Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
piątek, 21 lipca 2006
Kłusowanie za płotem

     Jest okres początku końca ogólnodostępnych łowisk. Na połowy w strefa ekonomicznych należy wykupywać licencje. Modne staje się „kłusowanie za płotkiem”, do którego oficjalnie nie przyznawali się kapitanowie. Jak mawiają rybacy była to najtańsza licencja.

Trauler, głownie nocą, wpływa w strefę danego kraju, bo tam są ryby, robi zaciąg i ucieka na wody międzynarodowe gdzie nikt nie ma prawa zatrzymać. Wszystko było dobrze w czasie trwania wojny Mauretanii z Marokiem. W końcu władze Mauretańskie uzbroiły się w zdezelowane kanonierki i zaczęły ścigać kłusowników. Kłusowali nie tylko Polacy również floty innych krajów przy czy w ich przypadku kapitanowie posiadali dolary na bakszysz dla skorumpowanych dowódców kanonierek i po zapłaceniu kilku tysięcy dolarów łapówki stwierdzano, że trauler znajduje się po za strefą.

Flota radziecka, kłusująca na różnych łowiskach zacofanych państw afrykańskich, stosowała często bardziej skuteczną metodę stwierdzającą łowienie poza strefą. Gdy zbliżała się kanonierka by skontrolować grupę trałujących „narzędziowców”, wynurzał się okręt podwodny i machająca lufa działka wołała:

- Nie lzia.

Polskim jednostko pozostawało salwować się ucieczką. Nie zawsze to się udawało. Zdarzało się również nakładanie aresztu na łowiąc statki, tuż obok „płotka” w wolnej strefie.

Jak było naprawdę z traulerem dowodzonym przez kapitana Jędraszka, trudno dociec, według jego namiarów była to wolna strefa, według dowódcy mauretańskiej kanonierki były to wody w jurysdykcji ekonomicznej Mauretanii.

Zgodnie z zasadą, „Kto posiada armaty ten ma rację” i brak funduszy u kapitana na bakszysz, spowodowały aresztowanie statku. W asyście kanonierki wprowadzono do awanportu Nawaziba. Na jednostce pozostawiono uzbrojonych żołnierzy mauretańskich.

Niektórzy członkowie załogi wiedzieli, co ich czeka. Ciągnące się tygodniami negocjancie poprzez kanały dyplomatyczne, duże kary finansowe nałożone na statek, a oni w afrykańskim kalmbuszu.

Utworzony przez kapitana „sztab kryzysowy” przeprowadził analizę. Plan był gotowy. Decyzję – uciekamy.

Pod osłoną afrykańskiej nocy rozbrojono żołnierzy, naboje powyrzucano do morza, karabiny zwrócono. Spuszczono ponton i przymocowano do portowej boji. Umieszczeni w pontonie i zabezpieczeni w żywność i wodę żołnierze nie protestowali.

Podniesiono kotwicę. Z wygaszonymi światłami i włączoną ukafką na nasłuch. Powoli trauler skierował się ku otwartemu morzu. Napięcie i oczekiwanie. W ukafce cisza – nie zorientowali się.

Nagle głos w ukafce zaczął wywoływać ich statek.

Przerażenie!

Przedwczesne. To nieświadoma sytuacji, służba portowa zwracała uwagę na zapalenie świateł pozycyjnych.

Akcja niczym z ORP „Orła” powiodła się. Gdy rozpoczęto pościg kapitan Jedraszczyk ze swym traulerem był na wodach międzynarodowych.

Mniej szczęścia miał inny trauler, na który zamustrował się Jacek „Radio”.(pisałem w poprzednim odcinku)

Edward Bernatowicz

08:29, edward.bernatowicz , Zachłanne morze
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 lipca 2006
Koniec epoki „S.O.S” i „May Day" Cz II

Dziwna partia Galibardki

Rejs Arciszewskiego do wybrzeży Anglii na skup makreli. Stasio radio pływający dotychczas z nami poszedł na urlop, zmienił go Jacek (imię zmienione). Mamy kabiny drzwi w drzwi. W pierwszych dniach rejsu dowiaduje się, że Jacek tydzień wcześniej wrócił z łowisk Antarktydy. Jest przygnębiony. Półroczny rejs w sztormach i ciemnościach długich nocy podbiegunowych przyniósł słabe zarobki. Ma uzbierane ponad dwa miesiące urlopu powinien zregenerować siły fizyczne i psychiczne. Lecz nadarzyła się okazja zamustrowania na dwumiesięczny rejs na „Admirała”. Tu można zarobić. Więc skorzystał z okazji. Jacek jest zamknięty w sobie. Małomówny. Zachowuje się na pozór jak wszyscy. Lecz jest coś w nim niewytłumaczalnego. Wyrozumiałość i tolerancja jest podstawą prawidłowych stosunków na statku, więc nikt szczególnie nie przygląda się Jackowi. Siedzi w swojej „dziupli” radiowej na mostku przy otwartych drzwiach: nadaje, odbiera, wysyła i przyjmuje wiadomości. Normalna praca radzika. Statek stoi na kotwicy u wybrzeży wysp brytyjskich. Bezpiecznie i spokojnie. Na mostku krząta się statkowy elektronik podłączając i instalując kabelki do nowych urządzeń nawigacyjnych. Jacek wygląda przez drzwi z kabiny radiowej i rzuca pytanie.

-         Co on tu ciągle instaluje?

-         Panie Jacku jako kapitan musze wiedzieć, co się dzieje na statku. Dlatego kazałem elektronikowi zainstalować podsłuch. - Zażartował obecny na mostku „Stary”.

Wszyscy obecni wybuchli śmiechem. Lecz nikt nie zwrócił uwagi, że dowcip kapitana nie rozbawił Jacka.

Godzina piąta rano ktoś mnie szarpie za rękę. – Wstawaj – budzi Jurek lekarz okrętowy. - Potrzebna jest pomoc! Jackowi odbiło. Idź do niego porozmawiaj. Ja muszę z kapitanem wezwać portową służbę zdrowia.

Jak trzeba to trzeba. Nie wiem, co mam robić. Mam cholernego pietra. Pukam do kabin.

-         Kto tam? Czego?

-         To ja Edek.

-         Właź.

Jacek ubrany w białą koszulę i galowy mundur oficerski z pozacinaną przy goleniu twarzą w kilku miejscach zaklejoną plastrem, siedzi przy stoliku ciasnej kabiny w ciemnych okularach..

-         Co się tak ubrał jak na akademię pierwszomajowa? – pytam rozglądając się lękliwie czy niema on w zasięgu ręki ostrego przedmiotu.

-         Te hu.. cała noc u II mechanika zmawiali się by mnie zarżnąć. – Mówi z przerażeniem wskazując na ścianę, za którą znajduje się kabina drugiego z maszyny.

-         Co ty opowiadasz, przecież drugi miał w tym czasie wachtę. Chyba zostawił włączone radio i wydawało ci się ze ktoś rozmawia. – Próbuje przekonywać.

-         Nie pi....., kapitan też jest z nimi w zmowie, słyszałeś wczoraj jak mówił, że instaluje podsłuchy w kabinach. Teraz też nas podsłuchuje. – Podniósł okulary i spojrzał wnikliwie mi w twarz. – Ty też chyba mnie chcesz zapi.....!

-         Co ty. Ja z tymi bandziorami nie mam nic wspólnego. A po za tym, z kim ja będę w wolnych chwilach grał, w Galibardkę.(Jacek lubił grać w tą grę) Wiesz, co może zagramy partyjkę. Dawaj karty!

Dziwna to była gra. Oczywiście przegrałem. Po godzinie zmienia mnie lekarz. Wkrótce załatwiono przez UKA-fkę sprawy formalne. Jesteśmy przez armatora ubezpieczeni. Po paru godzinach przypływa motorówka z sanitariuszem i angielskim lekarzem. Jacek daje się przekonać do podróży. Po troskliwą opieką, morzem, lądem i samolotem wędruje do kraju.

Po roku na Arciszewskiego zamustrował rybak, który był świadkiem następnego załamania Jacka.

Po półroczny leczeniu sprawny i zdrowy Jacek zamustrował na jeden z traulerów B21 płynący na łowiska Maroka. Jest okres początku końca ogólnodostępnych łowisk. Na połowy w strefach ekonomicznych należy wykupywać licencje. Modne staje się „kłusowanie za płotkiem”. Trauler, głownie nocą w wpływa w strefę danego kraju, bo tam głownie są ryby, robi zaciąg i ucieka na wody międzynarodowe gdzie nikt nie ma prawa zatrzymać. Uciekający B21 ze strefy marokańskiej nie reagował na ścigającą kanonierkę. Jacek właśnie przesyłał wiadomość przez radiostację, gdy usłyszał grzechot pocisków po nadbudówce a jeden utkwił w radiostacji pól metra od głowy.

Koniec epoki „S.O.S” i „May Day”

Rozwój łączności satelitarnej i elektroniki spowodowało, że faktycznie radiooficer to zawód przeszłości. Oficerowie nawigacyjni przeszkoleni w „gałkologi” komputerowej przez urządzenia wielkość komórek łączą się z każdym punktem na świecie. Ze względów ekonomicznych sporadycznie używane są również tradycyjne radiostacje. W zakresie bezpieczeństwa życia i zdrowia na morzu, rok 1999 był rokiem, w którym tradycyjny system zakończył swój żywot. Odtąd pełne dramatyzmu "S.O.S" i "May Day" są zastąpione sekwencją cyfr, która na ekranie monitora oficera dyżurnego jest tłumaczona na informację o pozycji danej jednostki, rodzaju zagrożenia i pożądanych kanałach łączności

Edward.Bernatowicz@wp.pl

21:04, edward.bernatowicz , Zachłanne morze
Link Dodaj komentarz »
Koniec epoki „S.O.S” i „May Day” Cz I

Kochany wnuku, czy możesz sobie wyobrazić ulice miast, po których poruszaliby się ludzie nieuzbrojeni w telefony komórkowe. W twierdzeniu naukowców, że komórka uszkadza mózg, jest sporo prawdy. Zniewala ona umysł człowieka do tego stopnia, że niektórzy nie są wstanie obejść się bez niej nawet w kościele. Słuchając bezpośrednich wypowiedzi części posłów naszego parlamentu zastanawiamy się nad ich poziomem umysłowym. Jak oni mogą funkcjonować? Oglądając transmisję z obrad sejmu doznałem olśnienia. Owi jednokomórkowcy są sterowani przez całe sztaby intelektualnych „murzynów” przesyłających instrukcje przez przyrośnięte do uszu telefony.

Świat stał się audialnym globalnym podwórkiem. A jeszcze tak niedawno w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku.

Ti ta ta ti...

Ćwiczenia z sygnalizacji w Pomaturalnym Studium Radiokomunikacji Morskiej w Kołobrzegu. Jeszcze trwa wojna w Wietnamie. Wykładowca Ryszard Chomej prowadzi zajęcia z grupą Wietnamczyków, przysłanych do Polski na naukę w ramach pomocy w ich walce z „amerykańskim imperializmem”. Kompetentny i wymagający Ryszard steruje, kontroluje, wysyła i odbiera całe grupy znaków i tekstów zakodowanych alfabetem morsa. Poszczególni słuchacze ze słuchawkami na uszach stukający specjalnymi kluczami wyglądają jak szpiedzy z filmów wojennych. Od pierwszej łączności radiowej w roku 1895, przesłanej alfabetem morsa, funkcjonuje ten system łączności morskiej na dużych odległościach. Armie bloków wojskowych posiadają już system komunikacji satelitarnej, lecz są one jeszcze niedostępne cywilom. Lekcję hospituje metodyk-wizytator z kuratorium.(Nauczyciele tamtych czasów nazywali ich Marcinami od „Uczył Marcin Marcina a sam...”) Przechadza się po sali z mądrą miną nic nie rozumieją z piskliwych tita tata...generowanych przez urządzenia. Szef grupy zasłużony partyzant „vietcongu” - Vang, ma poważne trudności odbiorem i nadawaniem.

-         Vang Ty nie masz słuchu muzycznego i nie opanujesz wymaganych umiejętności. Będziesz musiał zmienić szkołę. A tak na marginesie Wy w Wietnamie nie macie floty morskiej a na dżonkach nie ma radiostacji. Gdzie pracowałbyś po ukończeniu szkoły?

-         Ja zasłużony partyzant. Ja pracować w miniśterstwie. 

Po zajęciach metodyk omawiając lekcję zadaje pytanie.

-         Pan nadawał morsem, kropka kreska?

-         Tak.

-         A oni pan oszukiwali, bo pisali litery?

-         Panie wizytatorze profesjonalna łączność radiowa przy pomocy alfabetu morsa różni się zasadniczo od harcerskiej zabawy tym alfabetem. Nadawane i odbierane są całe grupy znaków według ustalonych zasad i z dużą prędkością. Operator nie rozróżnia kropek i kresek, lecz melodię liter i całych zwrotów. Dlatego nie każdy może być radiooficerem. Kandydat musi posiadać słuch muzyczny.

Radiooficer, Radio, Radzik

Stanowisko i praca radiooficera zwanego „radio” lub „radzikiem” była stresująca i wymagająca szczególnej odporności psychicznej. Częste były przypadki załamań nerwowych, występujących u radzików. Przesiadywanie godzinami w trzaskach, szumach i gwizdach radiostacji okrętowych przy wysyłanie do armatora meldunków i odbieraniu komunikatów, depesz i ostrzeżeń, nadawanych morsem w warunkach morskich, znacznie osłabiało odporność.

20:59, edward.bernatowicz , Zachłanne morze
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 czerwca 2006
Słuchać morza

-Jaka będzie pogoda dzisiaj w nocy na zachodzie?

–Tutaj, u nas?

–Nie. Zachodni Bałtyk. Meklemburgia? Bucht?

-U góry w okolicach Rugi, północno-zachodni do zachodniego. Może ostro sypnąć ze sześć. Tutaj się tak złażą niebezpiecznie. Poczekaj chwilę jeszcze sprawdzę w internecie te „pokemony” i na pozostałych wydrukach. A co Ty tam chcesz robić?

-Ja nic. To Edek chce tam kutry prowadzić.

Józek razem z przybyłym szyprem wodzą palcami po mapie Bałtyku. Analiza wydruków prognoz na następne dni plus długoletnie doświadczenie i Józek stwierdza: Wszystko się po kościach rozlezie. Tylko w nocy trochę wiatru. Piękna pogoda. Może jechać. Po wyjściu rybaka. Jeszcze podanie droga radiową prognozy pogody dla rybaków. I tak od prawie trzydziestu lat trwa Józka Macko, „słuchanie” i „rozmawianie” z morzem i przewidywanie jego kaprysów, czasami aż do bólu.

Chłopcy z tamtych lat

Być marynarzem. Być rybakiem. To dla wielu twardych chłopców końca lat sześćdziesiątych było wyzwanie możliwe do zrealizowania. Pierwsze dwa roczniki szkoły „szyprów” już maszerowały ulicami Kołobrzegu w swych nienagannych marynarskich mundurach, gdy Józek rozpoczął realizowanie swego marzenia w owym nieistniejącym obecnie Technikum Rybołówstwa Morskiego. Grzesiek Szturo, Heniek Zakrzewski, dwóch Bogdanów bliźniaków Piotrek i Paweł, Olek Radłowski, Waldek Żak, Kazik Łaput, Mariusz Szyper to niektórzy znani kołobrzescy ludzie morza rozpoczynający razem z Józkiem w roku 1969 naukę. A był to rocznik jak dobre wino, czym starszy tym lepszy. Są wśród nich adwokaci, architekt, kapitanowie, armatorzy oraz znany pisarz Janusz Wiśniewski. Tak rozpoczęła się twarda, dobra szkoła życia jak wspomina ten okres Józek:

- Wszystkim chłopcom, którzy ukończyli tą szkołę łatwo było znaleźć się w życiu i do dziś dają sobie świetnie radę. Nauczyła nas męskości. Obecnie, gdy widzę, w co „przetransformowała” się nasza szkoła to uważam, że nie ma to nic wspólnego ze szkolnictwem morskim i szkoda moich podatków na profanację munduru marynarza.

Rejs świadomości politycznej

Rok 1971 po wydarzeniach grudnia 1970. Pierwszy w życiu rejs do portu zagranicznego. „Turlejskim” do Edynburga. Radiooficer prowadzi szkolenie, które Józek pamięta do dziś. Jak większość chłopców nie wiedział co naprawdę wydarzyło się w Trójmieście. W trakcie szkolenia dowiedzieli się o „warchołach” i jakie mają być odpowiedzi na pytania zadawane przez Polonię. To „pranie mózgów” nie przypadło Józkowi do gustu. Tym bardziej, gdy po raz pierwszy w życiu dowiedział się, co oznacza słowo Katyń, gdy w klubie polonijnym w Edynburgu zobaczył listy pomordowanych polskich oficerów. Po powrocie do kraju zostałem „przepytany” przez „pewnych ludzi” w „pewnym gmachu” na ostatnim piętrze na „okoliczność” rozmów z Polakami na obczyźnie.

Ze sztucerem po Spitsbergenie

Rok 1972. Drugi rejs życia na „Turlejskim” na Spitsbergen. Celem rejsu było zawiezienie naukowców Uniwersytetu Wrocławskiego do stacji badawczej Hornsund. Klasa nasza została podzielona na dwie grupy pierwsza- uprzywilejowana- popłynęła na Wyspy Kanaryjskie nas wysłano „na białe niedźwiedzie”. Po latach uważam, że był to rejs lepszy niż „Kanary”. Obecnie na Wyspy Kanaryjskie mogę popłynąć w każdej chwili a na Spitsberben trudniej. Nim „Turlejski” dotarł do celu praktykanci poddani zostali „torturom” chrztu przekroczenia koła podbiegunowego. Przy mijaniu gór lodowych pamięć przywoływała tragedię Titanica. Pomimo pory letniej wyspa była pokryta w dużej części białym płaszczem lodowca Hansa. Bezkresne puste przestrzenie wypełniały się wyobraźnią młodych chłopięcych głów. Przesuwały się postacie podróżników i odkrywców znanych z literatury. Realne zagrożenie to możliwy atak niedźwiedzi na pustkowiu stacji Hornsund. W porze letniej mniej prawdopodobny, lecz możliwy. Każde wyście na ląd młodych „zdobywców” było ochraniane przez nauczyciela TRM Zagrabskiego, uzbrojonego w gotowy do strzału sztucer.

Długoletni dialog z morzem

Ukończone technikum, odbyta trzyletnia służba wojskowa (przypomnienie - tyle trwała w owym czasie w marynarce i wojskach lotniczych). Daleki świat morza czeka. Propozycja czasowego zatrudnienia w serwisie „Barka Radio”. Podawanie prognoz pogody dla rybaków. W czasach, gdy nie było „komórek”, (dla młodych –były takie czasy), był to jedyny kontakt z lądem. Meldunki o połowach. Komunikaty do rybaków. Ostrzeżenia. Akcje ratunkowe. „Słuchanie” i „rozmawianie” z morzem zawładnęło. Jego budzący zaufanie głos zaakceptowali ludzie morza i samo morze. Był posłańcem wieści radosnych, gdy informował rybaków na morzu o narodzinach dzieci, ale i smutnych, gdy przekazywał wieści o tragediach morskich.

Zielony wiatromierz

-Barka Radio? Barka Radio?

-Tu Barka Radio. Słucham.

-Czy u was na lądzie już wieje? I jak wieje?

Józek rzucił wzrokiem za okno. Widoczna korona drzewa to był niezawodny wiatromierz. Długoletnia praktyka „wyskalowała” je. W tym momencie ruch gałęzi i liści wskazywał na dobrą szóstkę.

-Zmykajcie do portu. U nas jest szóstka! –Poszło w eter. Ale coś tu nie gra. Wyjrzał przez okno. Inne drzewa stały w „flautowym” uśpieniu. Tylko przy „zielonym wiatromierzu” pracownik „Barki” podcinał dolne gałęzie „telepiąc” całym drzewem.

-Tu Barka Radio Odwołuje poprzednią informacje. U nas na lądzie flauta!

Gdy kona przyjaciel

Załoga Koł. 123 jak co dnia wykonywał swoje rutynowe czynności na łowisku. Zdenerwowane morze plunęło falą w szybę wirująca roztrzaskując ją na kawałki. Być w danym czasie, w danym miejscu nazywamy często przeznaczeniem, szczęściem, przekleństwem lub wyrokiem boskim. Dla Jacka Lewandowskiego było to początkiem umierania. Rykoszet odbitego od kolumny sterowej kawałka szkła rozciął stojącemu obok rybakowi, tętnice udową. Strumień krwi. Koledzy próbują tamować. Wezwanie przez radio pomocy. Józek ma w serwisie dyżur. Helikopter próbuje podjąć z pokładu rannego. Krwiożercze morze broni swej zdobyczy. Próba nieudana. Kończy się paliwo. Powrót do bazy. Jacek wykrwawia się. W głośniku radiostacji Józek bezradnie słyszy całą akcje. Trwa walka o życie jego przyjaciela. Pozostaje tylko modlitwa i wiara, że akcja zakończy się sukcesem. Drugi helikopter podejmuje rannego. Niestety z powodu wykrwawienia się w drodze do szpitala Jacek umiera.

-Tragiczne jest, gdy człowiek umiera nagle. Lecz przerażające, gdy przez godzinę umiera przyjaciel.

Edward Bernatowicz

08:53, edward.bernatowicz , Zachłanne morze
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 grudnia 2005
ALARM OPUSZCZENIA STATKU
 

 

KANAŁ LA MANCHE SZALEJE.

Chce oderwać zakotwiczone statki i roztrzaskać o skalisty klif Cornwalii. Statek wpadł w amok. Miota się na łańcuchu kotwicznym niczym pies, którego pierwszy raz uwiązano a on chce ściągnąć obrożę. Wchodzę za kapitanem na mostek. Nagle! Wśród wycia morza! Z ciemności! Na wprost dziobu, wynurza się ściana oświetlonych okien. Siedmiopiętrowa kamienica, długa na dwieście metrów, nieuchronnie zbliża się. Bezradność! Ucieczka niemożliwa! Jesteśmy dobrze zakotwiczeni. Za mało czasu na zrzucenie łańcucha kotwicznego. Patrzę na kapitana Pawłaszka.

- Przypierdoli. nas  -- decyduje błyskawicznie.

- ALARM OPUSZCZENIA STATKU !!!

- Wiesz, co masz robić?” - zwraca się do mnie.

- Tak!

- Jednego praktykanta zatrzymuję na mostku!. - informuje mnie.

Rozdzwoniły się dzwonki alarmowe. Zbiegam na pokład trałowy, po drodze wpadam do swojej kabiny. Łapię kapok i kurtkę. Wskakuję w półkozaki. W korytarzach tłok.  Rybacy odpoczywający po wachcie, zbudzeni, wyskakują w slipach ubierając się po drodze. Mistrz ewakuował wszystkich praktykantów z przetwórni na pokład. Moje zadanie w takich sytuacjach to zbiórka praktykantów na pokładzie trałowym, sprawdzenie stanu i pomoc Starszemu Oficerowi, w przypadku opuszczenia statku. Praktykanci to uczniowie klas trzecich, nieświadomi sytuacji beztrosko i mało sprawnie wykonują polecenia, sadzą, że to alarm próbny. Łapię jednego za klapy. Kilka przekonujących, niepedagogicznych słów i zrozumieli tragizm sytuacji. (pokład trałowy na którym zbierali się uczniowie i załoga jest zabudowany z trzech stron na wysokość ponad dwóch metrów i nie widać, co się dzieje na morzu) Sprawdzam stan. Brak jednego. Robię kilka kroków w kierunku kabin na pokładzie głównym. Przypominam sobie. Jeden został na mostku. Wydaję polecenie praktykantom

- Chwycić się za poręcz szotów prawej burty. - Ma to uchronić przed upadkiem w momencie zderzenia.

JAKI JEST CZAS?

Obiektywny czy subiektywny? Obiektywnie to trwało kilkadziesiąt sekund a subiektywnie - wieczność. Czekamy! W chwilach takich, nawet ci co w NIEGO nie wierzą liczą na JEGO łaskę  Przerażenie! Arciszewski jęknął, zakołysał się, jakby otrzymał potężny cios z góry. Wcisnął się w oszalałe morze. Moment niepewności i dumnie wyprostował się na fali. Po chwili nad kominem lewej burty, ze strachem zobaczyliśmy, zaglądający złowrogo, dziób potężnego statku. Przepołowi nas? Nie. Zrezygnował. Minął, oszczędzając nas i nie robiąc nam krzywdy. Nie wiem, co się stało. Wyczekujemy. Dzwonki alarmowe odwołują ALARM OPUSZCZENIA STATKU. Czuję się jakbym słyszał „PAMIETAJ! MOGĘ CIĘ W KAŻDEJ CHWILI WEZWAĆ PRZED SWOJE OBLICZE...!”.

Ulga. Lecą marynarskie żarty i dowcipy załoga odreagowuje stres.

- Ale miałeś pietra. - Mówi elektronik. Tak miałem „pietra” i to jakiego.

- Bzdury opowiadasz. – Odpowiadam.

JESIEN - ROK 1979.

W Iranie władze przejmuje Chomejni. Flota Irańska na próżno poszukuje frachtu. Puste statki krążą, licząc na ładunek. Na kotwicowisku Falmuth jeden z nich oczekuje na lepszą koniunkturę. Wojna „Dorszowa” miedzy Islandią, a Wielką Brytanią zapoczątkowała zawłaszczenie łowisk i wprowadzenie morskich stref ekonomicznych. Nie było to w naszym interesie ekonomicznym. Polska posiadała dużą flotę rybołówstwa dalekomorskiego. Lecz polityczne uzależnienie od ZSRR wymusiło takie stanowisko władz „bloku socjalistycznego”, że w efekcie przyspieszało wprowadzenie stref. Za prawo połowów na kanale La Manche, Morzu Północnym i innych łowiskach, należało teraz płacić. Reda portu Falmuth u wybrzeży Cornwalii była zapełniona statkami od „narzędziowców” (w żargonie marynarzy były to statki, które miały wymalowane na kominie narzędzia – sierp i młot) do jednostek japońskich. Sejnery angielskie łowiły makrele i sprzedawały. Na statkach wstępnie przetwarzano i mrożono.

W TYM MIEJSCU I W TYM CZASIE.

Arciszewski stał na kotwicy w przepisowej odległości od statku irańskiego. Sztorm o nie spotykanej sile zaatakował ten rejon. Pusty statek zakotwiczony przed nami zerwał się z kotwicy. Brak ładunku spowodował utratę sterowności . Była to teraz bezładna masa, niesiona przez żywioł. Zbliżał się bokiem, dziobem skierowanym w prawo. Admirał cyrkulował . Zataczał na łańcuchu kotwicznym kąt w kierunku prawej burty. Nasz dziób znalazł się pod dziobem „Irańczyka”. To co odczuliśmy jak cios, było  muśnięciem skrzydła potężnego ptaka śmierci  i przepuszczeniem intruza.

„PO NOCY PRZYCHODZI DZIEŃ A PO BURZY SPOKÓJ.”

Morze zmęczone nocnym szaleństwem ciężko faluje. Przez „ukafki” lecą informacje i komunikaty Krążą helikoptery ratownicze „Królowej Elżbietki”. Mija nas wchodzący do portu statek z roztrzaskaną szalupą ratunkowa. U podnóża klifu leży, wyrzucony przez sztorm, angielski sejner. Z komunikatów dowiadujemy się, że zginęło na nim dwóch rosyjskich mechaników, którzy pomagali Anglikom zreperować silnik. Oglądamy efekt naszego kontaktu z „Irańczykiem”. Stalowa blacha na dziobie pofałdowana jest jak otwarta puszka do konserw. Statek skrócił się o około metr. Ekspertyza przedstawiciela „Loyda”.

„Uszkodzenia nie zagrażają bezpieczeństwu załogi. Statek może samodzielnie wracać do kraju”

Zbliża się szalupa z „Irańczyka”. Przybyły oficer wręcza naszemu kapitanowi pismo protestacyjne zarzucające nam przyczynę kolizji. Szok i zdziwienie. Kapitan Pawłaszek wyjaśnia

- Takie są zasady. Każdy kapitan w przypadku kolizji próbuje przerzucić winę na drugą stronę. Decyduje werdykt międzynarodowego ubezpieczyciela „Loyda”. Jest on dla nas korzystny.

Edward Bernatowicz

 

19:14, edward.bernatowicz , Zachłanne morze
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 grudnia 2005
„Płyń po morzach i oceanach...”i bądź przeklęty
 

Okręt przeklęty! Statek pechowy! Jonasz na statku! Marynarze i żeglarze nie są przesądni, nie wierzą w zabobony i gusła. Oni po prostu wiedzą, że dziwne, nie zrozumiałe i sprzeczne z logicznymi prawidłami przyczynowo-skutkowymi, zdarzenia, są przypisane poszczególnym jednostkom pływającym i ludziom. Ciąg pechowych wypadków może wisieć nad statkiem za przyczyną załoganta lub pasażera zwanego Jonaszem. Po opuszczeniu pokładu przez owego osobnika statek normalnieje. Są i takie nieszczęścia, które spotykają załogę i znęcają się nad statkiem przez wiele rejsów. Doświadczył tego m/t Delfin, który już w pierwszym rejsie, w drodze na łowisko zgubił pióro sterowe. W następnych rejsach występowało zawsze więcej awarii niż na innych statkach. Rejsy były słabe ekonomicznie dla załogantów. Są i takie przyczyny, dramatów statkowych, które następują po złamaniu niepisanych i często nielogicznych zasad i zwyczajów morskich. Na Bałtyku byliśmy „świadkami” akcji ratowniczej gaszenia pożaru na drobnicowcu Rejmont w wyniku, czego zginął jeden członek załogi. Czy przyczyną było wypłnięcie z portu, wbrew zwyczajom w niedzielę? Być może.

Są również statki przeklęte,

których klątwa prześladuje aż do tragicznego końca. Spotkało to krążownik niemiecki "Scharnhorst". Okręt został wyposażony we wszystkie gadżety dostępne ludzkiej technice w latach trzydziestych. Kłopoty dały znać, już w czasie budowy. Kadłub przewrócił się na bok miażdżąc sześćdziesięciu robotników i raniąc stu sześćdziesięciu innych. Dzień wodowania. Zaplanowano imprezę w stylu propagandy Gebelsowskie z udziałem Hitlera, Himmlera, Georinga, Heynricha, Hessa i Doenitza. Fatum dało znać. Nocą "Scharnhorst" sam się zwodował. Wojna. Bitwa morska. Jedno z jego dział wybuchło rozszarpując na kawałki dziesięciu ludzi. W jednej z wieżyczek armatnich, dusi się śmiertelnie dwunastu marynarzy, na skutek awarii wentylacji. Uszkodzony w czasie potyczki morskiej w oblężeniu Oslo wracał do portu. Klątwa trwała. Zderzył się z jednym z najpotężniejszym transatlantykiem „Bremen”, osadzając go na mieliźnie. Lotnictwo alianckie miało łatwy cel. Po usunięciu uszkodzeń ”Scharnhorst" wypłynął, aby klątwa dopełniła się. Natknął się na angielską lodź patrolowa, którą nie zatopił za pierwszą salwą. Ciemność ukryła uszkodzoną łódź. Krążownik z hałasem przepłyną zaledwie kilkaset metrów od małego, unieruchomionego, awarią silników okrętu i w ogóle go nie zauważył, łódź patrolowa nadała ostrzeżenie. W ciągu kilku minut brytyjska flota zmieniła kurs na nowy cel. "Scharnhorst" był za szybki i po oddaniu kilku strzałów skrył się w ciemnościach. Mimo to, brytyjski dowódca oddał salwę całą burtą na odległość szesnastu tys. metrów. Ciążące przekleństwo spowodowało, że "Scharnhorst" wykonał obrót i znalazł się dokładnie w zasięgu pocisków. Raz po raz trafiany poszedł na dno. Większość załogi zginęła w lodowatej wodzie, dwóm marynarzom udało się dotrzeć pontonem do brzegu. Znaleziono ich po paru miesiącach. Zginęli od wybuchu małego, piecyka na ropę naftową! Wymknęli się Brytyjczykom i wzburzonemu morzu, ale nie mogli uciec od klątwy "Scharnhorsta".

Uczniowie kapitana Karola Orgierda Borchardt

M/t Admirał Arciszewski, który cieszył się opinia statku szczęśliwego,(szkoda, że kołobrzeska szkoła przestała być właścicielem) płyniemy przez cieśninę Skagerrak na łowisko. Mijamy na lewym trawersie, lśniące w słońcu, smukłe wieże kościołów Kopenhagi. Niebawem będziemy na Morzu Północnym. Dwóch kapitanów żeglugi wielkiej rybołówstwa morskiego: „Stary” i „Starszy” oraz „Chif Maszyny” szkolni koledzy z Państwowej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni, uczniowie legendarnego kapitana Olgierda Borchardta, wspominają czarną i tragiczną kartę w w polskim rybołówstwie dalekomorskim. Oni pływali na tych nieszczęsnych statkach znali tych, co zginęli. Tym razem klątwa dosięgała całej serii lugrotrawlerow pod stoczniową nazwą B-11 i ochrzczonych, nazwami polskich ptaków. Eksperci od teorii budowy okrętów twierdzili później, że to błąd w projektowaniu. Pojęcia i parametry mające najważniejszy wpływ na bezpieczeństwo statku to pływalność i stateczność, określane między innymi przez odległość środka ciężkości od środka wyporu, mierzona w dziesiątkach centymetrów. Od tego zależy czy statek jest „miękki” czy „twardy”, czy zachowuje się jak „wańka-wstańka”, czy po uderzeniu kilku fal sztormowych o burtę „pokazuje stępkę” i „idzie na dno”. Parametry te zależą również od sposobu ształowania ładunku i balastowania jednostki. Według naukowców tu tkwił błąd. Ludzie morza nie kwestionowali opini fachowców, lecz widzieli, że problem tkwi „głębiej”.

Przeklęta stal.

Nad stalą, z której wykonano kadłuby ciążyła klątwa? Dlaczego? Nikt nie mógł odpowiedzieć. Skąd pochodziła stal trudno obecnie zgłębić. Jedni twierdzili, że pochodziła z hut Kruppa i była przeznaczona na budowę niemieckich U-boot’ów. Inni dowodził, że to prezent w ramach amerykańskiej pomocy UNRRA. Mój przyjaciel Mariusz, który pływał na ratowniczym R21, przebudowanym z jednego z „ptaszków”, twierdzi, że blachy pochodziły z kadłubów wydobytych z morza okrętów niemieckich „Gneisenau”, „Schleswig Holstein” i „Scharnhost” Jaka jest prawda? Trudno dociec. Istotna jest legenda morska. Faktem jest jak mówił Chif „stal była twarda jak stali było w niej coś niesamowitego”.

Klątwa dała znać na akwenach,

 przez które przepływaliśmy. W sztormowej pogodzie na Morzu Północnym zatonęły dwa lugrotrwawlery nieszczęsnej serii. W roku 1955 „Czubatka” – wyniku, czego odeszła na wieczną wachtę, cała czternastoosobowa załoga. Rok później „Cyranka” – dwanaście rodzin opłakiwało utratę, swych najbliższych. W latach późniejszych w Skagerraku zatonął „Głuszec” bez ofiar w ludziach i ostatni przy nabrzeżu PPDiUR „Gryf” „Gołąb” również bez ofiar. Mimo wprowadzanych zmian na tych jednostkach, poprawiających ich stateczność były one sukcesywnie wycofywane z eksploatacji.

Żeby pokonać przeklęstwo.

Dwadzieścia cztery statki sprzedano zagranicę. Część z nich kupił za symboliczne pieniądze, brazylijski armator zatrudnił pływającą na nich załogę załadował w kanale Kiliońskim towary przewiózł do Brazyli, towary wyładował a statki zatopił. Cztery po przebudowie weszły do służb ratowniczych Marynarki Wojennej. Cztery również po przebudowie stały się statkami instrumentalnymi Wyższych Szkół Morskich w Gdyni i w Szczecinie. Dalsze dwa lugrotrawlery po przebudowie pływały jako "Kaszubski Brzeg" należący do Centralnego Muzeum Morskiego oraz "Mazurek" - luksusowy jacht milionera J.S. Johsona (mąż Barbary Piaseckiej). Klątwa ustąpiła. Statki uznawane były i są, przez ludzi morza za szczęśliwe. Niektórzy absolwenci kołobrzeskiej szkoły pływali w czasie praktyk na „Azymucie”, Nawigatorze i „Łużycy” nie wiedząc, że kadłuby tych statków pochodzą z czarnej przeklętej serii. Jak brzydkie kaczątko pechowe i nieszczęśliwe zamieniło się we wspaniałego łabędzia tak lugotrawler „Cietrzew” zamienił się we wspaniały szkuner „Zawisza Czarny II”. Służy dzielnie od wielu lat, dając poczucie bezpieczeństwa i możliwość przeżycia wielkiej przygody. Żeglując po morzach i oceanach, odwiedzając wiele portów na całym świecie. Jest się żaglowcem znanym i lubianym.

 

Edward Bernatowicz

 

10:11, edward.bernatowicz , Zachłanne morze
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 listopada 2005
63 minuty, które nie wstrząsnęły Światem

Czasami zastanawiamy się jak zostanie oceniony po wiekach, miniony XX wiek. Jedno jest pewne to, że z minionego stulecia świat będzie pamiętał wojnę totalną, w której udział brały, po przeciwnych stronach, dwa zbrodnicze reżymy totalitarne. Prymitywny wschodni, ze Stalinem na czele i „cywilizowany” zachodni, z Hitlerem. Jeszcze po sześćdziesięciu latach, na początku XXI wieku, umysły nasze targane są niepokojem w ocenach bohaterstwa i zbrodni, „konieczności” wojennego zabijania, czy też zbiorowych morderstw.

 

Czerwone buciki

Dziewczynka miała pięć lat. Tej zimy ukochana babcia coraz częściej ocierała dyskretnie łzy. Słowo wojna wypowiadane były we wszystkich przypadkach i kojarzyły się z zatroskanym smutkiem dorosłych mieszkańców domku i brakiem ojca. Bo ojciec musiał, jak mówiła matka, pojechać na wojnę. Ostatni raz widziała go przed pół rokiem. Te kilka dni urlopu to najwspanialszy okres jej życia.

- Mam dla ciebie prezent. - Powiedział Ojciec przecierając zaczerwienione oczy, w dniu wyjazdu, wręczając zawiniątko. Rozwinęła. Ujrzała dwa czerwone buciki. Pachnące świeżą skórą. O takich zimowych bucikach marzyła.

- Będę je wkładała na wyjątkowe okazje. Przyrzekam tatusiu. Gdy wrócisz pójdę w nich z tobą do kościoła.

Ostra zimy zaśnieżyła pola, las i ścięła grubym lodem zalew, nad którym stał dom dziewczynki. Czerwone buciki stały na honorowym miejscu przy łóżeczku. Co wieczór przecierała delikatnie szmatką z kurzu by nie wytrzeć zapachu, który zastąpił zapomniany zapach ojca. Buciki były nieużywane. Tylko czasami przymierzała i wyobrażała, że idzie z ojcem za rękę przez wieś a koleżanki zielenieją z zazdrości. Co raz częściej oprócz słowa „wojna” pojawiały się słowa „front” i „ewakuacja”.

Tego styczniowego mroźnego dna ktoś zapukał do drzwi. Mama była zajęta w kuchni. Pobiegła otworzyć. W drzwiach stał pan policjant.

 – Daj mamie ten dokument. – Powiedział wręczając papier. Matka przeczytała.

– Zawołaj babcię i dziadka.

- Otrzymaliśmy nakaz ewakuacji i karty zaokrętowania na „Wilhelm Gustloff”. Córeczko, popłyniemy w bezpieczne miejsce daleko od wojny.

Ludzie-ziarna w stalowej klepsydrze zagłady.

„Wilhelm Gustloff” miał 208 m długości, zbudowany 1937 jako statek pasażerski, na którym sam Hitler miał swój apartament, zabierał na pokład 1465 osób. Od 1939 zamieniony na statek szpitalny a w 1940 bazą szkoleniową dla załóg okrętów podwodnych – II U-boot Leer Devision, – która znajdowała się w Gdyni. W styczniu 1945 roku wojska rosyjskie zbliżały się coraz szybciej do wybrzeża decyzją Hitlera jak również lęk przed nieprzestrzeganiem praw wojennych przez Rosjan, zmusiło 2,5 miliona ludności do ewakuacji na Zachód. 29 stycznia 1945 roku. „Gustloff” stał przy kei w Gdyni gotowy do wyjścia z portu. Na pokładzie znajdowało się 3700 marynarzy okrętów podwodnych, co stanowiło około siedemdziesiąt załóg U-botów, kilkaset rannych żołnierzy, dziewczęta ze służby pomocniczej marynarki oraz kilka tysięcy cywilnych uciekinierów. Ile osób było na pokładzie trudno stwierdzić zawierała się ona od 8 tysięcy do 11 tysięcy można stwierdzić, że sam błąd w ocenie przekraczał liczbę wszystkich ofiar „Tytanika”. Na statku znajdowali się pasażerowie nie znajdujący się na listach. Przekupywali oni marynarzy by ewakuować się na Zachód. Cały czas dobijały do burt barki, promy i łodzie z uciekinierami. Opuszczenie portu z 29 stycznia przesunięto na następny dzień by pogłębić tor wodny. Obciążony ponad miarę okręt nie mógł przejść. "Wilhelm Gustlow" odbijał 30. stycznia 1945 r. o godź. 12.20 przy 18 stopniowym mrozie i prawie sztormowej pogodzie od nabrzeża ciągniony przez 4 holowniki. W nocy nadszedł telegram z dobrą wiadomością od szefa niemieckich łodzi podwodnych "Wschód". Trzy wrogie łodzie podwodne w morskim kwadracie odległym od kursu, płyną na powierzchni wolno, są umiejscowione i będą obserwowane - środkowy i zachodni Bałtyk wolny od łodzi podwodnych. O zmroku około 19 00 Gustloff wychodząc z zatoki Gdańskiej, na około pól godziny na zaciemnionym statku zapala światła pozycyjne. Statek przyjął kurs zachodni. Od strony morza osłaniał go równoległym kursem torpedowiec „Lowe”. Silniki pracowały rytmicznie. Potężne stalowe mrowisko przepełnione tysiącami ludzi - mrówek pokonywało narastające fale i wzmagający wiatr. Co pewien czas pędzone wiatrem chmury pozwalały księżycowi rzucić poświatę. Pomimo zakazu kapitana, niektórzy przebrali się do nocnego snu w poczuciu złudnego bezpieczeństwa.

Myśliwy? Morderca? Bohater?

Kapitan III rangi Aleksander Marinesko, opuścił tymczasową bazę w Turku i wypłynął w rejs patrolowy na sowieckim okręcie podwodnym S-13. Był podpadnięty w dowództwie pomimo zasług. Ostatnia pijacka eskapada opóźniła o kilka dni wyjście okrętu w rejs patrolowy na Bałtyk. Wiedział, że tylko sukces może polepszyć jego notowania u dowództwa. Ryzykując natknięcie się na pola minowe chroniące Zatokę Gdańską 19 stycznia zaczaja się u wyjścia i czeka. 30 stycznia o godzine 19 10 w momencie wynurzenia się zobaczył przez peryskop światła pozycyjne potężnego transportowca i ochraniającego go z lewej burty mniejszego okrętu wojennego. Alarm bojowy! Cała naprzód! Kurs równoległy między lądem i ”Wilhelme Gustloff”, bo to właśnie jego wyrok wojny skazał na zagładę. Rozpoczął się pościg. Wygaszono o godzinie 19 30 światła pozycyjne, lecz było za późno. S-13 minuta za minutą doganiał swą ofiarę. Płynął w wynurzeniu. Na tle lądu był niewidoczny w chwilowych prześwitach księżyca. Po dwóch godzinach osiągnął zasięg torped.

- Przygotować wyrzutnie torped do odpalenia! – Padł rozkaz.

Na torpedzie w wyrzutni pierwszej napisali "za mateczkę Rosję", na torpedzie nr 2, "Za Stalina", a na trzeciej" Za sowiecki naród" i na czwartej "Za Leningrad". Są ustawione na głębokość trzy metry poniżej poziomu morza. Na tej samej głębokości znajduje się na "Gustloff'ie" pływalnia, w której ulokowano młode dziewczyny, tak zw. "marinehelferinnen".

- Odpalić pierwszą torpedę!

Była godzina 21 03. Potem następne dwie ta „Za Stalina” zablokowała się. Pierwsza trafiła w dziób, następna w pływalnię. Trzecia w siłownię. Radiotelegrafista Rudolf Lange rozpoczął nadawanie sygnału: „Statek „Wilhelm Gustloff”. Trzy trafienia torpedą. Tonie w pozycji 55.8 Nord i 17.39 Ost. Wzywa na ratunek.”(Około 20 mil od Łeby.)

Blady, przerażony księżyc, co chwilę niknie za pędzącymi, wiatrem, chmurami. Zablokowane korytarze! Panika! Jęk gniecionych ciał Ludzie „mrówki” skaczą z burty do lodowatej wody po kilku minutach są martwi z zimna. Na wzburzonych falach unoszą się sztywniejące ciała. Tratwy i szalupy wypełnione po brzegi.

 Oto scena jak z jakiegoś koszmarnego, diabelskiego, wodnego baletu. Sterczące ku górze, z pomarańczowych kamizelek ratunkowych, sztywne dziecięce nogi. Dużo nóg! Główka dziecka jest cięższa od nóżek, więc nóżki wystają z wody. Jedne  odróżnią się od pozostałych, swoimi nowymi czerwonymi bucikami.

63 minuty

Po 63 minutach "Wilhelm Gustloff" poszedł na dno i wraz z nim 9343 ludzi, w tym około 4000 dzieci. Uratowano 1239 osób. Z pewnością uratowano by więcej, gdyby nie lodowata woda, po kilku minutach człowiek umierał. Ciała jeszcze przez wiele miesięcy wyrzucało morze na już polskie wybrzeże. Do 1947 roku grzebano je na cmentarzu witomińskim.

Edward Bernatowicz

09:47, edward.bernatowicz , Zachłanne morze
Link Komentarze (2) »
środa, 23 listopada 2005
Największa nienaturalna eksplozja przed wybuchem w Hiroszimie
 

    Klasy trzecie Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu jadą na praktykę. Droga długa i daleka. Autobusy wiozą na lotnisko w Goleniowie. Odprawa. Lecimy rozklekotanym „Antkiem” do Warszawy. Większość pierwszy raz w życiu. Piękna jest Polska z okien samolotu. Lotnisko Okęcie. Odprawa miedzynarodowa. Kilka godzin oczekiwanie. Jesteśmy w powietrzu. Za około dziesięć godzin mamy być w Montrealu. Początkowy niepokuj o kulturę osobistą i zachowania niektórych praktykantów, przekształca się w dumę kierowania taką grupą. W owym czasie, końcu lat siedemdziesiątych, spośród trzech średnich szkół morskich odbywających, praktyki na m/t Admirał Arciszewski, kołobrzescy uczniowie mieli najlepszą opinę „dobrze przygotowani pracujących głową”. Zachowanie i wygląd grupy wzbudzał zaintersowanie i sympatię na całej trasie aż do Halifaxu. Dwa międzylądowania uzupełniające paliwo Berlin i Gander. Gander - najdalej na wschód wysunięte lotnisko kanadyjskie. Z tego lotniska w czasie II wojny światowej startowały samoloty do Europy.

Gonimy słońce, więc dzień jest dłuższy.

Przez więszość podróży lecimy nad chmurami. Sprawiają wrażenie solidnej materii Iracjonalna myśl przychodzi do głowy. Spacer po chmurach. Gdyby tak jeszcze można było ujrzeć kontynent amerkański z lotu ptaka? Nasze życzenia spełnione. Lecimy nad Wielkimi Jeziorami po bezchmurnym niebie. Robią wrażenie, słynne lasy kanadyjskie pocięte prostymi liniami autostrad. Tuż przed zachodem jesteśmy w Montrealu. Jesteśmy spóżnieni dwie godziny, Samolot, który miał nas zabrać do Haifaxu odleciał. Mamy załatwiony nocleg w hotelu Holiday Inn. Na lotnisku jest problem. Nasza władza wymagała potwierdzenia w książeczkach żeglarskich przekroczenia granicy kanadyjskiej. Pół godziny szukaliśmy przedstawiciela służb granicznych. Lekko znudzony stawiał stemple zadając każdemu, pytania „Czy byłeś w ostatnim tygodniu na wsi? Czy posiadasz żywności? Lęk przed pryszczycą. Jedziemy do hotelu.

Wolność i godność.

Dwa zintegrowane z sobą naturalne prawa człowieka. Papież Jan Paweł II powiedział „każdy system totalitarny pozbawia człowieka wolności i godności”. My poklenie HOMO SOWIETIKUS, odwiedzając wolne kraje, zauważaliśmy i odczuwaliśmy w drobiazgach życia codziennego jakąś sympatyczną inność. Niechodziło tu o pełne półki w sklepach, sznury samochodów i kolorowe neony. Czasowe przekroczenie granicy wolnego państwa nie dawło nam wolności. Miało się natomiast, niesmiałe poczucie własnej godności. Nasza Ojczyzna obecnie jest wolna. Lecz czy dokładnie wiemy, co to jest godność własna? Czy potrafimy uszanować godność innego człowieka?

Holiday Inn.

W hotelu recepcjonista serdecznie przeprasza, że nie posiada dla całej grupy pojedyńczych pokoi. Część praktykantów zamieszka w dwójkach. Nie widzę problemu. Biorę listę i po kolei przydzielam pokoje. Widzę zdziwienie i oburzenie na twarzy hotelarza. O co chodzi? - Jakim prawem naruszam godność chłopców wyznaczając, kto z kim ma mieszkać w pokoju? Sprawdzianem inteligencji i kultury grupy jest kolacja w hotelowej restauracji. Niedożywieni mieszkańcy internatu zachowali się niczym stali bywalcy ekskluzywnych lokali, spożywając wielodaniowy posiłek. Nazajutrz dwoma Douglasami lecimy do Halihaxu. Zamustrowanie. Jest jeszcze kilka godzin czasu na zwiedzenie miasta.

Nowa Szkocja

Wspomnienia literatury lat dzieciństwa i młodości. Tu były ulubione przystanie piratow. Tu Korzeniowski umiescił bazy wielorybnicze w swych morskich opowieściach. Tu lądowali pierwsi osadnicy z Europy. Tutaj sa największe w świecie przypływy i odpływy morskie. Kraina lasów, setek jezior, pagorków, zatok, plaż piaszczystych i kamienistych, zmiennego klimatu.

Halifax.

Miasto w Nowej Szkocji nad Oceanem Atlantyckim. Największy na Atlantyku port morski kraju. Duży port rybacki, zakłady przetwórstwa rybnego. Około sto dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Stąd wyruszały konwoje do Europy, w czasie I i II wojny światowej. Port i miasto rozłożyło się wokół zatoki łaczącej się z Atlantykiem wąskim przesmykiem. Na dominującym nad Halifaxem wzgórzu czuwa cytadela, wspaniały przykład bastionowych fortyfikacji o gwiaździstym narysie zewnętrnym, której zadaniem było blokowanie lądowego podejścia do twierdzy od strony Stanów Zjednoczonych powstała w pierwszej połowie XIX wieku. W latach sześćdziesiątych XIX wieku, działa gładkolufowe zastąpiono gwintowanymi, co sprawiło, że cytadela mogła blokować również port. Widoczna  daleko z morzu. Obok wielka murawa na ktorej latem spędzaja chetnie czas wszyscy, grają w piłkę, palanta, albo po prostu opalają się

Zwiedzamy ubogą jak dla Europejczyka ekspozycję w cytadeli. Pamiatki i zdjęcia pierwszych osadników oraz narzędzia, których używali. Są pamiatki z okresu II wojny swiatowej. Egzemlarz kanadyjskiej gazety z września 1939 roku z listem gończym Adolfa Hitlera. Centralne i dominujące miejsce zajmują pamiątki, opisy, zdjęcia, wspomnienia i makiety tragicznego nieszczęścia, jakie dotknęło ludzi i miasto. Od 1916 roku w porcie Halifx przygotowuje się konwoje z bronią do Europy. Przeładowuje się broń i materiały wybuchowe.

6 grudzień 1917 rok.

Do portu wchodzi parowiec francuski Mont Blanc. W ładowniach 227 ton trotylu oraz inne mateiały wybuchowe. Na pokładzie beczki z paliwem. Kontra kursem z portu wychodzą, jeden za drugim, dwa okręty. Mont Blanc mija pierwszy i w ostatniej chwili zauważa drugi. Jest za późno. Statki ocierają się burtami. Snop iskier zapala uszkodzone w czasie kolizji beczki z benzyną. Świadoma następstw załoga ucieka ze statku. Mieszkańcy nieświadomi nieuchronności dalszych wydarzeń z zaciekawieniem przyglądają się płonacemu okrętowi. W drewnianych domach przerwano codzienne czyności i przy oknach skupili się wszyscy domownicy. Gigantyczna eksplozja wstrząsnęła ziemią i niebem. Anioł śmierci i zagłady uderzył swym mieczem. Radość życia zamienił w koszmar śmierci i bólu. Halifax przestało istnieć. Wybuch był zauważalny ponoć do 300 kilometrów. Według ekspertów, była to największa w dziejach nienaturalna eksplozja przed wybuchem w Hiroszimie. Akcja ratunkowa prowadzona przez tych, co przeżyli, trwała do zmroku. Pomoc zewnątrz przybyła dopiero na drugi dzień. Miejscowy pastor wydobywa ze sterty belek i desek, wijącą się z bólu córkę, pozostali członkowie rodziny zgineli. Noc była mroźna. Wielu uwięzionych w ruinach domów zmarło z zimna. Lekarze dokonują dziesiatki zabiegów usunięcia kawałków szyb z twarzy i ciała. Są wypadki amputacji gałek ocznych. Tysiąc sześćset osób zginęło, dziewięć tysięcy zostało okaleczonych i rannych.

Wracamy na statek przez nowoczesne, czyste miasto. Nie dziwi nas brak starych, zabytkowych budowli. W sercu miasta mijamy duży, piękny park w stylu wiktoriańskim, starannie pielęgnowany. Arciszewski opuszcza port. Żegnają nas, po przeciwnej stronie zatoki, porozrzucane wśród lasów, piękne kanadyjskie domki. Przepływamy przez tragiczny przesmyk. Następny przystanek reda Nowego Jorku.

 

Edward Bernatowicz
17:10, edward.bernatowicz , Zachłanne morze
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 listopada 2005
Jak Stasiu Radio dupę w wodzie moczył.
 

 

Cicha, ciepła noc na łowisku George Bank. Stasiu Radio (radiooficer) leży w półśnie na koji. Przypomina sobie Szczecin - Wały Chrobrego. Niedzielny spacer z rodziną. „Na barana” trzyletni syn. - Stasiu, ale ty jesteś gruby – mówi idąca obok żona. – Mama! Tata nie jest gruby. Tata jest łysy - „pociesza” syn widząc z góry początki łysiny.

Potężne uderzenie i trzask pękającej stalowej burty.

Stasiu ląduje na podłogę przerywając przyjemny marazm. Dziób obcego statku zatrzymał się metr od koji. S/t Kamienna zawisła na dziobie dużo większego „narzędziowca” jak pusty kanister na rogu nosorożca. Błyskawiczne i mechaniczne czynności - spodnie, koszula, buty, kapok. Mostek nawigacyjny. Radiostacja włączona. „Stary” wydał rozkaz opuszczenia statku. W eter leci S.O.S, w procedurze komunikatu podana jest pozycja i nazwa jednostki. Komunikat nadany kluczem przez automat radiostacji okrętowej ma zasięg prawie na całą półkulę. Równocześnie przez UKF-kę wysyłane jest wołanie

„MAYDAY”, „MAYDAY”...

Prawie każdy statek, który je usłyszy, analizuje możliwość udzielenia pomocy. Najbliższa stacja brzegowa lub statek przejmuje koordynację akcji ratunkowej. Kto choć raz był słuchaczem takiej akcji, nigdy jej nie zapomni. Kapitan ocenia sytuację. Atlantyk spokojny. Ciepła woda i powietrze. Nikt nie ucierpiał przy zderzeniu. Szalupy i tratwy ratunkowe na wodzie. Załoga sprawnie opuszcza trauler. Polskie jednostki łowiące w sąsiedztwie przygotowują się do podjęcia rozbitków. Dopóki Kamienna będzie wisiała na dziobie „narzędziowca”(przypominam - sierp i młot na kominie) można sprawnie przeprowadzić akcję ratunkową. Wnuku, musisz wiedzieć, że Rosja nazywała się wówczas Związek Radziecki.

W cywilizowany świecie zwanym „Imperium Zła”.

Kapitan i załoga statku radzieckiego za udział w kolizji, choćby nie z ich winy, wylądowaliby najpewniej w obozach pracy na Syberii. Prawdopodobnie to było powodem, że statek „dał wstecz” uwolnił swój dziób od intruza i zniknął w ciemnościach nocy. S/t Kamienna zaczęła błyskawicznie nabierać wody. Wszyscy opuścili statek, został tylko kapitan i Stasiu Radio. Sprawdzenie kamizelek ratunkowych i skok do wody. Po latach Stasiu wspomina:

- Siedzę w wodzie, woda ciepła, rekinów nie widać, czuję dosłowność życzeń marynarskich „obyś dupy w wodzie nie moczył”, a w mózgu świdruje jedna głupia myśl - dlaczego nie odlałem się na statku.

 

CZŁOWIEK I MORZE.

Ta relacja intrygowała od zarania dziejów. Wystarczy te dwa słowa zestawić razem, a przestają być zwykłymi rzeczownikami i wypełniają się treścią. Treścią nie zgłębioną do końca. Odkąd człowiek zaczął wyrażać swój stan umysłu w formie dzieł sztuki, próbuje ukazać wyjątkowość tego zjawiska. Twórczość Homera, Platona, Conrada, mity i wierzenia starożytności, to tylko nieliczne przykłady uwypuklenia tej inności. Wiek XX ze swymi ufnymi w szkiełko i oko profesorami i doktorami próbował zmierzyć, zwarzyć i zdefiniować to zjawisko. W efekcie nie rozwiązał nawet prostego problemu – choroby morskiej. Zwykła praca przy obróbce śmierdzących ryb na morzu staje się misterium.

Wnuku, zapytasz dlaczego? Nie wiem!

Lecz wiem na pewno, że morze w sposób bezwzględny i okrutny odkrywa prawdę o człowieku. Złych ludzi morza pozostawmy w zapomnieniu. Wspominajmy dobrych. Przeżycia na Kamiennej powinny pozbawić Stasia chęci pływania. Nic podobnego! Ta tajemnicza siła i pieniądze ściągnęły znów na morze i po wykorzystaniu ustawowych dni wolnych, przysługujących niedoszłym topielcom, zamustrował się znowu. Gdy go poznałem, był człowiekiem ukształtowanym doświadczeniami długoletniej pracy na morzu. Cechował go przyjazny stosunek do ludzi i radość życia. Popijając razem popołudniową kawę układamy sobie pasjans Piłsudskiego. Stasiu opowiadał swoje przeżycia. Na traulerach parowych, zwanych przez rybaków „czajnikami”, nie było etatu lekarza, w razie choroby lub nagłego wypadku pierwszej pomocy udzielał przeszkolony w tym celu radiooficer. W przypadku wątpliwości mógł się poradzić przez radiostację dyżurnego lekarza międzynarodowego serwisu medycznego.

Rejs.

Stasiu pełnił funkcję p.o. lekarza. Wypadek na pokładzie. Przyprowadzono zalanego krwią rybaka. Po obmyciu głowy i oglądnięciu rany diagnoza. Trzeba szyć. Do najbliższego portu pięć dni drogi. Ambulatorium wyposażone w niezbędne narzędzia, medykamenty oraz instrukcje. Stasiu wspomina:

 -Przeczytałem instrukcję, wysterylizowałem narzędzia i dłonie, dwóch silnych rybaków trzyma pacjenta za ręce, trzeci za głowę, zgodnie z instrukcją zakładam szwy, operowany szarpie się, klnie i wyje z bólu, nie pomaga szklanka whisky, „Coś jest tu nie tak” - myślę. Kończę zabieg. Ostatnie spojrzenie do instrukcji. O k...a! Zapomniałem znieczulić. Po zawinięciu do portu lekarz ogląda zarośniętą ranę i stwierdza, że takiego szycia nie powstydziłby się chirurg plastyczny.

O skuteczności porad medycznych Stasia przekonałem się sam. Przeziębiłem gardło i nie mogłem mówić. Lekarz okrętowy po zbadaniu zaplikował anybiotyki i cały stos pigułek. Kilka dni kuracji i brak efektów. Reakcja Stasia.

-Wyrzuć te świnstwa masz tu zwykłe tabletki emskie i sól do płukania gardła. Jak ci nie przejdzie stawiam flachę. Przeszło.

 

Mój pasjans nie wychodzi, a u Stasia prawie za każdym razem. Zaczynam bacznie przyglądać się, jak to robi.

 Stanisław, oszukujesz! – mówię.

 - JA NIGDY NIE OSZUKUJĘ. JA TYLKO POMAGAM SZCZĘŚCIU - odpowiada z jowialnym uśmiechem.

 

Edward Bernatowicz

 

20:34, edward.bernatowicz , Zachłanne morze
Link Komentarze (4) »