy w ten sposób z pozytywnym skutkiem, za co serdecznie przepraszam moich byłych podopiecznych.

                                Rybacki szmal

Od czego zależał szmal rybaka dalekomorskiego?

Kochany wnuku, był taki czas w naszej Ojczyźnie. Czas absurdu ekonomicznego. Dominowała zasada przychodzenia do pracy. Efekty i jakość pracy nie były podstawą wynagrodzenia - obecnie są również takie przypadki, ale nazywamy to „patologią okresu przejściowego”. Rybołówstwo należało do wyjątków. Funkcjonowała bardziej normalna ekonomia. Rybacy mieli tak zwany part, czyli część procenta od wartości złowionej i przerobionej ryby. Wielkość procentowa zależała od stanowiska na statku. Wracamy do wątku głównego.

                            Złośliwa niespodzianka

Worek włoka z rybą jest na pokładzie. Dalsza procedura to otworzenie od strony rufy worka i strumieniem wody podciśnieniem, ścinającym z nóg - potrzeba było chłopa jak Zenek by utrzymać wąż w rękach - należy wypłukać ryby. W pokładzie jest luk, którym ryby zmywane są do zbiorników. Bosman z Zenkiem widząc strumień płynących złotówek ochoczo i dziarsko wzięli się do dzieła. Rozwiązali worek.

Nagle jakiś metr od twarzy Zenka ukazała się potężna morda uzbrojona w kły.

Był to mors. Żerował w ławicy śledzi i trałujący statek zagarnął go do sieci. Miał szczęście. Wpadł w ostatniej chwili tuż przed wybieraniem sieci, bo gdyby znalazł się w niej wcześniej, udusiłby się. W ten sposób ginęło i ginie dziesiątki delfinów, fok i morsów. Zenek zbladł i zaczął się cofać w kierunku śródokręcia trzymając w rękach wąż tryskający wodą. Po pierwszym szoku Zenek skierował strumień wody prosto na gościa. Chciał go przegonić w kierunku slipu do wody. To był błąd. Zwierzę nie znając intencji zwróciło się, zgodnie z naturą, w kierunku wody, czyli Zenka. Zenek się cofa, mors za nim. Przy dopingu rybaków, którzy uciekli bezpiecznie na wyższy pokład, dotarli do otwartych drzwi mesy. Zenek rzucił wąż i wdrapał się na bezpieczną wysokość.

W czasie tych zmagań odpoczywający po wachcie rybacy oglądali w mesie film “Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. Operator projektora pierwszy zobaczył w drzwiach potężne cielsko. Reakcja natychmiastowa - wszyscy w przerażeniu ratowali się ucieczką. Steward przez uchylone drzwi pentry obserwował poczynania gościa. Mors przyczłapał przed ekran, na którym nadal trwała projekcja filmu. Zatrzymał się. Podniósł głowę i przez chwilę oglądał. Wydał ryk niezadowolenia. Widocznie nie podobał się mu film albo nie znał języka polskiego, bo zawrócił i majestatycznie poczłapał w kierunku drzwi. Bez niczyjej pomocy przedefilował po pokładzie trałowym budząc aplauz załogi. Po slipe zsunął się do wody, pozostawiając załodze wspomnienia. Zenek wrócił na pokład. Zaklął siarczyście. Kpiące uwagi rybaków podsumował.

- Co kurwa, nie widzieliście jak się morsy tresuje.

- Panie Zenku może podać panu krople na uspokojenie – zażartował Jerzy lekarz okrętowy.

- Poczekaj, kurwa, łapiduchu jak będziemy przekraczać równik – mruknął po nosem Zeniu.


13:52, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Dodaj komentarz »
ZENEK TRESER MORSÓW I c

Winda trałowa jęczy z wysiłku. Naprężone leksy grają jak stalowe struny nie nastrojonej gitary cyklopa. Ten bezład dźwięków dla uszu rybaków jest przyjemną melodią zapowiadającą obfity zaciąg. Zenek podczepił półtonową deskę trałową do rufy na lewej burcie, bosman zrobił to samo na prawej. M/t „Admirał Arciszewski” przysiadł na rufie unosząc lekko dziób do góry. Slip trałowy częściowo zanurzony w wodzie. Przeczepienie skrzydeł sieci na zaczepy lin windy sieciowej.

Powoli wpełza na pokład potężny, o średnicy półtora i długości ponad dwudziestu metrów, morski boa. Oczka sieci wypełnionej rybami wyglądają jak stalowe łuski potwora. Fachowy rzut oka na sytuację i Zenek podsumowuje

- O kurwa! Ale kichę wyjebało! Będzie zapierdol i szmal!

                                Zejman Zenek

Kim był Zenek?

Był zejmanem z krwi i kości, rybakiem lubianym przez wszystkich załogantów, ale miał jedną słabość, używał takiego słownictwa, że w międzynarodowym konkursie na “wiązanki bosmańskie”, zająłby czołową lokatę.

Codziennie rano było słychać na pokładzie krzątającego się przy pracy Zenka. W powietrzu fruwały jego niecenzuralne przerywniki.

Ocean Atlantycki w okolicach Wysp Kanaryjskich.

Budzę się rano. Piękne niebo. Ocean jak lekko poruszone potężne naczynie kisielu. Poranna toaleta przy otwartym oknie. Coś niepokojącego w dźwiękach pracy statku. Mózg intensywnie pracuje.

- Odgłos pracy silnika głównego?

– Jak zawsze.

- Skrzypnie statku na martwej fali?

- Jak zawsze.

- Hałaśliwie dzięciolenie przy odbijaniu rdzy na pokładzie przez praktykantów.?

– Jak zawsze.

- Czegoś tu brak?

– Jest! Nie słychać przekleństw Zenka.

Telefon na mostek.

- Co się stało Zenkowi?

- Nie martw się. Jest lekko chory i został w kabinie – pada odpowiedz.

Tylko raz zaniemówił, cierpiąc z tego powodu katusze.

Zenkowi dokuczał bolący ząb. Staliśmy właśnie w Agadirze. Przechodząc przesz miasto, ku naszemu zaskoczeniu zobaczyliśmy zaparkowanego Fiata 126P na polskich numerach rejestracyjnych. Zasięgnięto języka. Polskie małżeństwo, inżynier z żoną stomatologiem na kontrakcie. Zenek wrócił na statek. Sporządzono notatkę konieczności leczenia zęba. Zenek w uzasadnieniu napisał „wskutek drań agregatu prądotwórczego nr 2 wypadła mi plomba z zęba”. Teoretycznie rzecz biorąc taka sytuacja mogłaby zaistnieć. Lekarz statkowy potwierdził. Kapitan wyraził zgodę. Działania te były nieodzowne by armator pokrył koszta leczenia. Zenek pognał leczyć ząb. Oczywiście zaprosił panią doktor do odwiedzenia statku.

W statkowym ambulatorium przyjął koleżankę po fachu nasz statkowy lekarz w towarzystwie Zenka. Zenek świadomy swojej statkowej słabości siedział cały czas cicho tylko od czasu do czasu próbował coś powiedzieć, zaczynał.

- Kur... - w pół słowa urywał i milkł. CDN

                        

13:34, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Komentarze (1) »