Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
czwartek, 21 maja 2009
POKOCHALI MORZE I KOŁOBRZEG


Adam Kantorysiński

Lat - 52(gdy publikowano artykuł)

     Zawód - żeglarz zawodowy, mgr geografii

     Rejsy - Było ich dziesiątki, te niezapomniane i najistotniejsze na jachtach polskich, holenderskich i niemieckich.Za rejs dookoła Europy na „Darze Kołobrzegu" i transatlantycki rejs na „Czartoryskim" otrzymał wyróżnienia Rejs Roku. Na "Fryderyku Chopinie" Opłynął Amerykę Południową przez przylądek Horn. Rejs na Karaiby dziesiątki wysepek i portów. Obecnie uczestniczy w regaty Cutty Sark rok 2003 na "Fryderyk Chopin"

     Kontynenty, wyspy, kraje odwiedzone - Kontynenty: Ameryka Północna, Afryka, Azja, Europa; kraje: wszystkie kraje nad Bałtykiem, Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Maroko, Grecja, Turcja, Stany Zjednoczone, Kanada i inne; wyspy: Kanaryjskie, Azory, Madera, Maiorka, Minorka, Ibiza, Korsyka, Sardynia, Alboran, Fort de France na Martynice, wyspie w archipelagu Małych Antyli albo jak kto woli na Karaibach.

     Porty i kraje do odwiedzenia - Tak wiele, ze trudno wymienić.

     Jachty - „Eridan", „Dar Kołobrzegu", „Dar Koszalina" „Wojewoda Koszaliński", „Grunwald", „Płowce", "Czartoryski" i inne.

     Jacht życia - "Fryderyk Chopin"

     Pływa obecnie na s/y "Fryderyk Chopin" jako jeden z trzech kapitanów realizując program „Szkoły pod Żaglami" W ramach Szkoły pod Żaglami młodzież LO w trakcie dwu lub trzymiesięcznego rejsu uczestniczy w regularnych zajęciach lekcyjnych realizowanych zgodnie z programem szkolnym, a jednocześnie przechodzi twardą szkołę morską, stanowiąc integralną część załogi żaglowca. Tradycję takich rejsów zainicjował kapitan Krzysztof Baranowski w roku 1983 na żaglowcu „Pogoria" udowadniając, iż szkoła może być prowadzona na pokładzie. Kanadyjczycy zrobili użytek z tego pomysłu (zwanego Class Afloat) budując własny żaglowiec „Concordia". Kapitan Kantorysiński był dyrektorem tegorocznego semestru 13 lutego 2003 - 24 kwietnia 2003
     Trasa: Przejazd autokarem na lotnisko do Paryża, dolot na Karaiby, zaokrętowanie w Fort de France na Martynice, żegluga przez Wyspy Małych Antyli, Archipelag Wysp Azorskich, Kanał La Manche, Amsterdam (lub inny port europejski), Kanał Kiloński, Szczecin.

Znam go od drugiej połowy lat siedemdziesiątych. Młodzież, którą uczył i z którą pływa darzy go szacunkiem i sympatia za kompetencje i fachowość.

Opracował Edward Bernatowicz

20:26, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 lipca 2008
JEDNOSKRZYDŁE MOTYLE DZIECIĘCEJ MIŁOŚCI.

W latach siedemdziesiątych, stojąc na redzie portu Falmouth u wybrzeży Kornwalii, w weekend, z pokładu statku, z nieukrywaną zazdrościła obserwowaliśmy jak zapełnia się jednostkami pływającymi reda portu i urokliwa zatoka.

Mogłeś tam dojrzeć całą gamę tego, na czym człowiek może wypłynąć. Poczynając od jachtów niczym z amerykańskich filmów, rażące oczy blaskiem nikli i pięknymi dziewczynami na pokładzie, kończąc na drewnianych szalupach z silnikiem, które mogłeś wynająć za nieduże pieniądze by „powędrować" na Kanale La Manche.

Zakotwiczeni w bezpiecznej zatoce, lubiłem godzinami oberwać, przy dogodnych warunkach pogodowych, małe łódeczki żaglowe prowadzone przez dzieci w wieku dziesięciu - trzynastu lat.

Miałeś wrażenie, że jednoskrzydłe białe motyle suną po wodzie, nerwowo machając skrzydłem w momencie zwrotu.

- Czy kiedyś taki obrazek zobaczymy na naszych wodach? - Zadał retoryczne pytanie, Jurek II mechanik.

- Nie sądzę! - Odpowiedziałem.

Jednoskrzydłe motyle w porcie „piwnym"

Jakie było moje zdziwienie, gdy na popołudniowym spacerku w porcie jachtowym zwanym przez niektórych „portem piwnym" ujrzałem dziesięć takich „jednoskrzydłych motyli" pędzlujących wodę basenu. Wśród nich uwijał się, na pontonie, mój przyjaciel Mariusz Górnisiewicz udzielając uwag i poleceń załogantom w wieku od 6 do 13 lat.

- Michał! Wyostrz!

- Klaudia! Zwrot!

- Marcel! Tak trzymaj!

...

Na kei zauważyłem rodziców, młodych żeglarz, bacznie przyglądających się poczynaniom swych pociech.

Po zajęciach, gdy łódki znalazły się na ladzie i przyszli „jachtmeni" klarowali sprzęt, zapytałem Mariusza

- Wiem, ze jesteś kapitanem jachtowym, motorowodniakiem, nurkiem, lubisz śpiewać szanty, jesteś nauczycielem szkoły średnie, ale co robisz z tymi maluchami?

- Utworzyłem Szkołę Żeglarską JUNGA, mam teraz 20 jungów w wieku od 6-13 lat, mają zajęcia w grupach od 6-10 osób.

- A te „pudełeczka z żaglami" na których pływają to mają jakąś nazwę i klasę żeglarską? - zapytałem prowokacyjnie.

- Co! To „Optmist"! Najlepsza jednoosobowa klasa międzynarodowa dla dzieci do lat 15. Poszperaj w materiałach to się przekonasz - powiedział prawie obrażony.

18:27, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Komentarze (1) »

Optimist

Długość: 2,31 m

Szerokość: 1,13 m

Ciężar: 35 kg

Powierzchnia ożaglowania: 3,5 m2

Załoga: 1


Bardzo prosta konstrukcja. Niedrogi dziecko z łatwością może go uzbroić i klarować, jeden żagiel, kilka regulacji.150 tysięcy egzemplarzy na świecie, w tym KILKA tysięcy w Polsce!

Można go spotkać w ponad 100 krajach. Ponad 60% zawodników startujących Igrzyskach Olimpijskich, zaczynało swoja karierę żeglarską właśnie na Optymiście.


Ostatnie sukcesy polskiego Optimista

Mistrzostwa Świata:

2001 Quingdao (Chiny): 9 miejsce indywidualnie Emil Bałdyga

2003 Gran Canaria (Hiszpania)4 miejsce indywidualnie Tomasz Januszewski

2004 Salinas (Ekwador)5 miejsce indywidualnie Łukasz Przybytek1 miejsce drużynowo (Team Racing) 2 miejsce w klasyfikacji państw (Miami Herald Trophy)

Mistrzostwa Europy:

1999 Mati (Grecja)3 miejsce indywidualnie Barbara Strzyżewska

2003 Stari Grad (Chorwacja)1 miejsce indywidualnie Piotr Radowski 4 miejsce indywidualnie Michał Gryglewski6 miejsce indywidualnie Artur Nowicki

2004 Sandham (Szwecja)4 miejsce indywidualnie Agnieszka Skrzypulec 1 miejsce indywidualnie Wojciech Zemle

XXXI Kołobrzeskie Regaty O Srebrny Dzwon

Tradycyjnie, jak co roku, na początku lipca w odbywają się regaty „O Srebrny Dzwon" wybrałem się, więc by ujrzeć redę kołobrzeska zapełnioną współzawodniczącymi żaglami. Po przeliczeniu jednostek w poszczególnych klas stwierdziłem, że miejsc na podium jest więcej niż startujących jednostek. Zdegustowany, rozmyślając nad „rdzewiejący srebrze dzwonu" dotarłem do portu jachtowego gdzie drzemały niewykorzystane z powodu braku załóg DZ szkoły „Polskich Marynarzy i Rybaków" rozmyślające nad pusto brzmiącym hasłem „MARE DOMUS TUA".

Jakie było moje miłe zaskoczenie gdy ujrzałem na wodach portowych grupę „jednoskrzydłych motyli". Początkowo sądziłem, że to zajęcia szkółki Mariusza, lecz po zaangażowaniu i zacięciu, z jakim jungowie pokonują nawroty wokół ustawionych na wodzie bojek stwierdziłem, ze to są autentyczne biegi regatowe.

Jedna żaglówka zwróciła szczególną uwagę, prowadzący ją żeglarz nie życzył sobie pomocnych uwag, jakich udzielał Komandor klubu Górnisiewicz. Łódka owego zawodnika powoli wychodziła na prowadzenie i gdy minęła linię mety nad wodą rozległ się okrzyk dumy, miłości i dziecięcej radości, odbijający się od zadartych dziobów kutrów, zacumowanych rufami do kei portu rybackiego.

- TATO! BEZ NICZYJEJ POMOCY WYGRAŁE!

Po wyścigu łódki dobiły do kei. Dopiero wtedy przekonałem się, kim był ów szczęśliwy zwycięzca.

Tak szczęśliwego i wyrażającego swą radosną miłości do swych rodziców, jaką zwycięzca regaty o Srebrny Dzwon w klasie OPTYMIST w grupie wiekowej: do lat 11, Michał Górnisiewicz obdarzył swych rodziców, na kei, nigdy nie widziałem.

- No to Cię, ściga syn w sukcesach żeglarskich - powiedziałem.

- Już prześcignął, bo ja w jego wieku nie miałem takiego sukcesu - odpowiedział dumy ojciec.

Refleksja

Obserwując krzątające się mam jugów szkółki żeglarskiej, przygotowujących piknik przy ognisku z pieczonymi kiełbaskami i zdenerwowanych ojców obserwujących na kei wysiłki żeglarskie swych pociech, ma się przekonanie, że to coś więcej niż tylko nauczenie dzieci rzemiosła żeglarskiego, kontrastuje to z odgłosami „fortu piwnego" po drugiej stronie basenu jachtowego. Dobrze się stało, że do regat o Srebrny Dzwon włączono klasę OPTYMIST może przez to nie śniedzieje do końca.

Edward Bernatowicz

 

18:25, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 października 2006
POKOCHALI ŻAGLE I KOŁOBRZEG

Wiesław Stasiński

Wiek - 70 lat

Stopień żeglarski - kapitan jachtowy

Zawód. - pracownik umysłowy, obecnie emeryt

Ważniejsze rejsy morskie: - 1959 – „Zew Morza” do Wardeminde; 1960 – ORP „Iskra”; 1960 – dziewiczy rejs nowego „Zawiszy Czarnego” do Leningradu i Helsinek(zdjęcie - przy sterze);1963 na „Zawiszy Czarnym”do Francji, Anglii, następne do Algierii, na Zlot Młodzieży do Hawany oraz wyspy Bahama, Azory, Maroko oraz wiele innych.

Rejs życia – 1976 „Wojewoda Koszaliński” do Nowego Jorku i Bostonu na 200 – lecie Stanów Zjednoczonych.

Porty, kraje i kontynenty odwiedzone: wszystkie większe porty europejskie morza Bałtyckiego, morza Północnego, morza Śródziemnego i Atlantyku oraz porty Kuby, wysp Bahama, Azorskich i kilkanaście małych wysepek takich jak np. Hegoland. Kontynenty: Europa, Afryka,. Ameryka Północna.

Porty i kraje do odwiedzenia.. „Dusza by chciała, ale co z tego”.

Jacht życia – „Zawisza Czarny”.

Zdarzenie na morzu i w portach:

humorystyczne - Drugi rejs nowego „Zawiszy Czarnego” do Anglii. W jednym z portów mieszkający tam lord, miłośnik żeglarstwa, zaprosił kapitana i mnie, (I oficer) na obiad. Wspaniały pałac niczym z angielskiego filmu kostiumowego. Duży stół. Przy nim sześć osób lord i burmistrz z małżonkami oraz my. Smokingi, mundury. Lokaje i kelnerzy w liberiach. Podano jakąś fasolkę po zjedzeniu wszystkim sprzątnięto talerze i podano smakowicie wyglądając następną potrawę a mnie dołożono znowu fasolkę. Siedzący obok kapitan widząc moje zdziwienie skomentował. „Odłóż jeszcze raz skrzyżowane sztućce to po raz trzeci będziesz jadł fasolkę”;

grozy - 1972 rok, rejs jachtem „Grunwald”. Pełne morze. Flauta. Od dwunastu godzin ani tchnienia wiatru. Na prośbę załogi wyraziłem zgodę na kąpiel w morzu. Żagle zabezpieczone. Koło ratunkowe na lince wrzucone do wody. Cała załoga wraz ze mną korzysta z orzeźwiającej kąpieli. Nagle zaskakujący szkwał wypełnił żagle i jacht wraz z kołem ratunkowym zaczął uciekać. Groza. Strach. Na szczęście szkwał minął i dognaliśmy jacht.

Hobby i zainteresowania – Oprócz żeglarstwa fotografika i myślistwo.

Uwagi o żeglarstwie kołobrzeskim - „Żeglarstwo było i rejsy były a teraz pozostały wspomnienia.”

O Honorowym Obywatelu Rhode Island, opracował Edward Bernatowicz.

21:17, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 października 2006
POKOCHALI ŻAGLE I KOŁOBRZEG

Wojciech Dubois.

Wiek 52 lata.

Stopień żeglarski kapitan jachtowy.

Zawód menadżer żeglarstwa

Rejsy Po Morzu Śródziemnym. Rejsy po Bałtyku i Morzu Północnym. Operacja Żagiel 92 do Stanów Zjednoczonych.

Rejs życia Operacja Żagiel 92. Z Lizbony poprzez Wyspy Kanaryjskie, Karaiby, Nowy Jork, Boston, Liverpool.

Porty, kraje i kontynenty odwiedzane. Większość państw nadbałtyckich, Morza Śródziemnego. Hiszpania, Francja, Anglia, Szkocja z przepłynięciem kanałem Kaledońskim przez jezioro Loch Ness. Porty Stanów Zjednoczonych i wiele innych.

Porty i kraje do odwiedzenia. Karaiby, Norwegia, Finlandia.

Jachty s/y Ark i s/y Baltic Star.

Niezapomniane zdarzenia na morzu. Będąc na duńskiej wyspie Samso leżącej między Półwyspem Jutlandzkim i Zelandią, spotkałem marynarza, którego rodzice pochodzili ze Śląska i wyemigrowali na tą wyspę przed wojną. Piękną Polszczyzną ten osiemdziesięciu pięciu letni bogaty biznesmen opowiadał jak pływał na żaglowcach handlowych wielkości „Daru Pomorza” tylko na żaglach.

1992 rok s/y Ark bierze udział w regatach Operacja Żagiel. Pod samym Nowym Jorkiem zaskoczył nas silny wiatr od rufy. Nie zdarzyliśmy w porę zdjąć grota. Dzięki temu „Ark” pobił swój rekord prędkości na żaglach robiąc ponad dwanaście knotów.

W tych regatach na mecie w Liverpool s/y Ark zdobył pierwsze miejsce w klasie D. Statuetkę z modelem jednego z statków flotylli Kolumba wręczył osobiście załodze Juan Carlos.

Żeglarstwo kołobrzeskie. Większy nacisk należy położy na szkolenia młodzieży.

edward.bernatowicz@wp.pl

 

14:38, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 września 2006
POKOCHALI ŻAGLE I KOŁOBRZEG

Mariusz Górnisiewicz

Wiek: 41 lat

Stopień – żeglarski: kapitan jachtowy

Zawód: mgr geografii

Rejsy: Biskaje Hiszpania, Alandy, Adriatyk, Morze Śródziemne

Rejs życia: Ten jedyny przede mną.. Z odbytych: na wiecznie sztormowe Biskaje

Porty, kraje, kontynenty odwiedzone: Europa i Afryka. Państwa: Niemcy, Szwecja, Finlandia, Dania, Anglia, Hiszpania, Włochy, Grecja, Maroko, Francja, Egipt.

Porty i kraje do odwiedzenia: Karaiby, Wyspy Zielonego Przylądka

Jacht:  s/y Wieniawa

Zdarzenie na morzu:

Humorystyczne: Jacht zbliża się urokliwego miejsca, dogodnego na postój na kotwicy.

 „Przygotować kotwicę” – pada komenda. Żeglarz sprawnie zaknagował na dziobie koniec liny kotwicznej.

Kotwica przygotowana” – pada odpowiedź.

Rzucić kotwicę” wydaje komendę kapitan. Plusk!!! Lina kotwiczna pozostała na pokładzie a kotwica na dnie. W tym momencie popłynął z ust kapitana wartki potok słów w kierunku żeglarza, który nie przyszaklował drugiego końca liny do kotwicy. Pominę ten cytat ze względów cenzuralnych;

Grozy: Związane jest z drugą pasja - nurkowaniem. Prace podwodne w byłej stoczni „Komuny Paryskiej” w Gdyni. Z nieznanych powodów rozłączył się przewód dostarczający powietrze. Asekurujący na powierzchni wyciągnęli koniec urwanego przewodu. Żadnych działań ratujących życie nie mogli podjąć. Ostatkiem sił udało się mi wydostać. Najbardziej zdziwiły ich miny, jakby zobaczyli ducha.

Hobby i zainteresowania : oprócz żeglarstwa  nurkowanie, granie na gitarze i śpiewanie szant

Uwagi i wnioski o żeglarstwie kołobrzeskim: Stworzenie lepszych i tańszych warunków na postój w porcie jachtów, których właścicielami są mieszkańcy Kołobrzegu.

20:54, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 września 2006
POKOCHALI ŻAGLE I KOŁOBRZEG

.

Zbigniew Butowski

Wiek 68 lat

Stopień żeglarski. Kapitan jachtowy.

Zawód inż. elektryk - emeryt

Rejsy: Patent żeglarza – 1958 roku od tego czasu kilkanaście rejsów do portów Morza Bałtyckiego, Morza Północnego i Morza Śródziemnego

Rejs życia Jacht „Dar Kołobrzegu” koniec lat siedemdziesiątych. Rejs z Warny do Marsylii z kapitanem Grochalem Rejs trudny złożony i piękny. Pozostały w pamięci na całe życie wrażenia z pierwszego rejsu na „Orkanie.

Porty, kraje, kontynenty odwiedzane: Szwecja: Malmö, Geteborg Dania: Kopenhaga, i inne Norwegia: Oslo i inne, Niemcy: Sasnic, Rostok, Warneminde, Hamburg, Kiel, Holandia; Amsterdam, Francja: Cale, Wielka Brytania: Londyn, Turcja: Istambuł, Grecja: Ateny,

Porty i kraje do odwiedzenia Marzeniem jest odwiedzić jeszcze piękne porty fiordów Norwegii.

Jachty „Dar Kołobrzegu”, „Dar Koszalina”, „Orkan”, „Eridan” „Płowce”.

Zdarzenia na morzu:

Humorystyczne Rejs do Lubeki. Cumujemy przy dalbie przed mostem. Dajemy sygnał – żądający otwarcia mostu zwodzonego. Brak reakcji. Dopiero po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że od naszego ostatniego pobytu most został przebudowany i przestał być zwodzony. Można było przepłynąć pod nim.

grozy Sytuacje trudne na morzu zdarzały się ale sytuacji grozy nie przypominam.

Hobby i zainteresowania Żeglarstwo było moją pasją dopóki byłem sprawny fizycznie, obecnie interesuje mnie wychowanie morskie.

Uwaga W roku 1981 wypłynął na Bałtyk pierwszy jacht motorowy m/y Jubilat do połowów wędkarskich na morzu dowodzony przez kapitana Butowskiego.

Opracował Edward Bernatowicz

19:40, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 września 2006
POKOCHALI ŻAGLE I KOŁOBRZEG

Zbigniew Drużba

Wiek – 65 lat

Stopień żeglarski – kapitan jachtowy.

Zawód - mgr inż. budownictwa.

Rejsy - Były ich dziesiątki, te niezapomniane i najistotniejsze to: „Wojewoda Koszaliński” do Nowego Jorku i Bostonu na 200-lecie Stanów Zjednoczonych; prawie roczny rejs na Karaiby (po drodze była Afryka, Senegal, Wyspy Zielonego Przylądka, wyspy Kanaryjskie, Madera, Barbados, Bahama, Floryda, powrót przez Azory); ponad dwadzieścia państw, ponad trzydzieści portów, około czternaście tysięcy mil. Rejsy po morzu Śródziemnym. Rejsy po Bałtyku i morzu Północnym.

Rejs życiaKrótki rejs do Londynu, w załodze pięciu kapitanów jachtowych pod moim dowództwem. Tak sprawnie i z finezją przeprowadzony rejs pozostawił niezapomniane wrażenie. A także wymieniony wcześniej rejs na Karaiby.

Kontynenty, wyspy, kraje odwiedzone – Afryka, Ameryka Północna, Ameryka Południowa, Europa. Kraje: europejskie; wszystkie nad Bałtykiem, Holandia, Anglia, Hiszpania, Maroko. Większość państw nad morzem Śródziemnym. Stany Zjednoczone Wyspy, wśród wielu szczególnie ciekawe: Dominika, St Lucia z aktywnymi gejzerami i wulkanami. Gorącą siarkę można tam odłupywać rękami. Gdy przed laty odwiedzaliśmy jedną z wysepek tego archipelagu tętniła roślinnością, obecnie bezludna i zniszczona przez wulkan w dziewięćdziesięciu procentach.

 

Porty i kraje do odwiedzenia. Dusza by chciała, lecz ciało nie pozwala. Stan zdrowia pozwala na krótkie pływania takie jak po Bałtyku, Bornholm.

Zdarzenie na morzu

– humorystyczne: Regaty Cutty Sark rok 1986. Etap w Goeteborgu. Wraz z Bronkiem Szmitem zostaliśmy zaproszeni na spotkanie z żeglarzami szwedzkimi. Znajomy kapitan Szwed zwraca się do zebranych. „Przedstawiam Państwu dwóch kapitanów polskich, Pana Szmita i Pana Drużbę”. Wywołało to wesołość. Polacy o tak niepolsko brzmiących nazwiskach?

-ciekawe: Na Karaibach jest wyspa – państwo St Lucia. Wyspa wulkaniczna porośnięta wspaniałymi lasami tropikalnymi. Urokliwe zatoczki, w których można stanąć na kotwicy. Lecz jest w błędzie ten, kto w takiej zatoczce zechce schronić się przed sztormem lub cyklonem. Może być zakatowany przez latające kokosy. Silny wiatr strzela nimi i trzeba salwować się ucieczką.

 

Jachty – „Eridan”, „Dar Kołobrzegu”, „Dar Koszalina” „Wojewoda Koszaliński”, „Orkan”, „Płowce” „Zaruski” cała grupa jachtów szczecińskich z jachtem „Pietrek” na czele.

Jacht życia - Oczywiście Wojewoda Koszaliński”

Hobby i zainteresowania – Szkolenia żeglarskie, żeglarska działalność społeczna.

Uwagi o żeglarstwie kołobrzeskim – Palącym problemem jest uznanie prawne zawodu „żeglarz zawodowy” zgodnie z standardami UE. Stworzenie właściwych warunków do rozwoju żeglarstwa w naszym mieście.

O honorowym obywatelu Rhode Island opracował Edward Bernatowicz

Foto Malownicza zatoka na St Lucia

 

21:13, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Komentarze (4) »
sobota, 09 września 2006
POKOCHALI ŻAGLE I KOŁOBRZEG

 Zbigniew Bobiński.

Wiek 59 lat.

Stopień żeglarski - Kapitan jachtowy

Zawód - Instruktor żeglarstwa.

Rejsy - Były ich dziesiątki, te niezapomniane i najistotniejsze to: „Wojewoda Koszaliński” do Nowego Jorku i Bostonu na 200-lecie Stanów Zjednoczonych; prawie roczny rejs na Karaiby (po drodze była Afryka, Senegal, Wyspy Zielonego Przylądka, wyspy Kanaryjskie, Madera, Barbados, Bahama, Floryda, powrót przez Azory); ponad dwadzieścia państw, ponad trzydzieści portów, około czternaście tysięcy mil

Na „Czartoryskim” do Brazylii. Na „Darze Kołobrzegu” z Kołobrzegu do Warny. Na „Wojewodzie Koszalińskim” z Kadyksu poprzez Casablankę do Gibraltaru. Na „Green Magic” wzdłuż Ameryki Północnej. Dziesiątki krótszych rejsów po Bałtyku, Morzu Północnym, Morzu Śródziemnym.

Rejs życia Rejs na Czartoryskim do Brazylii. 1976 „Wojewoda Koszaliński” do Nowego Jorku i Bostonu na 200 – lecie Stanów Zjednoczonych.

Porty kraje kontynenty odwiedzone Kontynenty: Ameryka Północna, Ameryka Południowa, Azja, Afryka, Europa. Kraje: - wszystkie kraje nad Bałtykiem, Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Stany Zjednoczone, Brazylia, Turcja większość państw basenu Morza Śródziemnego. Dziesiątki państewek na Karaibach oraz wiele innych.

Porty i kraje do odwiedzenia. – „Zdaje się na los”

Ciekawe zdarzenia na morzu. – Rejs do Brazylii na „Czartoryskim” 360 godzin w sztormie powyżej 8B.

5 styczeń 1994 rok. S/y Wojewoda Koszaliński. Rejs z Kadyksu do Gibraltaru. Wyjątkowo silny sztorm. Załoga schorowana i wykończona fizycznie. Konieczne jest postawienie fok i uruchomienie silnika by jacht nie roztrzaskał się o skały. Załoganci stracili nadzieję odmawiają wykonania poleceń. Zrezygnowani modlą się. Z trudem udaje się przekonać dwóch do pomocy. Uruchomiony silnik i postawiony żagiel ratuje z opresji.

Jachty – „Eridan”, „Dar Kołobrzegu”, „Dar Koszalina” „Wojewoda Koszaliński”, „Orkan”, „Płowce” „Pietrek”, „Tropiciel”, „Difur”, ”Wodnik S” „Czartoryski”, „Green Magic” „Ark”, „Baltick Star” i dziesiątki innych.

Najważniejszy jacht – s/y Wojewoda Koszaliński.

Dodatkowe zainteresowania – Praca z młodzieżą i nurkowanie.

O honorowym obywatelu Rhode Island opracował Edward Bernatowicz

09:14, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 września 2006
POKOCHALI ŻAGLE I KOŁOBRZEG

Grochal Teofil

Wiek – 65 lat

Stopień żeglarski – kapitan jachtowy

Zawód – żeglarz zawodowy

Rejsy – Było ich dziesiątki, te niezapomniane i najistotniejsze. 1976 „Wojewoda Koszaliński” do Nowego Jorku i Bostonu na 200-lecie Stanów Zjednoczonych. Warna – Kołobrzeg na „Darze Kołobrzegu”. 1977-79 regaty samotników o „Puchar Poloneza”. Kilkanaście rejsów na „Szopenie” wśród nich na Antyle, Bilbao. Rejsy na „Eridanie”.

Rejsy życia – Regaty samotnych żeglarzy dokoła Borholmu w latach 1977-79 o „Puchar Poloneza” na „Eridanie”, przy udziale takich żeglarzy jak Jaworski, Siudy, Kąkolski i inni.

Kontynenty, wyspy, kraje odwiedzone – Kontynenty: Ameryka Północna, Afryka, Azja, Europa; kraje: wszystkie kraje nad Bałtykiem oprócz Finlandii, Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Maroko, Grecja, Turcja, Stany Zjednoczone, Kanada i inne; wyspy: Kanaryjskie, Azory, Madera, Maiorka, Minorka, Ibiza, Korsyka, Sardynia, Alboran i inne.

Porty i kraje do odwiedzenia – Tak wiele, ze trudno wymienić.

Jachty – „Eridan”, „Dar Kołobrzegu”, „Wojewoda Koszaliński”, „Grunwald”, „Orkan”, „Płowce” „Szopen” i inne.

Jacht życia –„Wojewoda Koszaliński”

Ciekawe zdarzenie na morzu„Rejs Warna – Kołobrzeg na „Darze Kołobrzegu”. Między wysepką Alboran a Balearami. Nocą otoczył nas orki. Całe stado krążyło dokoła jachtu. Jedna podeszła do burty i nosem zaczęła obmacywać. Któryś z załogi złapał za rakietnicę w porę go powstrzymałem. Przeżyliśmy chwile grozy. Słychać było straszny odgłos z paszczy zwierzęcia jak przytłumione dudnienie wulkanu. Obmacała nas i po kilku minutach odeszła. Na drugi dzień złożył wizytę ponownie z daleka. Widocznie szukały wśród załogi człowieka, który zrobił im krzywdę. Orki mają podobno taki zmysł i pamięć, że potrafią zlokalizować człowieka, który zrobił im zło i odgryźć się na nim. Widocznie stwierdziły, że wśród załogi niema takiego i popłynęły dalej”.

„Znane są przykłady towarzyszenia jachtom i statkom przez stada delfinów zachowanie ich przypomina zabawy przy burcie statku my sobie schlebiam, że są tak inteligentne i towarzyskie i robią to dla naszej przyjemności. Powód jednak jest prozaiczny. Ryby kierowane strachem kryją się za burtami statków i jachtów i to jest ich klęska. Delfiny wiedza o tym i to, co ma być ratunkiem nieszczęsnych ryb jest ich tragedią. Ściganie zdobyczy przez delfiny jest bardzo efektowne i sprawia wrażenie popisów.”

O honorowym obywatelu Rhode Island opracował Edward Bernatowicz

06:10, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 maja 2006
Tylko morze szumi jak przed wiekami

„Trzymajmy się morza”

 

Przebudowa ta prowadzi od Polski konserwatywnej i strukturalnie prymitywnej /.../, do Polski o zdefiniowanym, własnym i odrębnym obliczu gospodarczym i politycznym w Europie”

Słowa te, jakże aktualne dziś, wypowiedział Eugeniusz Kwiatkowski w roku 1944 rok. Oczywiście dotyczyły polskiej gospodarki morskiej w zrujnowanej wojną Ojczyźnie. Był on jednym z wielu ludzi okresu międzywojennego, którzy udowodnili Europie i Światu kłamliwość stworzonej przez zaborców legendy o braku przedsiębiorczości, zdolności organizacyjnych, o naszym narodowym lenistwie. Jak historyczny bumerang powracają te „fałszywki” świadomie rozpowszechniane przez jednych, a z głupoty powtarzane przez inne „papugi medialne”. Często zastanawiamy się jak to możliwe, że naród poniewierany przez stulecia zaborów, słabo wykształcony był zdolny do wysiłku stworzenia takiej potęgi morskiej.

Ludzie władzy i działacze społeczni przy pomocy różnorodnych form i metod kształtowali morską świadomość społeczną. Jedną z dominujących imprez propagandowych było od roku 1932 Święto Morza, organizowane co rocznie na przełomie czerwca i lipca zmienione później na Tydzień Morza, a  w roku 1938 na Dni Morza, organizowane przez Ligę Morską. Były imprezami ogólnokrajowymi, cieszącymi się dużym zainteresowaniem.

„Gdynia stała się świętością narodową, jak Częstochowa. Na Święto Morza przyjeżdżały pielgrzymki z całej Polski. Ten pęd do morza miał coś osobliwego coś z obrzędu. Ludzie z nabożeństwem wchodzili do morza, żegnali się morską wodą, zabierali butelki z morską wodą dla tych, co pozostawali w domu. Gdynia przedstawiała niezwykły obraz: pielgrzymi obozowali na ulicach, skwerach, trawnikach, spali pod gołym niebem. Tak naród polski wracał nad morze” – pisał obserwator tych wydarzeń, Wincenty Bartosiak

Socjalistyczne Centralne Dni Morza w Kołobrzegu.

Druga połowa lat siedemdziesiątych.

„Wy będziecie odpowiedzialni za przygotowanie i właściwy przebieg śniadania dla najważniejszych gości. Prawdopodobnie sam towarzysz premier zaszczyci swą obecnością.”

Słowa te skierowane zostały do mego przyjaciela Macieja i do mnie przez I sekretarza. „Spróbujcie nawalić, to my Was rozliczymy.” Po tak przekonujących argumentach, dyskusja była bezprzedmiotowa. Pracownicy promów i stołówki PŻB dostarczyli odpowiednią ilość półmisków z wiktuałami. W salach ratusza kołobrzeskiego na piętrze stewardzi przygotowali na europejskim poziomie stół szwedzki. W wazonach kwiaty. W kieliszkach winiak. Służbowy uśmiech na twarzach stewardes. Przy wejściu do ratusza funkcję bramkowych „witaczy” pełnią dyrektorzy kołobrzeskich przedsiębiorstw morskich. O godzinie dziesiątej w sali Urzędu Miasta ma się odbyć wręczenie medali i odznaczeń zasłużonym pracownikom morza z całej Polski. Odznaczonym mają wystarczyć medale. Przedstawiciele władz państwowych i partyjnych po „trudach” przemówień i gratulacji posilą się w ratuszu przed dalszymi „odpowiedzialnymi” zadaniami dla „dobra ludowej ojczyzny”. Godzinę przed uroczystością, wbrew wcześniejszym uzgodnieniom, na ratuszowe „salony” wpadają goście. Skoro zostali wpuszczeni, to naszym obowiązkiem jest obsłużyć. Nie wyglądają na vip-ów socjalizmu. Półmiski wyczyszczone. Winiak wypity. Konsumenci zadowoleni opuścili sale. Zamierzamy zakończyć akcję. Wpada sekretarz. Zamiast podziękowań słyszmy.

„Ja Was załatwię, kogo wpuściliście, to nie byli właściwi towarzysze.

Nastąpiło nieporozumienie. Ktoś z obsługujących wysłał wytypowanych do odznaczeń na śniadanie, „witacze” pomylili rodzaj zaproszeń. Dzięki temu „klasa robotnicza” oprócz medali skonsumowała śniadanie swoich „przedstawicieli”. Błyskawiczna akcja. Telefon do PŻB. Jadą samochody z portu na sygnale z półmiskami. Stewardzi uzupełniają. Zdążyli. Nie straciliśmy pracy.

III Rzeczypospolita.

Centralne Dni Morza w Darłowie.

Rok 1999. Kołobrzeska „flotylla” wyrusza do Darłowa z kurtuazyjną wizytą na Centralne Dni Morza. Konwój otwiera „Ark” ze wspaniały herbem Kołobrzegu na żaglu. Dowodzi nim kapitan Mariusz, na pokładzie władze powiatu. W konwoju uczestniczą płynące na żaglach dwie DZ „Ola” i „Ela” z młodzieżową załogą. Dwa jachty motorowe: „Tukan” dowodzony przez Czesława i „flagowy” Zespołu Szkół Morskich „Pilot” po dowództwem Wiesława oraz inne jachty kołobrzeskie. Jestem na pokładzie „Pilota” sternikiem. Pogoda dogodna do żeglowania. Dezety na pełnych żaglach. Naszym dodatkowym zadaniem jest czuwanie nad ich bezpieczeństwem. Płynąc wydłuż wybrzeża w czerwcowy słoneczny dzień czujesz oddech polskiego wybrzeża. Ciemny błękit Bałtyku ograniczony piaszczystą plażą i ostrą zielenią lasów. Dokuczliwość upałów klimatyzuje lekka bryza, przesiąknięta charakterystycznym zapachem naszego morza. Spiekota skalistych wybrzeży Wysp Kanaryjskich, szarzyzna przesiąknięta kurzem pustyni na brzegach Mauretanii, czy Szkockie targane wiatrem górskie wrzosowiska nie dają tak błogich odczuć.

„Jak jedziesz, cała flota będzie się z nas śmiała!” Karcący głos Wiesia wyrywa mnie z przyjemnego rozmarzenia. Spoglądam za rufę. Kilwater wygląda jak powrót pijanego bosmana szeroką ulicą do domu. Trudno utrzymać „Pilota” na kursie. Duże luzy na sterze. Boczna fala. Staram się jak mogę ratować honor załogi. Przed nami perkocze „Tukan”. Wygląda jak stary trampek z zadartym dziobem. Na pokładzie dwie żeglarki Jola i Basia oraz kolega Jurek. Jurek ma dwie namiętności: kompania honorowa Zespołu Szkół Morskich i gotowanie na rejsach, biwakach i obozach. Właśnie cały swój kunszt kucharski poświęca swojej firmowej potrawie „kurczakowi w potrawce”. Przyprawia, miesza, degustuje. Kokpit przepełnia smakowity zapach. Jeszcze kilka minut gotowania i panie oraz dowodzący i stojący przy sterze Czesiu, będą podziwiać jego kunszt kulinarny. Dochodzimy do Darłowa. „Tukan” robi zwrot. Złośliwa zabłąkana fala uderza w burtę. Zakołysało. Przerażenie w oczach mistrza gotowania. Garnek z prawie gotowym daniem pięknym łukiem ląduje w zezach. Do końca rejsu Jurek był niepocieszony i boczył się na Czesława za wykonany zwrot.

Kołobrzeska flotylla wpływa do portu. Robi wrażenie na wczasowiczach i mieszkańcach Darłowa. „Ark” z vip-ami na lewo, pozostałe jednostki na prawo. Na „lewo” przemówienia, powitania uściski. Na „prawo” brak informacji, „róbta co chceta”. Żeglarze zawsze dadzą radę. Załatwienie dostępu do sanitariatów. Toaleta. Jeden element programu obchodów dobrze przygotowany i demokratyczny to msza polowa celebrowana przez Biskupa Mariana Gołębiowskiego.

Wieczór. Mamy zaproszenie do przydomowego ogródka przyjaciela naszego kolegi Krzysztofa. Maciej prowadzi pensjonat tuż nad kanałem portowym. W tym turnusie gości lotników z Olsztyna. Gdy sączymy napoje w urokliwym miejscu, płyną morskie i lotnicze opowieści.

Na „lewo” na nabrzeżu vip-ów jadą półmiski, uwijają się kelnerzy. Tylko nie słychać poprzez kanał portowy zwrotu WY, prawie Ci sami co niegdyś zwracali się „towarzyszu” teraz zwracają się „proszę pana”, a wieczny Bałtyk kpiąco szumi jak przed wiekami.

Edward Bernatowicz

edward.bernatowicz@wp.pl

 

12:50, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 maja 2006
Kucharz Pani Premierowej?

 

 

Wschody słońca na morzu!

O zachodach napisano setki wierszy, wyśpiewano setki pieśni, sfilmowano setki ujęć i namalowano setki obrazów. A wschody? Powitanie morza z słońcem rozpoczynające nowy dzień?

Spokojny Atlantyk przy wysokim pułapie chmur. Jutrzenka budzi ostrymi kolorami leniwe chmury. Zjawia się Ono - Słońce, tnące wierzchołki fal swoimi promieniami. Słyszysz melodię szalejących kolorów i czujesz  zapach oceanu. Nastał nowy dzień!

Za kręgiem polarnym. - Powoli i majestatycznie wynurza się na krótko za horyzontu, oślepiając swym blaskiem, wszystko inne jest tylko szarością. Król zimna „Nordolód” czuje potęgę Słońca, ograniczającą jego panowanie.

Nad Bałtykiem z plaży – wystarczy na trzeźwo, o wschodzie, przespacerować się na brzegu..

„Zgniły kapitalizm?”.

„Płowce” o świcie dopływają do wybrzeża Bornholmu w okolicach Neksø. W promieniach wschodzącego słońca, kolorowe stare domki, zielone wzgórza z pasącymi się owcami i białymi budowlami, pulsują kolorami. Pierwszy raz w życiu widzę ten „krwiożerczy” kapitalizm. Żałuję tylko, że nie mogę dotknąć tej „zgnilizny”. Płyniemy wzdłuż wybrzeża. Wypłynęliśmy z Kołobrzegu pozostawiając gorącą piaszczystą plaże pełną kąpiących się wczasowiczów. Tu widzimy pustą, kamienistą z zimą wodą. Po pechowej nocnej wachcie muszę zrehabilitować się wzorową dodatkową w kubryku. Śniadanie bez problemów - kanapki zrobione, herbata ugotowana. Nakarmiona załoga opala się na pokładzie. A ja pod pokładem muszę ugotować obiad.

Mój „sukces” kulinarny.

Jadłospis: zupa jarzynowa; śledzie solone z cebulką w śmietanie z ziemniakami; kompot owocowy. Ochoczo zabieram się do pracy. Zadanie jest proste. Nie widzę trudności. Przy zmywaku w podłodze jest jeden pedał do pompowania wody spożywczej ze zbiorników i drugi do wody zaburtowej. Napełniam garnki. Wywar z mięsa przygotowany. Warzywa pokrojone w kosteczkę wrzucone do garnka. W drugim garnku gotują się ziemniaki. Kompot stygnie. Proszę Andrzeja o posolenie zupy i ziemniaków.

- Nie musisz próbować. W tych sprawach mam oko – mówi po wyświadczeniu przysługi.

Obiad! Załoga przy stole. Stoję w oczekiwaniu na gratulacje. Pierwszy Andrzej bierze do ust łyżkę mojej wspaniałej zupy i... całą zawartość wypluwa na stół. Za nim pozostali uczestnicy posiłku.

- Co ty chcesz nas wszystkich potruć!? – słyszę. Pomyliłem pompy i cały obiad ugotowałem na zaburtowej słonej wodzie morskiej. Władzę w kubryku przejmuje Marylka. Gotuje bardzo dobrze. Wszyscy są zadowoleni. Obecnie po latach mogę powiedzieć, że gotowała dla nas żona Premiera III Rzeczypospolitej. Ale czy mogę powiedzieć, że byłem kucharzem pani premierowej?

Cyrkiel nawigacyjny Janusza.

Żmudnie halsując mijamy na prawym trawersie skalistą wysepkę Christiansø z bielejącymi na wzgórzu ruinami warowni. Wieczorem docieramy do północnej części wyspy. Zaciekawienie budzi duży drobnicowiec wyrzucony przez sztorm na mieliznę. Żeglowanie wzdłuż wybrzeża pozwala na łatwiejsze określanie pozycji. Nasze wyposażenie nawigacyjne to mapa, dokładny chronometr, i sekstans jak sto lat temu na żaglowcach. Prędkość jachtu oblicza się przez mierzenie czasu minięcia na wodzie pudełka od zapałek rzuconego z dziobu. Zastanawiamy się jak daje sobie radę Janusz Kirszak na „Grunwaldzie”, który na pytanie armatora, jakie potrzebuje mapy nawigacyjne. Pykając fajkę z specyficznym spokojem odrzekł.

- Wystarczy, że będzie zarys brzegu.

Przyrządy?

- Cyrkiel. Będę miał, czym czyścić fajkę.

Nocą mijamy zachodnie wybrzeże wyspy. Świt zastaje nas na pełnym morzu. Widnokrąg jest pusty. Niespodziewanie odwiedza nas na pokładzie gość. Gołąb pocztowy. Jest tak zmęczony, że daje się złapać. Wkładamy pod obrączkę małą karteczkę z pozycją i nazwą jachtu. Zachłannie pije z talerza wodę i zjada ziarna kaszy. Po trzech godzinach łopotem skrzydeł dziękuje za gościnę. Zatacza koło i odlatuje. Jest to sygnał. Ląd jest blisko. Po godzinie na widnokręgu zaczyna pojawiać się zarys. Powoli rozpoznajemy sylwetki budowli. Nie przypominają Kołobrzegu. Popełniliśmy „drobny” błąd. Jesteśmy na wysokości Mrzeżyna.

Robimy zwrot.

Wiatr jest korzystny. Baksztag. Trójka. Wanty grają jak lekko naciągane struny. Rezonasujące pudło kadłuba popluskuje i szemrze spokojnie. Prychają z zadowolenia dakronowe żagle. Kabestan grzechocze. Szoty wybrane i zaknagowane. Lekki przechył. Balastujemy. „Płowce” leżą na kursie. Jesteśmy odcięci od informacji. Brak wiadomości o pozostałych jednostkach. Po paru godzinach widać Kołobrzeg, czujemy ciepły oddech lądu. Z lewej burty, dwa rumby od kursu, na horyzoncie - jacht. Rzut okiem przez lornetkę. To „Erydan” pod dowództwem Bronka Szmidta.

Bronek „przyjaciel” Moskali?

Urodzony w Kłajpedzie. Całe jego życie było związane z żeglarstwem i klubem "Josehp Conrad”. Humorysta. Każdy rejs z nim to pasmo dowcipów i śmiechu. Ze szczególnym upodobaniem wyżywał się w dowcipach na temat ówczesnego „wielkiego brata”, „wiecznego przyjaciela” narodu Polskiego, Związku Radzieckiego. Musisz wiedzieć kochany wnuku, że to była w tym czasie niebezpieczna zabawa. Kilka lat później, Bronek o mało nie odczuł tego na własnej skórze. W piękne letnie popołudnie wypłynął z przyjaciółmi na redę. Po zgłoszeniu przez radiostację celu pływania. Przy piwku. Popłynęła z ust seria dowcipów o znanej wszystkim „wyższości” człowieka radzieckiego nad innymi nacjami. W eterze zapanowała przerażająca cisza. BRONEK ZAPOMNIAŁ WYŁĄCZYĆ RADIOSTACJĘ. Nie pomogły próby podejmowane przez przyjaciół połączenia się z „Erydanem”. Panowie z instytucji „Rozmowa Kontrolowana” przez kilka godzin słuchali „wrogiej ideologicznie i ustrojowo działalności” Bronka i wybuchów śmiechu jego przyjaciół. Po powrocie do portu był przekonany o konsekwencjach tak „strasznego” przestępstwa. Lecz czy to „smutni panowie” nie rozumieli dowcipów czy też „smutnym panom” podobały się aż tak, że Bronkowi odpuścili.

Na burłaka.

Odległość „Płowców” i „Eridana” od główek portu kołobrzeskiego podobna. Wstąpił w nas duch walki. Wybieranie. Luzowanie. Wchodzimy pierwsi. Wytraciliśmy prędkość! Bronek siedzi na ogonie! Meta w punkcie odpraw na wysokości latarni morskiej. Musimy dotrzeć tam bez pomocy silnika.

- Na burłaka! – pada komenda.

Wyskakujemy na falochron. Ciągniemy na cumie jacht do mety. Rywale mieli lepsze wejście w główki i na żaglach miną metę. Lecą żartobliwe docinki. Kto wygrał pojedynek? Po trzydziestu latach nie pamiętam. Lecz czy to było najważniejsze?

Edward Bernatowicz

 

08:40, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 kwietnia 2006
CZY TAWARSZCZ TO GENTLEMAN?

Żegluj, żegluj żeglarzu po morzach...Być żeglarzem! Kto? Kiedy? Jak? Może nim zostać. Jakie kursy ukończyć? Ile rejsów przepływać? Jakie cechy charakteru nobilitują do tego tytułu? Kochany wnuku! Nie jestem w stanie odpowiedzieć na te pytania. Przeciętny zjadacz lądowego chleba myli często żeglarstwo z komercyjną profanacją tego zjawiska. Na pierwszych stronach prasy nie zawsze widzimy prawdziwych bohaterów tej przygody życia. Milcząca większość społeczności morskiej wie, kto jest fałszywym bohaterem, a kto prawdziwym. Im wystarcza własna ocena moralna.

Najważniejsza cech? - Śp. Rysiu Chomej wspominał incydent z regat „Operacja Żagiel 1976” z Plymouth w Anglii do Newport na 200-lecie Stanów Zjednoczonych. Brały w nich udział największe żaglowce świata oraz setki jachtów, wśród których był „Wojewoda Koszaliński”. Rysiu, Bronek Szmit, Wiktor Szostało w drodze powrotnej Wiesiek Stasiński i Roman Kałachurski reprezentowali Kołobrzeg wśród załogantów „wosiwody”, jak go nazywali Amerykanie. Każdy żaglowiec lub jacht posiada silnik. W czasie regat nie można go używać. Oczywiście silników nikt nie plombuje. Zależy tylko od uczciwości załogi i honoru żeglarskiego. Czy to jest przestrzegane? Pierwszy linię mety w Newport minął żaglowiec radziecki „Kruzensztern”, który miał dziwnie rekordowe przebiegi dobowe. Załogi jachtów płynących w pobliżu zwycięscy złożyły protest twierdząc, że słyszeli pracę silnika. Sędzia Główny regat w obecności prawie wszystkich kapitanów żaglowców i jachtów, zebranych w olbrzymim kościele, zwrócił się do kapitana „Kruzenszterna”

- Panie kapitanie. Czy używał Pan silnika głównego w czasie regat?

Nie – odpowiedział zapytany.

- Panowie!– zwrócił się do zebranych. - Skoro dżentelmen mówi, NIE, to wystarczy. Protest oddalam.

Lecz świat żeglarski wiedział, że słowo „gentleman” to nie to samo, co „tawaryszcz”.

„HONOR ŻEGLARSKI”. Czy tą wartość nabywa człowiek przez kontakt z żeglarstwem? Czy posiadając ją, człowiek staje się żeglarzem?

Trzech kapitanów żeglugi jachtowej.

Kołobrzeską społeczność opuścili, i żeglują po niebiańskich oceanach, między innymi, trzej żeglarze. Rysiu Chomej, Janusz Kirszak, Bronek Szmit. Przeciętni posiadacze HONORU ŻEGLARSKIEGO. Co ich charakteryzowało? – Autentyczna życzliwość dla innych. Cierpliwość i spokój. Cech tak bardzo potrzebne obecnie, gdy rozprzestrzenia się „schizofrenia tchórzliwego menadżera”(oficjalnie – życzliwość i uczciwość; w praktyce - fałsz i obłuda). Atakujące szkwały złego losu i bałwany ludzkiego fałszu, przetrzymywali i powoli podnosili swe „żaglowce” z przechyłu i dalej płynęli do celu pozostawiając za sobą dwulicowość i głupotę. Dane mi było obserwować tych ludzi od początku mojej, skromnej przygody morskiej.

Regaty dokoła Bornholmu.

Początek lat siedemdziesiątych. Dzięki staraniom żeglarzy kołobrzeskich w czasie Dni Morza odbywają się regaty z Kołobrzeg - dookoła Bornholmu – Kołobrzeg. Kołobrzeski Hufiec Morski ZHP reprezentują dwa jachty „Grunwald” i „Płowce” Zostałem zakwalifikowany jak załogant na „Płowcach” W skład załogi wchodzą instruktorzy ZHP: „świeżo upieczony” jachtowy kapitan Wiesiek Stasiński Pilot Chorągwi ZHP Koszalin. (Do dziś bezgranicznie oddany żeglarstwu); Marylka (obecnie żona jednego z byłych premierów III Rzeczypospolitej); Wiktor, (opuścił w latach osiemdziesiątych Ojczyznę ze względów politycznych zdobywając w świecie, sławę i pieniądze); motorowodniak Andrzej (obecnie mieszkaniec Kołobrzegu) oraz „druh” Krzysiek, którego dodatkowym tajnym zadaniem jest „czuwanie” nad członkami załogi, aby w trakcie rejsu nie ulegli zakusom „wrednego kapitalizmu” i nie wybrali wolności porzucając kraj „socjalistycznej sprawiedliwości społecznej”. O jego misji specjalnej wiadomo wszystkim. Udajemy niewiedzę. Staramy się nie przysparzać kłopotów w tym zakresie sobie i jemu.

Fajka Janusza Kirszaka.

„Płowce” - nowy nabytek harcerzy kołobrzeskich. Pachnący drewnem. Lśnią niklowaną świeżością kabestany i metalowe elementy osprzętu. Ożaglowanie dakronowe: fok i grot. Zabrakło pieniędzy na zakup spinakera. Załoga na burcie. Takielunek sprawdzony. Jacht uzbrojony w żagle. Kierunek. Linia startu na redzie Kołobrzegu. Za nami wypływa drugi jacht harcerski „Grunwald” dowodzony przez "Admirała" Kirszaka. Przy sterze charakterystyczna sylwetka brodatego Janusza, z nieodłączną fajką w zębach. Przed nami płynie „Erydan” dowodzony przez Bronka Szmita. Na redzie dołącza najgroźniejszy rywal jacht Marynarki Wojennej z Kołobrzegu. Start! Wiesiek sprawdza kierunek wiatru. Wyznacza kurs względem wiatru. Prawy ostry bajdewind. Stan morza 2-3B. Słonecznie. Szoty grota i foka mocno wybrane. „Płowce” lekko pochyliły się i tnąc szkliste grzbiety fal pozostawiały Kołobrzeg za sobą. Jacht leży na kursie można zająć się wyznaczaniem wacht. Mnie przypada najgorsza zwana „cmentarną”. Za nami wlecz się „Grunwald”, przy tym kierunku wiatru trudno mu będzie nawiązać walkę. Po południu zmienił się kierunek wiatru. Można postawić spinaker o ile się go ma. Jacht Marynarki Wojennej stawia. Dostaje przyspieszenia zostawiając wszystkich w tyle. Wiesiek robi, co może, aby przy pomocy foka i grota wycisnąć jak najwięcej. Trzeba się wyspać. Moja wachta jest w nocy. Leżąc na koi czujesz rytmiczne chlupanie wody o burtę w odległości dwudziestu centymetrów od głowy...

Kompromitująca wachta.

- Wstawaj! „Wachta!

Przekazanie wachty.

- Trzymaj kurs. Jakby się cos działo budzić kapitana. Dobranoc.

Czuje się dumny. Pierwsza samodzielna wachta. Mocno ściskam rumpel steru, co chwilę spoglądając na podświetloną tarczę kompasu. Piękna gwiaździsta noc. Nagle! Zabłąkany podmuch wiatru czując mój brak doświadczenia, zakręcił żaglami wyrywając rumpel. Szybki unik przed przelatującym boomem. Rechotliwy śmiech wiatru w żaglach. Rzuciło! Zakołysało! Brzęk naczyń. Ktoś wyleciał z koi. Jacht na kontra kursie.Przeklęństwa!

- Co się stało? – słyszę obok głos Wieśka – Ale się spisałeś!

Wyrównuje kurs. Obudzona załoga jednogłośnie stwierdza.

- Jutro masz poza kolejnością wachtę w kubryku.

Tak jest – odpowiadam.

C.d.n. “Zupa na wodzie morskiej”

 

edward.bernatowicz@wp.pl

 

 

 

 

20:19, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Komentarze (1) »
piątek, 31 marca 2006
Wiatr i woda są jednakie dla wszystkich

     Przemykając w porcie jachtowym obok nabrzeża klubu „Kliwer”, kątem oka zauważyłem człowieka na wózku inwalidzkim obserwującego Maćka, krzątającego się przy łodzi żaglowej. Na chwilę przykuła moją uwagę jakaś inność w oczekującej cierpliwości właściciela wózka. Pognałem dalej oddać się dyskusjom z bracią żeglarską. Po kilku minutach znowu przykuła moją uwagę osoba na wózku tym razem znajdował się na łodzi żaglowej „Radość”, którą z basenu jachtowego wyprowadzał Maciek.

Maciek wziął na przejażdżkę po porcie chorego człowieka - pomyślałem. Jakie było moje zdziwienie gdy po chwili zobaczyłem Maćka na kei.

    - A gdzie pasażer? -zapytałem.

    - Zobacz!

Niczym Pegaz niosący radość i przyjemność zamiast Zeusowych Piorunów.

    Na wodach przyległych do portu jachtowego „pędzlowało” wodę kilka jednostek w wśród nich wyróżniała się „Radość” z Adamem Stepką, obiektem mego zainteresowania. Ten człowiek mniej sprawny na lądzie, doświadczony nieszczęściem złego losu, na łodzi tworzy jedną całość. Współczesny Pegaz musiałby wyglądać jak człowiek na wózku, w jachcie, płynący na skrzydlatych żaglach. Patrząc na manewry jednostek można stwierdzić: Żeglarstwo jest sportem dostępnym dla każdego. Jednak, aby zupełnie samodzielnie sobie radzić trzeba być dość sprawnym. Są w Polsce żeglarze po amputacji kończyny, dolnej lub górnej, żeglujący samotnie po mazurskich jeziorach. Te minimum sprawności, daje pełną autonomię. Jednak tam, gdzie zawodzi własne ciało, w sukurs przyjść mogą inni ludzie i technika. Najprostszym rozwiązaniem, to dołączyć do sprawnej załogi jako załogant. Można również dostosować łódź do określonych dysfunkcji. Takimi łodziami są łodzie żaglowo-wiosłowe typu „Radość”, które posiada kołobrzeski klub Kliwer. Międzynarodowa Organizacja Żeglarzy Niepełnosprawnych, International Foundation for Disabled Sailing, publikuje na stronach www.infds.org - Sailing Manual - podręcznik, dla zainteresowanych tym tematem. Jak sobie radzą amerykańscy żeglarze niepełnosprawni można znaleźć na stronach organizacji "Shake-a-leg" - skupiającej ludzi z dysfunkcją narządu ruchu: www.shakealeg.org/sailing i www.shakealegmiami.org/. Z pomocą wolontariuszy, a także dzięki adaptacji nabrzeży i specjalnemu wyposażeniu jachtów, żeglują tam osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności, "na lądzie" poruszają się na wózkach elektrycznych. Wiatr i woda są takie same dla wszystkich, dlatego na wodzie szanse się wyrównują. Mogłem to osobiście zobaczyć obserwując Adama.

Lord Nelson 

    Brytyjski bark Lord Nelson jest pierwszym żaglowcem przystosowanym do obsługi przez osoby niepełnosprawne. Żaglowiec ma 52 m. długości i 8,5 m. szerokości. Powierzchnia żagli wynosi 850 m i są obsługiwane automatycznie. Żaglowiec ma windy, które mogą wciągnąć na reje wózki inwalidzkie, a specjalnie dostosowane alarmy budzą niesłyszących na wachty. Osoby niewidzące mogą sterować za pomocą kompasu akustycznego Żeglarze niepełnosprawni mogą stanowić nawet połowę załogi Taki rodzaj pływania jest dość kosztowny i nie na kieszeń naszych obywateli.

Sprawniejsi mniej sprawni

    U żeglujących osób niepełnosprawnych daje się zauważyć pozytywne zmiany kształtowania takich cech osobowości jak: zdecydowanie, spostrzegawczość, szybka orientacja, umiejętność szybkiego podejmowania decyzji, aktywność, punktualność, współdziałanie w grupie, poczucie odpowiedzialności za ludzi i sprzęt, wyrobienie niezależności i odwagi. Nauka i doskonalenie nauki żeglowania rozwija pamięć i umiejętność kojarzenia a nade wszystko przewidywania. Konieczność zadbania o możliwość pływania, dojazd do akwenu, taklowanie łodzi a w końcu pełnienie funkcji załoganta a z czasem sternika- zmusza aktywność pozwala utrzymać narząd ruchu w sprawności niezbędnej dla osoby niepełnosprawnej. Trening sportowy nawet w formie nie systematycznej wpływa dodatnio na podniesienie odporności i ogólnej wytrzymałości. W związku z tym można zaryzykować stwierdzenie, iż sport żeglarski dla niepełnosprawnych jest formą rehabilitacji ruchowej, psychologicznej i społecznej.

„Razem na wodzie i pod żaglami.”.

    Na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia w Kołobrzegu zaistniało kilka pozytywnych zjawisk w zakresie „terapii na sprzęcie pływającym. Jednym z nich był realizowany od 1991 roku program pod nazwą „Razem na wodzie i pod żaglami”. Jak powiedział jeden z współtwórców i realizatorów tego programu, obejmował on w swych zadaniach pracę z dziećmi i młodzieżą upośledzoną umysłowo w integracji z pełnosprawnymi rówieśnikami. Efektem, realizacji tego programu było powstanie klubu żeglarskiego „Kliwer”. Oraz I Ogólnopolskie Regaty Olimpiad Specjalnych w roku 2001.

Nasza kołobrzeska niepełnosprawna rzeczywistość.

    Kołobrzeg z natury swego położenia posiada dogodne warunki do bycia miastem „przyjaznym dla niepełnosprawnych” nie tylko pokrzywdzonym przez los naszym mieszkańcom, ale również gościom z kraju i zagranicy możliwości te będą jeszcze większe po maju 2004 roku. Każda złotówka wydana na likwidowanie barier w tym zakresie nie tylko ułatwi życie naszym mieszkańcom, ale da również da dochody. Lecz obserwując poczynania decydentów „z lewa” i „z prawa” opozycji i rządzących ma się wrażenie, że oni są niepełnosprawni społecznie i ekonomicznie. Jest w tym mieście grupa ludzi, którzy na miarę swych możliwości stara się organizować, inicjować, propagować, ale często pozostaje to niedoceniane i pomijane z różnych względów. Jak powiedział Adam Stepka

    - Dla nas mało istotne jest określenie „sprawny inaczej” czy „inwalida” ważniejsze jest bym mógł dostać się do Urzędu Miasta lub do Ratusza.

   Mieszkam przy bezchodnikowej ulicy łączącej miasto z Radzikowem. W ciepłe majowe przedpołudnie z trudem na wózku starał się dostać do miasta „sprawny inaczej”. Prosił mnie bym przekazał gospodarzom miasta „życzenia”. Całych życzeń nie przekażę (cenzura). Powtórzę ostatnie zdanie.

    „Panowie usiądźcie w wózkach inwalidzkich i przez kilka godzin poruszajcie się po tym mieście.”

Edward Bernatowicz

 

Ps Po kilku latach nie zmieniło się w tym zakresie na ulicach  Kołobrzegu, tylko na hasłach „Miasto przyjazne dla niepełnosprawnych” paru sprawnych fizycznie mniej sprawnych umysłowo, zrobiło kariery polityczne z poselskimi włącznie. Klub "Kliwer" chyli się ku upadkowi. 

13:58, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 marca 2006
PO COM CIĘ TAM POSŁAŁ?

   Duże i luksusowe statki. Okręty wojenne. Bitwy morskie. Odkrywcy i bohaterowie. Oceany. Egzotyczne morza. Piraci Dalekie porty. Dalekomorskie łowiska. Morze przez duże M. Morska legenda. Morze ciężkiej pracy. Morze wyrzeczeń, dla zabezpieczenia bytu sobie i swojej rodzinie. Morze ludzkich tragedii. Sto dni morskiej monotonni, jeden dzień, jedna chwila zauroczenia. Sto dni wspomnień o jednej chwili. Ludzie morza potrafią wyłapywać z jednostajnego, codziennego trudu to, co piękne i wartościowe. Czasami morze pozwoli Ci wygrać „drugie życie” nie wirtualne, lecz prawdziwe. Z politowaniem wówczas patrzysz na fałsz i hipokryzje otaczających Cię uczestników wyścigu szczurów. Tradycyjne sympatyczne pojęcie „szczur lądowy” nabrało obecnie innej obrzydliwej wartości.

Bałtyk jest tuż tuż!

   W natłoku bodźców działających na nasze zmysły, w zwykłej lądowej codzienności, nie zauważamy urokliwości zjawisk i nie potrafimy z drobnych przyjemności układać mozaikę radości życia. Tuż obok nas jest świat morza. Wystarczy codzienny spacer. Wystarczy wskoczyć na małą żaglówkę lub łódź w letni dzień. Wypłynąć na redę Kołobrzegu. Bałtyk otocz Cię pogodną innością.

Zawsze życzliwy wszystkim franciszkanin o.Bogdan Romaniuk, tak spostrzega ten problem,

„Gdy przyjdzie mój czas stanąć przed Bogiem zapyta On

   – Bogdanie! Gdzie mieszkałeś?

   - W Kołobrzegu.

   – A było tam morze?

   - Było.

   - Chodziłeś nad brzeg podziwiać jego piękno? - Gdybym musiał powiedzieć

   - Nie – usłyszałbym.

   - TO PO COM CIĘ TAM POSŁAŁ?”

„Srebrny Dzwon 2002”

   Kołobrzeskie regaty o „Srebrny Dzwon 2002”. Nie piszą o nich międzynarodowe komercyjne pisma żeglarskie, nie finansują bogate koncerny, nie reklamuje sieci telewizyjne, jest to nasza lokalna przygoda z morzem. Zgodnie z zasadą

„NAJWIĘCEJ PRZYJEMNOŚCI DAJE PŁYWANIE NA NAJMNIEJSZYM SPRZĘCIE, NA NAJWIĘKSZEJ FALI”.

   Biorąc również po uwagę możliwości ekonomiczne i sprzętowe, mustrujemy się jako załoga regatowa na DZ „Ola” Zespołu Szkół Morskich w Kołobrzegu. Załoga dwupokoleniowa. W regatach startują cztery jednostki tej klasy. Oczywiście jesteśmy pewni zwycięstwa. Dowodzi naszym „jachtem” doświadczony człowiek morza, nasz przyjaciel Krzysztof Wejkowski. Człowiek, który większość swego życia zawodowego spędził na morzu, opanowany przez wirus morza. „Chorobę” tą próbuje obecnie, zaszczepić młodym „jungom” technikum morskiego. Człowiek wielkiej kultury osobistej. Perfekcjonista. Jesteśmy „dowodzeni” ze spokojem i dystansem do „bezdyskusyjnego” zwycięstwa. Rola sterników przypadła młodzieży Tomkowi najlepszemu absolwentowi Technikum Morskiego, obecnie studentowi politechniki i Renacie studentce medycyny. Koleżanki Jola i Basia z zaangażowaniem klarują jednostkę. Nie dają tego po sobie poznać, ale zostały już skażone morzem. Choroba ta powoli staje się nieuleczalna. Fok, grot i bezan zostały sklarowane. Szoty sprawdzone. Koła ratunkowe i kapoki przygotowane. Zadania członkom załogi przydzielone. Bałtyk jest nasz! Do zwycięstwa!

Człowiek renesansu morskiego.

   Bierze nas i inne jednostki, na hol „jacht motorowy” „Tukan” dowodzony przez Czesia Krewskiego. Absolwent TRM Kołobrzeg. Wiele lat spędził na statkach rybackich. Morze dobrze „dało mu w kość”. Nie jest na nie obrażony wprost przeciwnie. Motorowodniak. Żeglarz. Potrafi chodzić po dnie.(Jest nurkiem.) Nie sprawiają mu trudności arkana mechaniki i szkutnictwa. To, że stary „Tukan” utrzymuje się na wodzie to głównie jego zasługa. Jak mówi z dumą

   - Przez dwadzieścia minut samodzielnie, pod kontrolą pilotowałem, awionetkę.

Te dokonania i umiejętności dają mu moralne prawo do wznoszenia toastu:

   „ZA TYCH, CO NA MORZU W POWIETRZU I NA DNIE”.

Walka do zwycięstwa.

   Konwój jednostek uczestniczących w regatach wolno płynie z portu jachtowego. Wszyscy z dumą prezentują koszulki regatowe. Z zarozumiałą wyższością machamy do licznie zgromadzonych na kei, wczasowiczów. Gdzie im do nas? W główkach portu puszczamy hol. Fala przybojowa niebezpiecznie zakołysała łodzią. Stawiamy żagle. Na redzie kolorowo od żagli. Flotylla jest skromna. Obserwatorowi z lądu sprawiają wrażenie chaotycznego rozgardiaszu. Nic bardziej błędnego. Wszystko odbywa się zgodnie z prawidłami ruchu na wodzie. Wszyscy z odrobiną zazdrości spoglądają na dwa sportowe jachty ze znanymi symbolami reklamowymi. Dla nich to praca. Dla nas przyjemność. Regaty rozgrywane są na wysokości mola po wyznaczonym na wodzie trójkącie Sternicy i „dowódcy” jednostek opracowują taktykę. Badają kierunek wiatru. Starają się tak ustawić swoje jachty, by moment startu zastał najbliżej umownej linii na wodzie. Rakieta w górze. Ruszyły. Na konkurencyjnych jednostkach „młode wilki” spragnieni zwycięstwa jak krwi.

   - Ostro na wiatr!- Szoty wybrane. - Płynem po zwycięstwo!

   - Zwrot przez sztag! - Źle wykonany. Wiatr się śmieje w żaglach. Wiatr z rufy.

   - Żagle na motyla!

   - Zwrot przez rufę! - Odpadamy.

   - Wyostrzyć! - Prawy bandewind. Balastujemy prawą burtę. Przy następnym zwrocie w ferworze walki mało nie dochodzi do kolizji z konkurencyjną DZ. Wytracamy prędkość. Zmiana sternika. Powtarzalność komend i manewrów. Płyniemy. Fale rytmicznie chlupoczą o burtę. Wieje lekka bryza. Czujemy promienie słońca na twarzach. Jachty wyczynowe stawiają spinakery. Wyglądają jak kolorowe wiatrem wypełnione poduszki. Jednostki pozostałych klas dawno zakończyły wyścig pozostały tylko DZ.

Czym jest DZ?

   Przed laty statki były wyposażane w DZiesięcioosobowe, wiosłowe szalupy ratunkowe. Wraz z rozwojem technik ratowniczych i zaostrzeniu przepisów. DZ wycofywano z wyposażenia statków. Prawdziwi żeglarze odkryli w nich wspaniałe i ekonomiczne jednostki do pływania redowego i zatokowego. Po zamontowaniu masztów posiadają trzy żagle można również pływać na wiosłach. Regaty zbliżają się do finału. Nasza „Ola” dociera na linię mety jako ostatnia. No cóż.

JESTEŚMY POKONANI, LECZ NIE ZWYCIĘŻĘNI

   Powrót do portu. „Tukan” prycha swym zdezelowanym silnikiem. Poprzez wodę lecą żartobliwe docinki. Wszyscy zadowoleni i radośni. Cumowanie. Rozbrojenie jednostek.

Wieczorem wręczenie nagród i dyplomów. Wszyscy do tawerny! Przy dźwiękach szant płyną żeglarskie opowieści...

Edward Bernatowicz

edward.bernatowicz@wp.pl

 

18:55, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 stycznia 2006
Tajemnice Kirszakowego hangaru II

 

Część II

TAMTE CZASY

Historią według tej nauki jest to, co działo się przed pięćdziesięciu laty, dlatego naukowcy dla określenia zdarzeń w „czasoprzestrzeni” ostatnich pięćdziesięciu lat opatrują nazwami „historia najnowsza”, „współczesność”. Po półwiecznym lub dłuższym okresie przypisujemy chronologicznym etapom pewne ogólnie akceptowane nazwy i odczucia emocjonalne. Analizując historyczną oś czasu naszej Ojczyzny w XX wieku mamy ogólnie wspólne rozumienie pojęć: okres zaborów, I wojna światowa, okres wolnej międzywojennej Polski, II wojna światowa. Lecz w określeniu tak zwanego PRL odczucia są zróżnicowane, dla jednych jest to okres „radosnych przymiotników”: „świetlana przyszłość”, „sprawiedliwość społeczna”, ”ludzka twarz”... Dla innych to sowiecki zaborczy totalitaryzm pozbawiający godności człowieka.

Kochany wnuku, mam nadzieję, że doczekasz się czasów, w których określanie tego półwiecza, będzie jednakowo rozumiane przez naszych rodaków i będzie zgodne z prawdą historyczną. By nie urazić sympatyków i przeciwników tamtej rzeczywistości będę używał pojęcia TAMTE CZASY.

Ci, co umieli brukować poszli do Rządu, a ci wyrzuceni z Rządu nie umieli brukować

W TAMTYCH CZASACH, 23 października 1969 roku Admirał (dla przypomnienia Janusza Kirszaka) wraz z czterema przyjaciółmi żeglarzami postanowili wybudować jacht, którym mieli opłynąć Świat. Dość szybko stanął hangar. Budowano jacht od podstaw, drewno pochodziło jak przed wiekami z podkołobrzeskich lasów, przetarte w miejscowych tartakach i sezonowane w hangarze i obok. Życie przyjaciół zaczęło się toczyć przez najbliższe lata w hangarowym świecie. Lecz by w TAMTYCH CZASACH wypłynąć w rejs dookoła globu i to na własnej jednostce, nie wystarczył jacht, załoga i chęci. Władza ludowa musiała mieć jakieś zabezpieczenie materialne, gwarantujące powrót podróżników do kraju. Tak zrodził się pomysł budowy oryginalnego domu. Była to radosna budowa. W czasie przebudowy ulic wykopane kostki brukowe nie wracały na swoje miejsce pod asfalt. Ci, co przed wojną brukowali poszli do Rządu a ci, co przed wojną byli w Rządzie nie umieli brukować. Tym to sposobem wiele płotów, fundamentów i ścian domów w Kołobrzegu ma charakterystyczną kostkę brukową. Admirał projektując ten „riterhaus” wykorzystał cały swój geniusz architektoniczny. Spełnione musiały być warunki: wykorzystanie w budowie jak największej ilości materiałów z „odzysku”, niepowtarzalna oryginalność gustownie wkomponowana w otoczenie przy parku nadmorskim, spełnione bzdurne przepisy dotyczące metrażu i najważniejsze – funkcjonalność przeznaczenia.

Kominek wielkości wołu

- Na stare lata, po opłynięciu globu, będziemy biesiadować i wspominać w największej sali - holu, na antresoli kapela będzie nam grała szanty, więc musi być taki duży kominek by się tam cały roczny wół mógł upiec. Kto wie, jakie wymiary ma taki wół? – zapytał Janusz. Ponieważ przyjaciele nie znali odpowiedzi, załadowali się na stary zdezelowany gazik i ruszyli do podkołobrzeskiej wsi gdzie żeglarz Kolombo hodował bukaty. Po krótkim pościgu na pastwisku ustalono optymalne wymiary. Powstał kominek, w którym czterech chłopów mieściło się bez problemów. Dom zaczął przybierać swe urokliwe kształty. W ściany wbudowane zostały elementy starej kamieniarki wygrzebanej z gruzowisk kamieniczek, stromy dach pokryty został gontem i pięknie współgrał z łukowymi oknami. W holu miało zostać wybudowane gotyckie sklepienie łukowe.

Nietuzinkowa osobowość Kirszaka skupiała wokół siebie grupę bezinteresownych przyjaciół - żeglarzy. W hangarowym świecie budowała się Viktoria a po za nim toczyło się kołobrzeskie życie TAMTYCH CZASÓW, w którym z rozmiłowanie uczestniczyli „hangarowcy”.

Dżemojady

W jednym z rejsów, gdy Janusz robił swoje patenty żeglarskie przypadło mu stanowisko II oficera. Obowiązkiem na tym stanowisku było zaprowiantowanie załogi na rejs.

- Zje chłop bochenek chleba dziennie?

- Zje.

Przeliczył. Ilość członków załogi razy ilość dni rejsu.

- Zje chłop kilo boczku dziennie?

- Zje.

Przeliczył. Ilość członków załogi razy... Do tego został nabyty czosnek, cebula. Z poprzedniego rejsu na jachcie pozostał cukier. Po zakupie w/w ilości artykułów pozostała mu pewna kwota pieniędzy, za które zostały nabyte napoje zwane wyskokowymi. Jacht wypłynął w rejs. Boczek pieczony. Boczek gotowany. Boczek smażony. Kto miał życzenie mógł zamówić kompot z boczku bo cukier był. Po czterech dniach diety boczkowo – cebulowo – czosnkowej część załogi zbuntowała się. Po groźbą rakietnicy zawinęli do Dziwnowa. Za ostatnie uzbierane pieniądze zakupili dżem i makaron. Ponieważ z diety boczkowej zrezygnowały tylko trzy osoby został nadany im przydomek „Dżemojady”, który funkcjonował w klubie do końca lat siedemdziesiątych.

- O Dżemojad! Padało czasami na powitanie.

„Pachnąca taksówka

Po trudach pracy towarzystwo po wodzą Admirała udało się do przyjaciela Gulgota, który na uroczysku nad strumieniem przy leciwym borze, budował swoją wymarzoną Banderoze. Zauroczeni rześkim oddechem lasu, zatopieni w morskie wspominki przerywane toastami, nie spostrzegli się, że już było po północy. Powstał problem powrotu do Kołobrzegu. Dla przypomnienia: pokonanie dwudziestokilometrowej odległości w nocy w TAMTYCH CZASACH było nie lada problemem. Do taksówek stało się w długich kolejkach. Taksówki na telefon prawie nie istniały, a poza tym był problem z telefonami.

– Ja to załatwię – zdeklarował się jeden z uczestników spotkania. Po kilkunastu minutach zajechał ciągnik z jakąś dziwną przyczepą wymoszczoną snopkami słomy. W ciemnościach nocy nie można było określić dokładnie. Zalatywał zapach niczym z fermy. Nasi „podróżnicy” niezrażeni tym dotarli do Kołobrzegu. Ponieważ jeden z uczestników „wycieczki” zamieszkiwał w hotelu Skanpol, więc strudzeni przyjaciele zalegli w hotelowych pokojach, zaś „zestaw transportowy” zaparkowano na hotelowym parkingu. Rano skoro świt wpadł jak burza dyrektor „Bałtywii”, właściciela hotelu.

 – Natychmiast zabierzcie ten ciągnik!

 - To nie nasz ciągnik – szli w zaparte.

 - Wasz! Nikt inny nie ma w tym mieście takich pomysłów!

Dopiero przy świetle dziennym zobaczyli w całej okazałości swój środek nocnego transportu. Na parkingu wśród samochodów osobowych gości hotelowych stał ciągnik z przyczepą – rozrzutnikiem do obornika z narzuconymi snopkami słomy. Ślady na burtach świadczył o tym, że był niedawno używany zgodnie ze swym przeznaczeniem.

Dziewiąta rocznica

29 czerwca minęła dziewiąta rocznica od tragicznej śmierci Admirała. Jacht Viktoria minął półmetek, ostatnio znajdował się w Kapsztadzie. Niedokończony dom nowi właściciele zamienili w „bylejakoś”. Pozostało wspomnienie.

 - Wracaliśmy z hangaru do domu – wspomina Jery. – Naprzeciw „czerwonego ogólniaka”, tu, gdzie budowany jest obecnie kompleks sportowo-widowiskowy, leży na plecach delikwent zmożony napojem z kategorii denaturat lub woda brzozowa (woda po goleniu w TAMTYCH CZASACH). Foku obwąchał. Ciepły. Żywy. Oddycha. Minęliśmy. Janusz pyknął dwa razy fajką.

 – Wracamy, musimy obrócić go na bok.

Z Admirałem się nie dyskutowało. Wróciliśmy.

 - Po co to było?- zapytałem.

 - Gdyby puścił pawia na plecach to się udusi. A przecież to też człowiek.

Edward Bernatowicz

ps Tekst publikowany w 2003 roku

14:43, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 stycznia 2006
Tajemnice Kirszakowego hangaru
 

Część I

Wędrowcze! Podążając do przystani rybackiej po świeżą rybę mijasz, skręcając z Bałtyckiej, dziwną budowle wykonaną z materiałów z odzysku. Wisi na niej tablica z odręcznym napisem Hangar Żeglarski Bałtycka 34. Tu od roku 1970 tworzyła się legenda żeglarstwa kołobrzeskiego przy budowie jachtu Viktoria, który obecnie opływa świat. Jacht budowany z inicjatywy Janusza Kirszaka zwanego przez przyjaciół Admirałem. To nie było tylko miejsce szkutnicze tu toczyło się specyficzne życie, o którym napisze w następnych odcinkach. W tym odcinku o psach admirała Foku i Kliwrze dwóch niemieckich dogach arlekinach.

Fok i Kliwer

Fok zwany często Foku był psem inteligentnym pokojowo nastawionym do otoczenia wiedział, że Człowiek jest przywódcą stada istot na Ziemi. Rozwiązując swe problemy korzystał z rozumu a nie z siły. Kliwer był przeciwieństwem. Ośmielił się sięgnąć po przywództwo stada podporządkowując sobie człowieka. Oczywiście z góry był na pozycji przegranej. Próbował atakować nawet swego Pana. Sytuacja stawała się niebezpieczna dla Człowieka. Zaprzyjaźniony weterynarz stwierdził

–Psa trzeba złamać lub uśpić. Musi uznać wyższość człowieka.

Śmiertelna walka

 -Kto go złamie temu go oddam – zadecydował Janusz. Edek Bosman HOM-u, żeglarz, siny i sprawny fizycznie,( Potrafił w celach szkoleniowych, położyć na wodzie omegę i przepisowo postawić w pełnym ubraniu zamaczając tylko podeszwy butów) marzył o takim psie. Podjął wyzwanie. Naszykował kawał „sztyla” od łopaty. Świadkowie siedzący w bezpiecznym miejscu twierdza, że to była walka ja w rzymskim cyrku. Jak stwierdził Jery „Rzymianie wiedzieli co dobre.” Człowiek walczył z bestią aż pies wyskoczył oknem wraz z szybą.

 -Pies jest twój. Idź po połówkę – potwierdził obietnicę Admirał. Bosman otworzył drzwi. Nagle ujrzał potężne cielsko zwierzęcia z ostrymi kłami sięgające do jego gardła. W zasięgu miał młot. Uderzył nim psa w głowę. Zwierzę padło martwe. Dowieszono go na krokwi.

Sprytny Foku

-Dziwna rzecz – stwierdził Admirał, – gdy przyjdę do domu „znieświwerzony” mocnymi trunkami i położę się na swoim tapczanie, budzę się rano obok na posłaniu Foka a on smacznie śpi w mojej pościeli. Jak on to robi? W zębach chyba mnie nie przenosi.

Ustalono, ze należy to sprawdzić naocznie. Janusz z przyjaciółmi wróciwszy o zmroku do domu, przepłukał alkoholem usta, skropił się dodatkowo po ubraniu i położył się na tapczanie stojącym przy ścianie. Świadkowie wygodnie usiedli w rogu pokoju nieruchomiejąc, zasłonięci gazetami z dziurkami do obserwacji. W pokoju zapanował półmrok. Po kilkunastu minutach Foku podniósł swój potężny łeb. Rozglądnął się. Bezruch i cisza. Pociągnął nosem. Podniósł z posłania swe cielsko. Obwąchał śpiącego Pana. O! Pan nadużył trunków. Więc niech śpi na podłodze. Cicho przeszedł do nóg łożą. Ustawił się tyłem. Powoli podniósł tylną łapę, wsuwając ją miedzy ścianę i śpiącego. Chwila oczekiwania. Nie ma karcącego kopniaka. Następna łapa. Powoli, powoli na brzuchu, tyłem wśliznął się między ścianę a swego Pana. Znieruchomiał. Nie ma zagrożenia. Psia męska decyzja. Obraca się łapami do ściany. Prostuje łapy i Pan ląduje na jego posłaniu.

Psi ogon

Foku biegając radośnie po hangarze, nieostrożnie wsadził swój ogon pod piłę tarczową. Ucięło mu ze trzy - cztery centymetry. Wezwany zaprzyjaźniony weterynarz stwierdził. –Trzeba mu amputować więcej. Pies będzie pyskiem zdejmował opatrunek, wda się zakażenie i będzie po psie.

-Nie! Pies bez ogona jest nie ważny! Czym będzie on merdał? Pies jest prawdziwym przyjacielem mężczyzny. Gdy wróci on późną porą do domu to żona puszcza w ruch język a pies ogon – stwierdził Janusz.

Konsylium przyjaciół po dysputach znalazło rozwiązanie. Wzięto plastykową rurę kanalizacyjną, rozgrzano i zagięto ostre krawędzie jednego końca by nie raniły psiego tyłka, nawiercone otwory dawały dostęp powietrza. Przy pomocy odpowiednich szelek założono na nieszczęsny ogon. Wyglądało to jak ochrona lufy karabinu maszynowego. Tak zabezpieczony wędrował wraz z swym panem po ulicach miasta.

W ciasnym zakładzie zegarmistrzowskim pan Kostka po wejściu kilku osób było ciasno, więc Foku musiał czekać na ulicy przy otwartych drzwiach. W letnie ciepłe przedpołudnie zwrócił na psa uwagę przechodzący wczasowicz.

 –Pieseczku jakieś chuligany rurę ci przewiązali do ogona – zaczął się użalać.

Pies towarzyski zaczął wokół niego kręcić ósemki, w pewny momencie w przypływie psiej wdzięczności machnął ogonem uzbrojonym w rurę prawie ścinając z nóg „przyjaciela zwierząt”.

 –A poszedł ty cholerne psisko!

Kot i pies

Jeden z przyjaciół żeglarzy, przyniósł małego kotka. Mała ślepa puszysta kuleczka. Ropa wyciekała z niego wszelkimi otworami. Zawezwana została „nadworna” lekarka „Grafini”. Najpierw sklęła towarzystwo za wyrwanie tej małej istoty z jego naturalnego bytu. Opatrzyła. Udzieliła instrukcji pielęgnacyjnych. Był to niecodzienny widok, morskich twardzieli z czułością i cierpliwością systematycznie, pipetą, karmiących maleństwo. Przeżył. Wyzdrowiał i ku uciesze towarzystwa zadomowił się. Należało rozwiązać problem współżycia kotka i dotychczasowego gospodarza mieszkania Foka. Foku znany był z tego, że był pies na koty, ścigał je po podwórzu bezlitośnie. W mieszkaniu Admirała słyszało się ciągłe.

 -Zamykać drzwi!

 –Uwaga! Kot!

-Uwaga! Pies!

Foku w kuchni, to kotek w pokoju. Kotek w kuchni Foku w pokoju lub łazience. Stało się to uciążliwe i męczące. Po naradzie ustalono. Problem należy rozwiązać ostatecznie. Ma nastąpić kontrolowane spotkanie potężnej bestii i kociego puszku. Do pokoju z siedzącym kotkiem wpuszczono bestię. Foku kierowany krwiożerczym instynktem rzucił się w kierunku swej ofiary. O dziwo! Ofiara wcale nie zamierzała uciekać. Wprost przeciwnie zbliżyła się do psa Zaskoczony Foku zatrzymał się. Ze zdziwieniem spojrzał na swego pana i jego towarzyszy, spojrzał na puszystą kuleczkę. Liznął swym potężnym jęzorem. Mały kłębuszek potoczył się po dywanie. Wywinął kilka koziołków i posklejany psią śliną, bez lęku podszedł powtórnie do potężnego pyska. Od tej chwili była to najwspanialsza para przyjaciół. Przez najbliższe pól roku obserwacja zabaw tej pary było główną atrakcją życia towarzyskiego. Kotek z zadartym ogonkiem, na baczność, maszerował przed nosem psa pod łóżko. Foku wjeżdżał za nim. Lecz tylko część pyska mieściła się miedzy podłogą a krawędzią łoża. Niczym pan na włościach, kotek łapką bez pazurków uderzał po potężnym psim nosie. Pies tylko sapał. Gdy się kotkowi znudziło, wybiegał do psiego uciętego, przez piłę tarczową ogona i powtarzał operacje. Nim psi pysk wydostał się spod łóżka, kotek był z powrotem pod nim. Jak przystało na każdą małą istotę, kociątko miało odruch ssania. „Fafle”, brodawki przy dogowskim pysku kojarzył się z kocio-matczynymi sutkami. Strudzony psim żywotem Foku drzemał na swej pryczy. Kotek gramolił się na niego i złapawszy brodawki ssał masując łapkami by mu mleko leciało. Obudzony przez przyjaciela wstawał i podchodził do domowników, z wiszący maleństwem, prosząc wzrokiem by mu go zdjęli.

Edward.Bernatowicz@wp.pl

11:07, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 stycznia 2006
Kirszakowanie na Orkanie

Wędrowcze! Przemierzając nasze piękniejące miasto w letni słoneczny dzień, gdy dotrzesz do miejsca, które my kołobrzeżanie, trochę na wyrost, nazywamy portem jachtowym zamiast, FORTEM PIWNYM BEZ DRZWI, z odrobiną zazdrości ujrzysz przy kei, błyszczące niklem pływające, plastykowe pudła. Siedzą w nich „żeglarze” przy schłodzonym w jachtowych lodówkach piwach lub kawie zaparzonej w nowoczesnym ekspresie. Gdy wypiją to, co wypić mają, oglądną następny odcinek serialu brazylijskiego na jachtowym telewizorze a na przyrządach w kabinie migające światełka, zawołają „możesz płynąć bezpiecznie dalej”, owi „globtroterzy” wciskają guzik nowoczesnego silnika i płyną. W następnym porcie zmienia się, co najwyżej etykietka na butelce z piwem.

Lecz gdy jesteś kołobrzeżaninem wrosłym z lubością w to miasto i zajrzysz tu w jesienno-sztormowy wieczór lub wczesny bezludny, chłodny świt to może zobaczysz wspomnienia tego miejsca.

Układ ze świętym Piotrem

W porannej przyćmionej szarudze widoczny z daleka zarys mglistej postaci. Lekko przygarbiona z charakterystyczną brodą i fajeczką w ustach, przemyka się w kierunku czarnego kadłuba jachtu, postawionego na kołkach przy płocie. Janusz Kirszak, zwany za życia przez przyjaciół Admirałem, na „przepustce” z „niebiańskiej tawerny”.

Jak to załatwia ze świętym Piotrem?

Dowiem się dopiero, gdy tam trafimy. Może przy szklaneczce grogu a może w podzięce za pomoc w przywróceniu do świetności kołobrzeskiej bazyliki.

Co robi w swym ukochanym mieście?

Może poszukuje tych, co ukradli kotwicę z jego grobu a może sprawdza czy nie są „profanowane” jego dzieła architektoniczne. Jedne jest pewne, że ma dobre układy ze świętym Piotrem, dwóch kolejnych właścicieli sprofanowanej jego budowli znalazło się na „niebiańskim” dywaniku.

Właśnie odwiedza kadłub jachtu swojej młodości - „Orkana II”. „Admiralski” cień zatrzymał się na chwilę przy obelisku „Dla żeglarzy, którzy odeszli na wieczną wachtę”. Czy jego dusza artystyczna jest usatysfakcjonowana tym tworem? Wątpię.

Przylądek Skagen czyli Horn dla ubogich

Kochany wnuku, był taki czas w naszej Ojczyźnie, że do żeglowania po morzach i oceanach nie wystarczyło posiadać odpowiednie patenty żeglarskie i jednostkę. Władza ludowa decydowała, kto mógł pływać a kto nie szczególnie trudne i skomplikowane było wpłynięcie w rejs z zawinięciem do portów zagranicznych. Dlatego popularne były rejsy tak zwane krajowe. Kołobrzeg – Kołobrzeg po drodze Skagen, czyli Horn dla ubogich

Orkan jacht klubu „Joseph Conrad“ dowodzony przez „Admirała“ zalicza wielodniowy taki rejs. Zaprowiantowany w wiszące na szotach połacie boczku wędzonego owiewanego morskim wiatrem i bryzgami fal. Sto litrów wody słodkiej. Każdemu załogatowi przysługiwał kubek dziennie. Zupki, ziemniaczki, makaron gotuje się na wodzie morskiej, mają one trochę dziwny smak, ale nikomu to nie przeszkadza. W kubryku wisi worek grochu, którym można strzelać ze względu na twardość. Pojęcie groch piure, zupy błyskawiczne były w owym czasie nie znane. (Błyskawiczne były tylko połączenia telefoniczne, na które czekało się dwie, trzy godziny.) W kubryku stoi żelazna „koza” opalana węglem lub drewnem, na której gotuje się posiłki. Komin wystaje na nadbudówkę na drodze, którą przemierza bom przy zwrotach.

Buczenie we mgle

- Do zwrotu przez sztag! Komin zdejm! – Pada komenda.

Wyznaczony wcześniej „umyślny” dopadł do komina złapał go przymocowanymi na stałe do rury rękawicami azbestowymi, wyrywał i położył się z nim płasko, czarny od sadzy i krztuszący się dymem.

- Po zwrocie! Komin włóż! – Komin wracał na swoje miejsce a resztki sypiącej się sadzy dopełniły dzieła.

- Panie drugi, co jutro na obiad? – pyta młody żeglarz wyznaczony do kubryka.

- Grochówka!

- To trzeba groch namoczyć, – co też młody bajkok uczynił zalewając wiadrem wody zaburtowej.

Na drugi dzień po śniadaniu rozpoczyna się gotowanie grochówki. Z wiszącego połcia boczku ucięto solidny kęs. Wszystko do garnka. Ogień w kozie buzuje. Dumny bajkok obserwuje wrzenie po pokrywką. Godzina jedenasta - groch twardy. Godzina trzynasta – groch twardy. Święta pora obiadu, czternasta – groch twardy. Oficer wachtowy dokonuje wpisu do dziennika. „Żeglarz nie radzi sobie w kuchni, bo na czas nie podano posiłku.” Po awanturze zjedzono „żelazne porcje” w postaci puszek baltonowskich. Groch nadal twardy. Załamanemu bajkokowi jakaś życzliwa dusza doradziła.(Uczestnicy rejsu do dziś nie wiedzą, kto.)

- Woda morska jest twarda, nie ugotujesz do jutra tej grochówki. Dosyp trochę sodki lekarskie a groch zmięknie.

W porze kolacji podano grochówkę pachnącą wędzonym boczkiem.

Była pyszna. Miała tylko dziwną właściwość. Gdy się ostatnią łyżkę trzymało w zębach to się na pierwszej siedziało. Po chwili cała rufa była udekorowana gołymi pośladkami. Neptun by nie siać zgorszenia u przepływających jednostek zesłał mgielną zasłonę. Biedny wachtowy galopował na wiadrze na dziób do tyfonu przeciwmgielnego na korbę. I tylko słychać było buczenie we mgle zbliżającej się obcej jednostki, buczenie tyfonu i jakby pogłos podobne dźwięki we wiadrze.

 

Uszkodzony maszt

- Trochę dmuchnęło. Schowamy się za wyspę(Bornholm) – padła decyzja. Wiatr narasta. Jacht idzie ostro na wiatr.

- Kapitanie chyba nam się maszt rozkleja? – Na każdej fali słychać jękliwe trzeszczenia uszkodzonego masztu.

- Rzeczywiście. Musimy go trzymać wiatrem. Zmiana kursu. Przy tym wietrze Kołobrzeg jest poza zasięgiem. Spróbuje do Darłowa – zadecydował Kirszak.

Idąc baksztagami w jesiennym sztormie jacht dotarł w końcu do główek darłowskiego portu.

Przy sterze Jery lekko przerażony, że się rozbiją o zachodnią główkę. Chciał już zrobić zwrot. Poczuł na ramieniu aż do bólu uchwyt dłoni Janusza.

Trzymaj go! Trzymaj jeszcze!

Raptem dwie długości przed roztrzaskaniem się o falochron jacht, niesiony prądem, wjeżdża bokiem do portu.

- A wy skąd się tu znaleźli? Przecież port jest zamknięty dla jednostek – usłyszeli od obsługi portu.

Człowiek małej wiary

Młode pokolenie Polaków i odwiedzający nas cudzoziemcy dziwią się architekturze domków jednorodzinnych z czasów socjalistycznej rzeczywistości. Potężne podpiwniczenia nie współmierne do małych pokoików części mieszkalnej, czasem strome wielkie strychy w betonowych pudłach. Dlaczego? Władza ludowa pozwalała na domek o powierzchni mieszalnej do 110 metrów kwadratowych. Kirszak - architekt był swoistym mistrzem zaprojektowania największej ilości pokoi na tej powierzchni a uzyskane pieniądze pozwalały mu realizować jego marzenia żeglarskie. Pomnikiem dla potomnych miał być oryginalny dom - tawerna żeglarska i jacht, którym miał opłynąć z przyjaciółmi świat. Lecz los rządził, że do historii naszego miasta na wieki zapisał się jako projektant odbudowy bazyliki.

Pracownia projektowa. Na podłodze leży arkusz sklejki zatarty szpachlą, pociągnięty białą farbą plakatowa na niej „Admirał” na kolanach rysuje przekrój „tregra” podtrzymującego dach kolegiaty. Powstała piękna pajęczynka. – Wspomina przyjaciel Janusza, Jery (Jerzy Bogusławski). Efektom pracy przygląda się proboszcz wraz z towarzyszącym mu młodym księdzem.

- No tak panie inżynierze. Tu taka rozpiętość. Czy to się nie zawali? – Z troską w głosie zapytał młody ksiądz.

Janusz pykając fajkę spogląda ze stoickim spokojem na swe dzieło.

- Niiie - zawiesił na chwilę głos – a poza tym tu będzie Duch Święty podtrzymywał – zakończył.

Zafrasowany ksiądz ciągnął myśl dalej.

-  Panie inżynierze jednak ja jakoś nie mam zaufania.

- Oj nieładnie! Ksiądz jest człowiekiem małej wiary – z uśmiechem zripostował „Admirał”.

 

10:13, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Komentarze (2) »