Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
środa, 15 lutego 2012

11

15:04, edward.bernatowicz , Dar Młodzieży
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 maja 2009
POKOCHALI MORZE I KOŁOBRZEG


Adam Kantorysiński

Lat - 52(gdy publikowano artykuł)

     Zawód - żeglarz zawodowy, mgr geografii

     Rejsy - Było ich dziesiątki, te niezapomniane i najistotniejsze na jachtach polskich, holenderskich i niemieckich.Za rejs dookoła Europy na „Darze Kołobrzegu" i transatlantycki rejs na „Czartoryskim" otrzymał wyróżnienia Rejs Roku. Na "Fryderyku Chopinie" Opłynął Amerykę Południową przez przylądek Horn. Rejs na Karaiby dziesiątki wysepek i portów. Obecnie uczestniczy w regaty Cutty Sark rok 2003 na "Fryderyk Chopin"

     Kontynenty, wyspy, kraje odwiedzone - Kontynenty: Ameryka Północna, Afryka, Azja, Europa; kraje: wszystkie kraje nad Bałtykiem, Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Maroko, Grecja, Turcja, Stany Zjednoczone, Kanada i inne; wyspy: Kanaryjskie, Azory, Madera, Maiorka, Minorka, Ibiza, Korsyka, Sardynia, Alboran, Fort de France na Martynice, wyspie w archipelagu Małych Antyli albo jak kto woli na Karaibach.

     Porty i kraje do odwiedzenia - Tak wiele, ze trudno wymienić.

     Jachty - „Eridan", „Dar Kołobrzegu", „Dar Koszalina" „Wojewoda Koszaliński", „Grunwald", „Płowce", "Czartoryski" i inne.

     Jacht życia - "Fryderyk Chopin"

     Pływa obecnie na s/y "Fryderyk Chopin" jako jeden z trzech kapitanów realizując program „Szkoły pod Żaglami" W ramach Szkoły pod Żaglami młodzież LO w trakcie dwu lub trzymiesięcznego rejsu uczestniczy w regularnych zajęciach lekcyjnych realizowanych zgodnie z programem szkolnym, a jednocześnie przechodzi twardą szkołę morską, stanowiąc integralną część załogi żaglowca. Tradycję takich rejsów zainicjował kapitan Krzysztof Baranowski w roku 1983 na żaglowcu „Pogoria" udowadniając, iż szkoła może być prowadzona na pokładzie. Kanadyjczycy zrobili użytek z tego pomysłu (zwanego Class Afloat) budując własny żaglowiec „Concordia". Kapitan Kantorysiński był dyrektorem tegorocznego semestru 13 lutego 2003 - 24 kwietnia 2003
     Trasa: Przejazd autokarem na lotnisko do Paryża, dolot na Karaiby, zaokrętowanie w Fort de France na Martynice, żegluga przez Wyspy Małych Antyli, Archipelag Wysp Azorskich, Kanał La Manche, Amsterdam (lub inny port europejski), Kanał Kiloński, Szczecin.

Znam go od drugiej połowy lat siedemdziesiątych. Młodzież, którą uczył i z którą pływa darzy go szacunkiem i sympatia za kompetencje i fachowość.

Opracował Edward Bernatowicz

20:26, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 sierpnia 2008
Alarm! Kapitan za burtą!

ALARM! KAPITAN ZA BURTĄ!

Szanowny Panie Marszałku! Odpowiadając na zapytanie Pana Posła na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej Jana Łącznego... w przedmiocie prowadzonego przez Sąd Rejonowy XXII Wydział Gospodarczy w Szczecinie postępowania upadłościowego Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich ˝Gryf ˝ w Szczecinie, sygn. akt XXII U 12/01, uprzejmie wyjaśniam, co następuje...

...W kwestii wypłaty pracownikom Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich ˝ Gryf ˝ w Szczecinie zaległych wynagrodzeń należy wskazać, iż aktualnie prowadzone jest postępowanie wyjaśniające w tym zakresie. Podjęte zostały czynności zmierzające do ustalenia, w jakiej wysokości zostały wypłacone wynagrodzenia w postępowaniu prowadzonym przed Sądem Federalnym w Kanadzie ze środków uzyskanych ze sprzedaży statków ˝Sagran˝, ˝Aquarius˝ i ˝Admirał Arciszewski˝....

Na taki zapis natrafiłem w dokumentach sejmowych. Ponieważ moja kilkuletnia przygoda morska mijała miejsce na pokładzie m/t Admirał Arciszewski zawsze mnie interesowały losy „Admirała" i innych statków szczecińskiego „Gryfa" nawet, gdy przestał być statkiem szkolnym i stał się statkiem „gryfowskim"


Koniec XX wieku był również końcem pewnej „ery" rybołówstwa dalekomorskiego.

Spotyka się dwóch biznesmenów.

- Zawiążmy spółkę morską - mówi jeden.

- Dobrze - odpowiada drugi

- Ja dam w udziale morze a ty statki.

Z tego dowcipu lat sześćdziesiątych minionego wieku obecnie nikt by się nie śmiał.

Bo kto ma morza ten ma bogactwa.

Vancouver - port bazowy

„Agonia" rybaczenia pod polską banderą dopadła jednostki ˝Sagran˝, ˝Aquarius˝ i ˝Admirał Arciszewski˝ w Vancouver gdzie statki, łowiące na morzu Beringa i morzu Ochockiem, dokonywały zaopatrzenia, remonty i drogą lotniczą zmieniano załogi. Wysłuchując opinii zaprzyjaźnionych ryboli dalekomorskich mam mieszane uczucia, co do stwierdzenia czy to był zaplanowany „mord ekonomiczny" polskiego rybołówstwa dalekomorskiego, czy nieuchronności z powodu rabunkowej eksploatacji łowisk, czy też nieudolności „socjalistycznych" menadżerów transformacyjnych. Mam nadzieję, że kiedyś powstanie IPN ( Instytut Przekształceń Narodowych), który dokona naukowego osądu jak własność socjalistyczna przekształcała się we własność kapitalistyczną. Niektórzy twierdzą, że początki końca PPiUR „Gryf" to niekorzystnie podpisana w 1995 roku umowa z Rosją. Spowodowała ona bardzo znaczący wzrost kosztów firm połowowych oraz ograniczenia połowowe skutkujące spadkiem rentowności. Nie powstał zwarty program w zakresie polityki morskiej, ani też próby renegocjacji umowy międzyrządowej z 1995 roku. Na łowiskach morza Beringa i morza Ochockiego narastała nerwowa atmosfera wśród załóg powodująca nie zawsze zgodne z prawem próby zwiększenia połowów.

Alarm! Kapitan za burtą!

Międzynarodowy akwen na morzu Beringa, ograniczony jest, chronioną strefa amerykańską i rosyjską.. Na wodach ogólnodostępnych tłok. Na odcinku około 20 mil, międzynarodowa flota prawie burta w burtę trałuje ta i z powrotem Jak wspomina Adam Zagrabski rybaczący od 1976 roku

- Ryba nie jest głupia i kryje się za „płotkiem" w strefach chronionych. Trauler koreański „kłusuje za płotek" w strefie rosyjskiej. W eter leci umowny sygnał o rosyjskim kontrolerze. Koreańczyk robi zwrot o 90 stopni. Uciekając niszczy sieci trałujących jednostek.

m/t Amarel otrzymuje na pokład kosztowną przesyłkę zdjęcia satelitarne nielegalnego połowu w strefie amerykańskiej wraz z kwotą kary jaką musi wpłacić armator by trawler nie został aresztowany.

m/t Admirał Arciszewski miał pecha czy też kapitan za bardzo zaufał zatrudnionemu na statku rosyjskiemu oficerowi pokładowemu. Statek trałował w strefie amerykańskiej prawie 10 minut szerokości geograficznej za „płotkiem", gdy został zatrzymany przez US Coast Guard. Po wpłaceniu kaucji przez armatora statek wypływa w następny rejs. Kapitan jest psychicznie wyczerpany.

Pokład pusty, Tylko na rufie rybak oprawie nielegalnie złowionego łososia. Odruchowo spojrzał za burtę.

- ALARM! Człowiek za burtą!

Dzwonki alarmowe. Szalupa na wodzie! Statek zatacza krąg i niedoszły samobójca na pokładzie. Kapitan nie wytrzymał nerwowego stresu i wyskoczył za burtę i tylko dzięki rybakowi na rufie nie skończyło się to tragicznie.

Okręt podwodny w sieci

Morze Ochockie Rosja robi wszystko by wygonić polskie jednostki z tego łowiska. Wyłączanie akwenów pod pretekstem przeprowadzanych manewrów i ćwiczeń. Aresztowania polskich jednostek pod pretekstem naruszenia stref i limitów. Przypisywano w owym czasie te zachowania nieudolności naszego rządu w prowadzeniu negocjacji i podpisaniu odpowiednich umów z rządem rosyjskim. Obserwując obecnie poczynania Rosji wydaje się, że to był element realizacji nowej formy dominacji w świecie.

„Dyktatura Caratu" przekształciła się w „Dyktaturę Proletariat" a obecnie przekształca się w „Dyktaturę Ekonomiczną" wspartą armatami (Gruzja).

m/t Amarel idzie pod trałem. Szarpnięcie.

Cała Naprzód!

Manetka prędkości wychylona maksymalnie. Pomimo to statek traci prędkość i jakaś potężna siła cofa go. Po kilku minutach na powierzchnię wynurza się za rufą potężne cielsko rosyjskiego okrętu podwodnego.

Ostanie dni floty PPiUR „Gryf"

Brak konkretnych decyzji rządowych, może świadome działania dyrekcji, powoduje, że rośnie zadłużenie przedsiębiorstwa. W styczniu 2001 roku następuje to, co nieuchronne ˝Sagran˝, ˝Aquarius˝ i ˝Admirał Arciszewski˝ zostają aresztowane w porcie Vancouver w Kanadzie. Ze stuosobowej załogi do kraju ma wrócić siedemdziesiąt ma pozostać szkieletowa. Załoga słusznie nieufna likwidatorowi „Gryfa" i zwraca się o pomoc do Międzynarodowej Federacji Transportowej (ITF) co daje im pewne gwarancje otrzymania zaległych wynagrodzeń.

Jak wspomina Adam Zagrabski załogant ˝Aquarius"

- Dzięki ITF i pomocy Polonii z Vancouver udało się nam odzyskać nasze wynagrodzenie.

Były okresy, gdy nie mieliśmy, co jeść i brakowało paliwa do agregatów. Syndyk „Gryfu" próbował w sądzie wywalczyć by za sprzedane trzy statki wypłacić w pierwszej kolejności zadłużenie przedsiębiorstwa. Stwierdzenie sędziego było jednoznaczne

- W pierwszej kolejności ma otrzymać załoga. Po prawie roku procesu wszyscy, załoganci którzy dochodzili swych roszczeń w sądzie kanadyjskim otrzymali wynagrodzenie.

Jak wskazuje notatka zapytania sejmowego, pozostali którzy dochodzili swych roszczeń w sądach polskich jeszcze w 2005 roku nie otrzymali wynagrodzenia. Czy otrzymali w ogóle? Trudno powiedzieć.

Refleksja

Czytając artykuł dr Wojciecha Pelczarskiego w „Wiadomościach Rybackich" natrafiłem na takie stwierdzenia

w trakcie pobytu na „Lafayette" odwiedzałem szereg statków zdających rybę mrożoną. Między innymi byłem w kilkudniowym rejsie na pokładzie m/t "Kapitan Bolsunovskij', który to statek okazał się być dawnym polskim „Sagranem" z szczecińskiego „Gryfa."

..."Drugim ex-polskim statkiem, który spotkałem w trakcie przeładunków był „Germes" (Hermes), dawny „Aquarius" też z szczecińskiego „Gryfa", należący obecnie do firmy„DALWEST" z Nachodki."

Co z m/t Admirał Arciszewski? Jak mi powiedział Adam Zagrabski kupił go armator z RPA.

Edward Bernatowicz

 

18:56, edward.bernatowicz , Rybacy dalekomorscy
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Morświny uśmiechają się po śmierci

Rybaka łodziowego Leona Holkę, z sąsiedniej ulicy, znałem od lat. Obecnie jest na emeryturze po likwidacji jednostki w ramach unijnych programów rybołówstwa.

- Panie Leonie może by Pan opowiedział o swoim ponad czterdziestoletnim rybaczeniu - zapytałem.

- Nie ma, o czym. Jest tylu ciekawych i ważnych ludzi w naszym mieście, którzy potrafią opowiadać o sobie. Co tam ja, zwykły rybak.

Po takich słowach byłem prawie pewny, że szperając w morskim życiorysie tego człowieka można natrafić na niejedno ciekawe zdarzenie.

W obecnych czasach często zauważamy, szczególnie w mediach, natłok „pustosłowia i pustogłowia", szczególnie widoczne jest to u niektórych polityków i samorządowców. Ma się wrażenie jakby próbowali sprzedawać kolorowe puste opakowania swego JA.

Zauważyłem, ze ludzie morza często „opakowani w przeciętność" zawierają ciekawy i wartościowy „towar" swoich doświadczeń i przeżyć. Lecz gdy pytamy o to zazwyczaj odpowiadają.

- O czym tu opowiadać. Nie ma, o czym.

Nie dałem się zbyć i namówiłem pana Leona na zwierzenia.

Tobiasz na przynętę

Tobiasz „(Ammodytes tobianus) - gatunek morskiej ryby z rodziny dobijakowatych Długość do ok. 23 cm, ciało silnie wydłużone, smukłe, spłaszczone bocznie. Ubarwienie srebrzyste, grzbiet ciemny. Tobiasz żywi się głównie skorupiakami planktonowymi, rzadziej narybkiem. Występuje w ławicach, zagrożony ukrywa się w piaszczystym dnie. Tarło na przełomie jesieni i zimy".

Czytelniku, gdybyś zawędrował w latach sześćdziesiątych o świcie na kołobrzeską plażę zachodnią to może ujrzałbyś, jak rybacy łodziowi parami łowią tobiasza na przynętę.

- Jeden koniec liny sieci zakotwiczono na plaży. Łódką wiosłową wywożono sieć, szerokim łukiem w morze by zamknąć półkole o końcach lin na plaży. - wspomina pan Leon.

- Za jedną linę złapał ojciec, za drugą złapałem ja i powoli wyciągano sieć na plażę z wijącym się tobiaszem. Była to najlepsza przynęta, obok „krabików" bałtyckich, nakładana na haki na dorsze i flądry.

Zatopienie Koł 112

22 grudnia 1998 roku. Pan Leon na Koł 112 wraz z trzyosobową załogą wypływa na połów, Za dwa dni Wigilia, świeża ryba to w tym okresie najbardziej potrzebny towar.

- Na rufie w workach ułożone siatki stawne. Załogant Edek Litwin zdjął koła ratunkowe z haków i położył na workach, by w momencie wychodzenie z głodówek portu fala nie podbiła sieci do góry.

Często zastanawiamy się nad rolą przyczynowo-skutkową zdarzeń i oraz nad przypadkiem w życiu człowieka W obecnej „epoce wirtualnej", epoce programowanych komputerów odnosi się wrażenie, że pewne cykle zdarzeń, których doświadcza człowiek są zaprogramowaną aplikacją. przez „super programistę" Człowiek posiadający wolną wolę realizuje ową aplikację i czasami w sytuacjach ostatecznych potrafi wygrać drugie życie. Takim „elementem programu" ratowania życia załogi Koł 112, były owe koła ratunkowe położone w niewłaściwym miejscu..

Godzina 8. Około 2,5 mili od lądu na wysokości Podczela Załoga Koł 112 kończy wybierać ostatnie haki. W kierunku portu kołobrzeskiego z przeciwnej strony płynie łódź rybacka. Przejdzie bezpiecznie od strony lądu - pomyślał pan Leon pracujący na rufie.

Jest na prawym trawersie. Nagle! Robi zwrot o 90 stopni i uderza w burtę zakotwiczonej łodzi. Odskoczyła na odległość około trzydziestu metrów. Przez pęknięcie w stalowym kadłubie Koł 112 woda wdziera się do maszynowni.

- Bierzemy was na hol! - zawołał sprawca zdarzenia, nieświadomy zagrożenia, jakie spowodował.

Podana cuma dziobowa pęka. Łódź udzielająca pomocy dochodzi do burty Koł 112, powodując całkowite pęknięcie poszycia łodzi. Z dziobem do góry, rufa błyskawicznie pogrąża się w wodzie, uwalniając znajdujące się tam koła ratunkowe.

- Zdążyłem tylko zdjąć jeden but filcowy. Robię unik, przed wciągnięciem pod wodę, przez nadbudówkę na dziobie. Edek w wodzie uczepiony koła ratunkowego. Łapię się koła z drugiej strony. Gdyby koło ratunkowe było, jak zawsze, na swoich zaczepach, takiej szansy ratunku nie mielibyśmy - wspomina pan Leon..

W wodzie o temperaturze około 0 stopni nieprzygotowany człowiek przeżywa około 15 minut. Pierwszy rozbitek wyciągnięty. Leon łapie podaną cumę. Wkłada nogę w bucie w pętlę cumy, ta bez buta już zdrętwiała. Trzech rybaków z trudem wyciąga potężnego Leona na kuter.

- Do ubikacji, tam najcieplej! - woła szyper.

Problem z Gienkiem - na powierzchni wody utrzymuje go pęcherz powietrza ortalionowej kurtki, traci siły z wyziębienia organizmu. Decyzja mechanika Rutkowskiego z ratującej jednostki jest błyskawiczna. Owiązuje się w pasie linką. Skok do lodowatej wody. Po chwili wraz z Gienkiem jest wyciągnięty na pokład. Jeszcze tylko wyłowienie Edka uczepionego koła ratunkowego. Leon próbuje pomagać w wyciąganiu kolegów, lecz zdrętwiałe ręce odmawiają posłuszeństwa.

Szybko do portu. Pogotowie powiadomione.

- W porcie służbista policjant, nie zważając na nasz stan zdrowia, męczył pytaniami - opowiada pan Leon, aż się lekarz zdenerwował

- Niech pan da im spokój, nie widzi pan, ze trzeba zabrać do szpitala.

- Co było powodem, że został zatopiony Koł 118 - zapytałem.

- Szyper, sprawcy zatopienia, był poważnie chory na cukrzycę i zapadał chwilami w senne odrętwienie, gdy mijał nas hałas naszej jednostki obudził go i odruchowo zmienił nagle kurs od lądu, czyli prosto na nas.

Morświny uśmiechają się po śmierci

Przeglądając rodzinne zdjęcia zaciekawiło mnie zdjęcie pana Leona i jego kolegi trzymającego morświna ( w załączeniu).

Morświn, merświn, morświń lub morsun - to używane na polskim wybrzeżu nazwy jedynego bałtyckiego walenia. Ma on i swoją naukową łacińską nazwę - Phocoena phocoena."

Trudno go zauważyć żywego na naszych wodach, bo przebywa cały czas pod powierzchnią. Wynurza się dyskretnie tylko w celu zaczerpnięcia powietrza. Oglądam je tylko wtedy, gdy stanie się tragedia i zaplączą się w zastawione sieci i się uduszą. Tak się stało również z tym na zdjęciu.

Niestety takie zdjęcia są coraz częstsze, ilość tych jedynych waleni bałtyckich się zmniejsza. Próby uratowania od zagłady wymagają środków finansowych. W Kanadzie i Stanach Zjednoczonych z powodzeniem stosuje się dźwiękowe odstraszacze zwane pingerami. Wieszane są na sieciach, gdzie niebezpieczeństwo wpadania morświnów w sieci jest największe.

Gdy przyniosłem zdjęcie, pani Alicja, redakcyjna szefowa komputerów, zauważyła:

- Ale się on pięknie się uśmiecha.

Przyznałem rację i pomyślałem, jakże wspaniały musi być uśmiech żywego morświna?

Czy nasze prawnuki będą oglądać ten uśmiech tylko na starych fotografiach?

Edward Bernatowicz


18:43, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 sierpnia 2008
ŁAPANIE WIELORYBÓW

ŁAPANIE WIELORYBÓW


1. Wieloryby oraz delfiny i morświny należą do rzędu Cetacea. Istnieje 13 gatunków „dużych wielorybów" takich jak płetwal błękitny, finwal, długopłetwiec, wal grenlandzki, kaszalot i płetwal karłowaty oraz dalszych 68 gatunków mniejszych wielorybów i delfinów. Od średniowiecza w Europie, na morzach północnych a następnie w Amerykach i innych regionach świata, w tym Antarktyce, polowano na gatunki waleni, głównie na duże wieloryby. Mięso wielorybów było wykorzystywane jako żywność w wielu regionach świata, lecz wieloryby stanowiły również źródło wielu innych ważnych produktów, takich jak fiszbiny, a zwłaszcza olej i tłuszcz, które były używane jako paliwo i do smarowania maszyn...."

KOM(2007) 823 wersja ostateczna

KOMUNIKAT KOMISJI DO PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO I RADY


 


Łapanie wielorybów"

Wracają z porannego spacerku z nad morza spotkałem franciszkanina o. Bogdana. Ojciec Bogdan ukochał Boga i dzieła stworzone przez Boga: morze i Kołobrzeg.

- O czym morskim jeszcze, by tu napisać w Gazecie Kołobrzeskiej? - zapytałem w czasie rozmowy.

- O łapaniu wielorybów - odpowiedział pół żartem.

W pierwszej chwili chciałem zwrócić uwagę na to, że rybacy nie „łapią", ale „łowią" ryby w sieci, napisane o tym jest nawet w Piśmie Świętym. Ale zastanowiwszy się, doszedłem do wniosku, że właściwie to w obecnych czasach trudno nazwać łowieniem lub polowaniem na wieloryby. W dokumentach Międzynarodowej Komisji Wielorybniczej („IWC") używa się pojęć „eksploatacja wielorybów" i „połowy wielorybów". Dla mnie, biorąc pod uwagę urządzenia techniczne do zabijania waleni, najbardziej adekwatnym pojęciem byłoby mordowanie wielorybów.

Wracając do domu, sprowokowany słowami o.Bogdana, zrobiłem „rachunek sumienia" w tym temacie.

Spotkanie na Atlantyku

Druga połowa lat siedemdziesiątych minionego wieku. m/t Admirał Arciszewski płynie przez Atlantyk z redy Nowego Jorku do Szkocji.

- Choć na mostek! Coś zobaczysz! - Słyszę w słuchawce telefonu statkowego.

Szybko ubrałem się i pognałem na mostek.

- Patrz! - Powiedział Starszy wskazując na morze.

Kontrkursem, w odległości około pól mili, zbliżały się, do prawego trawersu, od nawietrznej, dwa potężne cielska wielorybów, prychające fontannami wody. Wyszliśmy na skrzydło. Podmuch wiatru, przyniósł smród zjełczałego tranu.

- Nie wiedziałem, ze wieloryby tak śmierdzą - powiedziałem.

- To humbaki zwane przez rybaków „śpiewakami" - powiedział Starszy patrząc przez lornetkę.

Gdy dwa osobniki z gatunku największych istot żywych na ziemi, zniknęły za rufą statku. Starszy wygłosił mi krótki wykład o humbakach.

Humbak zwany śpiewakiem

Wieloryb z rodziny fałdowców, długopłetwiec zwany też humbakiem (Megaptera novaeangliae).

Odbywa najdłuższe wędrówki ze wszystkich saków. Żyje na Pacyfiku. Zimuje u wybrzeży Meksyku, tam też wydaje na świat potomstwo. Na lato wędruje do Arktyki, gdzie - po przepłynięciu 10000 km - maja w brud pożywienia. Humbaki również latem żerują na północy, zimę spędzają u wybrzeży Hawajów i Meksyku albo Bermudów i wysp Morza Karaibskiego

Ze względu na dźwięki pieśni godowej samca humbak, otrzymał on od rybaków nazwę „wieloryb śpiewak". Nie jest byle, jaka kakofonia dźwięków. Długie powolne frazy, o szerokim zakresie, dźwięków. Powtarzające się cyklicznie. Coś więcej niż utwory „Warszawskiej Jesieni".(Obecnie ukazała się płyta z zapisem autentycznych dźwięków „Pieśni humbak" bijąca rekordy sprzedaży dźwięków przyrody , stosowana w relaksacji.) Mogą trwać do kilku dni. Czasem występuje kanon dwugłosowy, po dołączeniu rywala. Po okresie godowym milkną na dziewięć miesięcy.

Być może mitologiczne syreny, wabiące antycznych żeglarzy, to Humbaki, które żyły kiedyś w Morzy Śródziemnym Ich pieśni miłosne wprawiały w wibracje kadłuby starożytnych okrętów a u marynarzy wzmacniała się nostalgia.

Niecodzienny połów Koł 174

Początek lat dziewięćdziesiątych minionego wieku, początek agonii gospodarki socjalistyczne.(Dogorywanie trwa do dzisiaj, wizualnie, chyba skończy się wtedy, gdy znikną charakterystyczne betonowe płoty w dawnych socjalistycznych zakładach pracy a z dróg i ulic znikną dziury łatane byle, jakim asfaltem.)

Wyrok historii, na największe kołobrzeskie przedsiębiorstwo PPiUR „Barka", już zapadł. Nieświadoma tego „klasa robotnicza" manipulowana przez związki zawodowe wszelkiej maści i kolorów, zmienia dyrektorów by jak najdłużej zjadać „własny ogon" doprowadzając przedsiębiorstwo do ruiny.

Flotylla kutrów rufowych, B410, wyrusza na Morze Północne łowić czerniaka w ramach przyznanych limitów. Złowione ładunki sprzedawano w portach brytyjskich i duńskich by zasilić kasę konającego przedsiębiorstwa.

- Kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy tego wieloryba nie pamiętam - wspomina pan Edward, rybak, załogant jednego z kutrów.

- To jest humbak zwany „śpiewakiem" - stwierdził autorytatywnie jeden z rybaków.

Nie wnikając w szczegóły wielorybiego gatunku na kutrze przyjęła się nazwa „śpiewak".

Przez kilka dni pojawiał się na łowisku pozdrawiając łowiących swym potężnym ogonem.

- Wybieramy!

Winda trałowa zaczęła podnosić sieć ku górze z trałowania dennego. Deski trałowe powoli zbliżały się do siebie zmniejszając odległość między skrzydłami sieci. Nurkujący przy powierzchni „śpiewak" nagle znalazł się w tej pułapce bez wyjścia. Zrobił zwrot by uciec, było za późno, worek sieci ścisnął go zawijając prawie w połowie ogonem.

- Podciągnęliśmy go do slipu, około dwunastometrowe, około dziesięciotonowe cielsko, dalej się nie mieścił - wspomina pan Edward

- Pogłaskaliśmy go, widząc jego, czy to przerażenie, czy to zdziwienie w oczach, odwiązaliśmy worek sieci i wypuściliśmy na wolności. Na pożegnanie pomachał nam swym potężnym ogonem dziękując za uwolnienie.

Refleksja

Ostatnimi laty, głośno jest w mediach o obronie przed zabijaniem tych saków, na różnych akwenach morskich. Zastanawiam się czy nie są to tylko działania pozorne i ci pseudo obrońcy nie reprezentują interesów grup „mordujących" te zwierzta. Bo co to da, gdy będziemy chronić je tylko na Morzu Norweskim lub tylko na morzach japońskich. Dla tych zwierząt, wszystkie oceany i morza są jednym wielkim akwenem. Jeżeli zostaną wymordowane w jednym akwenie i łowiska będą ich pozbawione, przypłyną z innych chronionych. Tylko globalna, światowa ochrona może je uratować przed zagładą.

20:28, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 lipca 2008
JEDNOSKRZYDŁE MOTYLE DZIECIĘCEJ MIŁOŚCI.

W latach siedemdziesiątych, stojąc na redzie portu Falmouth u wybrzeży Kornwalii, w weekend, z pokładu statku, z nieukrywaną zazdrościła obserwowaliśmy jak zapełnia się jednostkami pływającymi reda portu i urokliwa zatoka.

Mogłeś tam dojrzeć całą gamę tego, na czym człowiek może wypłynąć. Poczynając od jachtów niczym z amerykańskich filmów, rażące oczy blaskiem nikli i pięknymi dziewczynami na pokładzie, kończąc na drewnianych szalupach z silnikiem, które mogłeś wynająć za nieduże pieniądze by „powędrować" na Kanale La Manche.

Zakotwiczeni w bezpiecznej zatoce, lubiłem godzinami oberwać, przy dogodnych warunkach pogodowych, małe łódeczki żaglowe prowadzone przez dzieci w wieku dziesięciu - trzynastu lat.

Miałeś wrażenie, że jednoskrzydłe białe motyle suną po wodzie, nerwowo machając skrzydłem w momencie zwrotu.

- Czy kiedyś taki obrazek zobaczymy na naszych wodach? - Zadał retoryczne pytanie, Jurek II mechanik.

- Nie sądzę! - Odpowiedziałem.

Jednoskrzydłe motyle w porcie „piwnym"

Jakie było moje zdziwienie, gdy na popołudniowym spacerku w porcie jachtowym zwanym przez niektórych „portem piwnym" ujrzałem dziesięć takich „jednoskrzydłych motyli" pędzlujących wodę basenu. Wśród nich uwijał się, na pontonie, mój przyjaciel Mariusz Górnisiewicz udzielając uwag i poleceń załogantom w wieku od 6 do 13 lat.

- Michał! Wyostrz!

- Klaudia! Zwrot!

- Marcel! Tak trzymaj!

...

Na kei zauważyłem rodziców, młodych żeglarz, bacznie przyglądających się poczynaniom swych pociech.

Po zajęciach, gdy łódki znalazły się na ladzie i przyszli „jachtmeni" klarowali sprzęt, zapytałem Mariusza

- Wiem, ze jesteś kapitanem jachtowym, motorowodniakiem, nurkiem, lubisz śpiewać szanty, jesteś nauczycielem szkoły średnie, ale co robisz z tymi maluchami?

- Utworzyłem Szkołę Żeglarską JUNGA, mam teraz 20 jungów w wieku od 6-13 lat, mają zajęcia w grupach od 6-10 osób.

- A te „pudełeczka z żaglami" na których pływają to mają jakąś nazwę i klasę żeglarską? - zapytałem prowokacyjnie.

- Co! To „Optmist"! Najlepsza jednoosobowa klasa międzynarodowa dla dzieci do lat 15. Poszperaj w materiałach to się przekonasz - powiedział prawie obrażony.

18:27, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Komentarze (1) »

Optimist

Długość: 2,31 m

Szerokość: 1,13 m

Ciężar: 35 kg

Powierzchnia ożaglowania: 3,5 m2

Załoga: 1


Bardzo prosta konstrukcja. Niedrogi dziecko z łatwością może go uzbroić i klarować, jeden żagiel, kilka regulacji.150 tysięcy egzemplarzy na świecie, w tym KILKA tysięcy w Polsce!

Można go spotkać w ponad 100 krajach. Ponad 60% zawodników startujących Igrzyskach Olimpijskich, zaczynało swoja karierę żeglarską właśnie na Optymiście.


Ostatnie sukcesy polskiego Optimista

Mistrzostwa Świata:

2001 Quingdao (Chiny): 9 miejsce indywidualnie Emil Bałdyga

2003 Gran Canaria (Hiszpania)4 miejsce indywidualnie Tomasz Januszewski

2004 Salinas (Ekwador)5 miejsce indywidualnie Łukasz Przybytek1 miejsce drużynowo (Team Racing) 2 miejsce w klasyfikacji państw (Miami Herald Trophy)

Mistrzostwa Europy:

1999 Mati (Grecja)3 miejsce indywidualnie Barbara Strzyżewska

2003 Stari Grad (Chorwacja)1 miejsce indywidualnie Piotr Radowski 4 miejsce indywidualnie Michał Gryglewski6 miejsce indywidualnie Artur Nowicki

2004 Sandham (Szwecja)4 miejsce indywidualnie Agnieszka Skrzypulec 1 miejsce indywidualnie Wojciech Zemle

XXXI Kołobrzeskie Regaty O Srebrny Dzwon

Tradycyjnie, jak co roku, na początku lipca w odbywają się regaty „O Srebrny Dzwon" wybrałem się, więc by ujrzeć redę kołobrzeska zapełnioną współzawodniczącymi żaglami. Po przeliczeniu jednostek w poszczególnych klas stwierdziłem, że miejsc na podium jest więcej niż startujących jednostek. Zdegustowany, rozmyślając nad „rdzewiejący srebrze dzwonu" dotarłem do portu jachtowego gdzie drzemały niewykorzystane z powodu braku załóg DZ szkoły „Polskich Marynarzy i Rybaków" rozmyślające nad pusto brzmiącym hasłem „MARE DOMUS TUA".

Jakie było moje miłe zaskoczenie gdy ujrzałem na wodach portowych grupę „jednoskrzydłych motyli". Początkowo sądziłem, że to zajęcia szkółki Mariusza, lecz po zaangażowaniu i zacięciu, z jakim jungowie pokonują nawroty wokół ustawionych na wodzie bojek stwierdziłem, ze to są autentyczne biegi regatowe.

Jedna żaglówka zwróciła szczególną uwagę, prowadzący ją żeglarz nie życzył sobie pomocnych uwag, jakich udzielał Komandor klubu Górnisiewicz. Łódka owego zawodnika powoli wychodziła na prowadzenie i gdy minęła linię mety nad wodą rozległ się okrzyk dumy, miłości i dziecięcej radości, odbijający się od zadartych dziobów kutrów, zacumowanych rufami do kei portu rybackiego.

- TATO! BEZ NICZYJEJ POMOCY WYGRAŁE!

Po wyścigu łódki dobiły do kei. Dopiero wtedy przekonałem się, kim był ów szczęśliwy zwycięzca.

Tak szczęśliwego i wyrażającego swą radosną miłości do swych rodziców, jaką zwycięzca regaty o Srebrny Dzwon w klasie OPTYMIST w grupie wiekowej: do lat 11, Michał Górnisiewicz obdarzył swych rodziców, na kei, nigdy nie widziałem.

- No to Cię, ściga syn w sukcesach żeglarskich - powiedziałem.

- Już prześcignął, bo ja w jego wieku nie miałem takiego sukcesu - odpowiedział dumy ojciec.

Refleksja

Obserwując krzątające się mam jugów szkółki żeglarskiej, przygotowujących piknik przy ognisku z pieczonymi kiełbaskami i zdenerwowanych ojców obserwujących na kei wysiłki żeglarskie swych pociech, ma się przekonanie, że to coś więcej niż tylko nauczenie dzieci rzemiosła żeglarskiego, kontrastuje to z odgłosami „fortu piwnego" po drugiej stronie basenu jachtowego. Dobrze się stało, że do regat o Srebrny Dzwon włączono klasę OPTYMIST może przez to nie śniedzieje do końca.

Edward Bernatowicz

 

18:25, edward.bernatowicz , ŻEGLARZE
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 lipca 2008
KAMIKADZE BAŁTYKU,

KAMIKADZE BAŁTYKU,

czyli rybacy łodziowi lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego wieku.

 

            - Panie Janku, co by mógł Pan powiedzieć ciekawego o swoim rybaczeniu łodziowym, by mógłbym o tym napisać w Gazecie Kołobrzeskiej? - Zapytałem emerytowanego rybaka Jana.

            - Co ja tu mogę powiedzieć. Trzydzieści trzy lata przeleciało jak jeden dzień. Szczęśliwa świeczka się paliła. Trochę to było niebezpieczne wypływanie na tych drewnianych jednostkach, marnej, lichej konstrukcji. Rybacy z „Barki" i „Bałtyku" nazywali nas „kamikadze". - Odpowiedział mi spokojnym, zrównoważonym głosem, gdy udało mi się namówić Pana Jana na wspominki.

Rybacy łodziowi.

            Nadmorski, sielski obraz letniego wypoczynku, kojarzy się przybyszom, z drewnianymi łodziami leżącymi „brzuchami do góry" z suszącymi sieciami i kolorowymi chorągiewkami na długich tyczkach. Cywilizacja robi swoje, ten atrakcyjny obraz polskich plaż zanika, pozostają tylko wspomnienia na starych widokówkach, w rodzinnych albumach lub malarskich refleksjach. Zanika i zmienia swą treść pojęcie „rybak łodziowy", zawodu chyba najtrudniejszego i najbardziej męskiego, spośród całej gamy rybackich i marynarskich „specjalności".

Łowienie na haki

            Doktryna gospodarki socjalistycznej nie uznawała przedsiębiorstw prywatnych, a tu grupa jakiś rybaków chce pracować na własne prywatne konto. Władza ludowa robiła wszystko by udowodnić, że tylko przedsiębiorstwa socjalistyczne mają rację bytu.

            Rybacy łodziowi, ludzie z charakterem, sami sobie, ze starych części różnych budowali i montowali swoje jednostki.

            - Rozpocząłem rybaczenie u rybaka haczykowego Magierka.

            - Rybaka haczykowego? - zapytałem.

            - Dziś już nikt tego nie pamięta. Bawełniane sznury z hakami, na które nakładało się przynętę.

            - Jaką?

            - Jesienią były to kraby.

            - Kraby w Bałtyku? - Byłem zdziwiony

            - No tak! Mało, kto wie, że żyją takie 2-3 centymetrowe. Nocą stalowymi ramami z siatką ciągnęło się po dnie by je nałapać. Nabijało się ja na haki na sznurze. Sznur z przynętą układało się rzędami w odpowiednich skrzynkach, przysypując warstwami piachu by się nie poplątał.. Z tak przygotowanym sprzętem - na morze.

            Trzyosobowa załoga, drewnianą jednostką długością około dwanaście metrów z silnikiem jednocylindrowym Puck, wyruszyła na Bałtyk.

            - Panie szyper, ale ten silnik ma duże obroty. Trzy obroty i będziemy na Bornholmie! - Zażartował jeden z rybaków.

            - Nie filozofuj tylko bierz się do wydawania sznura.

Boja z dwoma czarnymi szmatami, wyznaczająca początek zastawionego sznura - zakotwiczona. Takie samo oznaczenie będzie na końcu sznura, wewnątrz co pewną odległość - jedna czarna szmata.

            Płynące jednostki wiedzą, ze czarny kolor to sprzęt na dnie. Czerwony sieć to sieć nastawna pelagiczna.

Nawigacja

            Teraz należy wyznaczyć pozycję jednostki i zastawionych sieci. Do tego służą: kompas magnetyczny, zegarek, sonda ręczna i ...pudełko zapałek.

            -Pudełko zapałek? - Zapytasz czytelniku

            Tak Pudełko zapałek służyło do mierzenia prędkości jednostki. Na dany znak rybak wrzuca na dziobie pudełko po zapałkach. Mierzy się czas, w jakim pudełko dociera do rufy. Mamy długość jednostki i czas, więc mamy prędkość.

            Pudełko zapałek spełniało „ważną" role przy wyznaczaniu odległości przy trałowaniu w tukę (parami) dużych jednostek takich jak „rufowce" i „siedemnastki". Trzymało się pudełko w palcach na wyciągniętej ręce. Gdy wysokość jednostki współtrałującej była równa pudełku od zapałek to odległość była właściwa.

            Ale jak mi powiedział jeden z szyprów z tamtych czasów najlepsza metoda wyznaczania pozycji to „po krzakach, drzewach i budowlach na lądzie". No, ale na morzu bywa czasami mgła.

21:52, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »

Spotkanie we mgle z „narzędziowcem"

            Przy takim wyposażeniu nawigacyjnym łodzi, mgła była najgorszym zagrożeniem

            Ta mgła zjawiła się nagle. Szósty zmysł rybacki, najlepszy przyrząd nawigacyjny na łodzi, tego zjawiska nie przywidział.

            - Bierzemy kurs na Kołobrzeg! - Zadecydował pan Jan, gdy mgła otoczyła morze i łódź.

            - Szefie, ale mgła! Nawet myśli nie widać! - Zawołał rybak z dziobu, wypatrując i nasłuchujący morze przed łodzią, jak nakazywały przepisy w takiej sytuacji.

            Łódź powoli zbliżała się do lądu. Tłumiony odgłos silnika ze starej koparki, rytmicznie prychał przytłumionym ciężkim mgielnym powietrzem.

            - STER NA LEWO!!! - Ryknął przeraźliwym głosem, rybak pełniący wachtę na oku.

Zdążyli! Łódź prawie otarła się o stalowy kadłub statku. Dopiero przy burcie usłyszeli pracę sinika mijanego statku. Z rufy dobiegły rosyjskojęzyczne odgłosy pijackiej libacji.

Załoga „narzędziowca" (sierp i młot na kominie) włączyła „michałka" (automatyczny pilot) i zrobiła „party" na rufie, nie włączając tyfonu przeciwmgielnego i nie obserwując morza na radarze jak nakazuje prawo morskie.

            No cóż, był to czasy, gdy oni byli prawem w „demoludach".

Tym razem jego świeczka nie zgasła, tylko płomyk mocno zadygotał.

Czujne oko służb specjalnych

Rybacy łodziowi mieli prawo pływania i łowienia w 12 milowej strefie przybrzeżnej. Służby totalitarnego państwa WOP i GPK czujnie kontrolowały i monitorowały na radarach ruch wszystkich jednostek wychodzący i przebywających na łowisku. W razie jakichkolwiek podejrzeń, że rybacy mogą wybrać wolność poza państwem „dobrobytu społecznego", zawracano jednostki do portu, pozbawiano prawa pływania.

Ten rejs nie zapowiadał niemiłych niespodzianek. Mechanizm napędowy składający się ze zdobytych starych części działał sprawnie dopóki nie zamierzali wracać do portu.

            - Jest problem, wysiadło sprzęgło - poinformował pan Janek dwóch swoich załogantów.

            Rozpoczęły się żmudne próby naprawy urządzenia. Kolebiącą się na fali łódkę wiatr zaczął oddalać od lądu aż zniknęła z WOPowskich radarów.

Już dawno powinni być w porcie a ich niema. Panowie „funkcjonariusze" bardzie niż bezpieczeństwem rybaków, przejmowali się tym, że załoga mogła uciec na Bornholm lub do Szwecji.

            Natychmiast „smutni panowie" zjawili się w domu u żony pana Jana. Zaczęło się wypytywanie. A czy nie zamierzał...? A co mówił...? A czy nie to...? A czy nie tamto...?

Żona przerażona. Wiedziała, że nie wybrał wolność. Mogło tylko zdarzyć jakieś nieszczęście.

Tymczasem na morzu próby naprawy nie powiodły się.

- Wzywamy pomoc!

Czerwona raca poszybowała w niebo. Ujrzał ją wracający do portu B 410 kołobrzeskiej „Barki". Wziął pechowców na hol i dotarli do portu.

Świeczka pana Jana znów tylko lekko zadygotała.

Dorsze można było łowić na tekturę.

            - Jak było z dorszami w Bałtyku w tamtych latach? - Zapytałem na zakończenie.

            - Dorszy było wbród. Był okres, że można było je łowić, jak mawiali rybacy, na „tekturę". Prawie wchodziły do portu. Obecny limit roczny na jedną łódź można było złowić, prymitywnym ówczesnym sprzętem, w ciągu miesiąca. „Bolków"( małe niewymiarowe dorsze nie mylić z obecnym medialnym polowaniem na „grubą rybę") nie łowiono, tyko dorodne sztuki.

Obecnie słyszymy i czytamy w „środkach masowego przekazu" o wyczerpanych łowiskach o limitach i zakazach. Zastanawiamy się, co się stało z rybami w Bałtyku, ale to już temat na inną opowieść.

W tekście wykorzystałem wspomnienia Pana Jana Sołka

Edward Bernatowicz

 

21:46, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 czerwca 2008
„BARNAPAPA”, czyli kuter rybacki, rufowy B 410 cześć I

- Panie Antoni, nie widzę przy kei kutra Koł 174. Pływa jeszcze? - zapytałem starego szypra krzątającego się przy remontowanej jednostce, w rybackim kołobrzeskim porcie.

- Pocięto go na „żyletki" kilka lat temu. Czemu pan pyta? - odpowiedział pytaniem na pytanie.

- Przypomniał mi się rejs jaki odbyłem na nim pod koniec lat siedemdziesiątych z śp. szyprem .Andrzejem Baszkiewiczem.

- No tak. Co raz mniej tego typu kutrów w naszym porcie, ja swego „barnapapę" też złomowałem. Kawałek życia spędziłem na nim - powiedział i wrócił do „restaurowanej" jednostki do potrzeb wędkarstwa morskiego, przyholowanej z jakiegoś zachodniego portu.

Spacerując po kołobrzeskim rybackim porcie, z przyjemnością można zauważyć estetyczne zmiany na lądzie. Znika smród zgniłych ryb. Jeszcze nie czujesz zapachu morza, jaki jest w zachodnich portach rybackich, ale z dnia na dzień jest coraz lepiej.

Tylko przy kei coraz więcej jednostek ma burty zapłakane rdzą, jakby wiedziały, że armatorzy zrezygnują z ich usług i wyślą ich wysłużoną materialną powłokę do huty.

A „dusze kutrów"?

„Dusze" pozostaną w pamięci dopóki żyją dejmani i zejmani, którzy na nich pływali.

Kuter rybacki B 410 zwany Barnapapa

Kuter rybacki o nazwie stoczniowej B 410 był dziełem konstrukcyjnym polskich inżynierów i budowano je w stoczni w Ustce.

Kołobrzeska „Barka" otrzymywała je w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. W porównaniu do pływających „kaefek", „zółtków" i „sztoremów", był to jednostki nowoczesna o dobrych, jak na owe czasy, warunkach socjalnych.

„Trawler Rufowy B 410 miał, długość: 25.80 szerokość: 7.20 zanurzenie: 3.25 GT 137.00 silnik: Sulzer 570 hp pojemność: Ładownia schładzana 80m3, ładowność około 120 ton luzem, kabiny dla 8 osób wyposażenie: Jednostka mogła łowić pelagicznie i dennie: szprota, śledzia, dorsza i inne gatunki ryb".

Skład załogi: młodszy rybak, rybak, starszy rybak, motorzysta, mechanik, kucharz, drugi szyper, szyper.

Z biegiem lat i rozwojem techniki kuter otrzymywał nowoczesne urządzenia nawigacyjne.

Pierwsze jednostki miały na wyposażeniu kompas magnetyczny, pierwsze polskie radary tranzystorowe TRN, echosondę, radionamiernik, radiostację UKF.

Miłośnik mocnych trunków

Koniec lat siedemdziesiątych, m/t Admirał Arciszewski pełni rolę bazy w czasie „żniw śledziowych" dla kutrów kołobrzeskich.

Na pokładzie zamustrowani praktykanci klas trzecich TRM Kołobrzeg. Jest to okres rozgrywek kadrowych w kołobrzeskiej szkole, co nie pozostaje bez wpływu na zachowanie uczniów. „Czarna karta" historii TRM czyli „kociarstwo" osiąga swoje prymitywne apogeum.

Wśród praktykantów jest kilku miłośników tej bandyckiej tradycji (dokładną analizę tego zjawisko postaram się dokonać w przyszłości). Grupa wymaga ostrej dyscypliny. Dotychczas klasy trzecie, w ramach praktyk, wypływały na „Turlejskim" na Wyspy Kanaryjskie" teraz muszą obywać praktykę pracując przy rybie. W internacie oni by byli tymi, co „ścigają" pierwszoklasistów, na Arciszewskim muszą wykonywać bezwzględnie polecenia załogi stałej, zgodnie z dewizą statku

Jeżeli masz być oficerem rybołówstwa i wydawać rozkazy to musisz nauczyć się je wykonywać."

Ładownie pełne. Zawijamy do Szczecina na wyładunek. Praktykanci otrzymują prawo wyjścia do miasta. Telefon z wartowni „Gryfu"do oficera wachtowego

- Zatrzymaliśmy kompletnie pijanego praktykanta. Proszę przysłać kogoś by go odebrano. Nie może ustać na nogach.

Decyzja kapitana

- Niezaliczona praktyka. Proszę go zmustrować i odwieźć do szkoły,

Ponieważ statek wieczorem wychodził w morze, a z Kołobrzegu nikt nie był w stanie dojechać ja musiałem dostarczyć „miłośnika mocnych trunków" do domu.

06:24, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
„BARNAPAPA”, czyli kuter rybacki, rufowy B 410 część II

To miał być kilkugodzinny rejs.

Muszę powrócić na pokład „Admirała". Na łowisko wypływa Koł 174 szypra Andrzeja Baszkiewicza, będzie łowił śledzie i przekazywał na statek bazę, którym jest Arciszewski. Otrzymuję pozwolenie na podróż tym kutrem na swój statek Kilka godzin i będę w swoje przytulnej kabinie.

Zostałem życzliwe przyjęty przez załogę. O zmierzchu opuszczamy port w towarzystwie innych kutrów. Już po wyjściu z główek rozumem, dlaczego w żargonie rybackim ten typ kutra nazywany jest „Barnapapa" Tak samo jak ta dobronockowa gruszkowata postać, nasz kuter buja się na fali unosząc się jak piłka. Stan morza 3-4. Mój organizm przyzwyczajony do stumetrowego „Admirała" nie przepada za takim kiwaniem. Te kilka godzin wytrzymam i mam nadzieję, że nie dam plamy. Dla tych twardych ludzi, rybaków bałtyckiej, rybacy dalekomorscy to gorsza grupa ludzi morza. Z jednej strony im zazdroszczą, bo większości z nich chętnie popłynęłaby w dalekie rejsy, ale „odpowiednie służby" totalitarnego państwa pozwalają im tylko „mieszać wodę" na Bałtyku bez zawijania do portów zagranicznych.

Z drugiej strony ze względu na trudne warunki pracy uważają siebie za godniejszych ludzi morza.

- Panie Edwardzie, po malutkim, lepiej Pan zniesie tą podróż. - Powiedział kucharz nalewając do kieliszka, gdy szyper opuścił ciasną mesę.

Nie miałem najmniejszej ochoty na ten trunek, ale odmowa postawiłaby mnie w dwuznacznej sytuacji. W PRL-u odmowa takie propozycji przypisywałaby ciebie do grupy „kablarzy", „donosicieli" lub ludzi chorych a ponieważ chory nie byłem, więc odmówić nie mogłem.

Kołobrzeskie wybrzeże powoli się oddalało. Poszedłem do sterówki. Wachtę trzymał II szyper.

- Macie już zainstalowany system nawigacyjny DECCA. Dlaczego niewłączony? - zapytałem widząc nowoczesne jak na owe czasy urządzenie.

- Powiem szczerze są kłopoty z umiejętnością stosowani, instrukcja jest po angielsku. Na razie mapy tego systemu służą jako obrus na stole. - zażartował II szyper

W tym momencie postanowiłem zabłysnąć. Oficerowie nawigacyjni na Admirale nauczyli wyznaczanie pozycji przy pomocy tego urządzenia. Zasada była prosta. Urządzenie posiadało trzy czytniki cyfrowe o różnych kolorach. Na mapach o takich kolorach były wydrukowany układ hiperboli należało wyznaczyć punkty przecięcia tych linii, tak, w skrócie, wyglądało określenie pozycji.

- Włączę echosondę, nie powinno tu być śledzi, ale sprawdzę działanie urządzenia - powiedział drugi, gdy objaśniałem wyznaczanie pozycji przy pomocy DECCA.

- Co to? Czyżby ławica? - zawołał słysząc charakterystyczne skrzeczenie wypalanego papieru sondy.

Wezwany Szyper. Krótka narada. Przecież tak blisko Kołobrzegu nie powinno być śledzi. Wymiana poglądów przez UKF z drugim kutrem. Zdania podzielone. Zakład. Wydajemy. Jedna z dwóch sieć w wodzie. Drugi kuter Koł 173 szypra Gonczaronka podchodzi blisko. Rzutka. Stalowa lina drugiego skrzydła na drugim kutrze, Łowimy w tukę to znaczy dwa kutry połączone liną, ciągną sieć w odległości około stu metrów.

Mój szybka podróż przedłuży się o kilka godzin.

Po kilku godzinach trałowania wybieranie. Ładunek idzie na Koł 173. Wygrywają ci, co stawiali na ławicę, w zaciągu około 25 ton. Następne trałowanie by zapełnić ładownie Koł 173 on wróci z ładunkiem do portu my popłyniemy na łowisko do Arciszewskiego. Rejs miał trwać kilka godzin a już trwa ponad piętnaście. Czuje się fatalnie. Szyper udostępnia mi na kilka godzin swoją koję by się przespał. Żołądek podchodzi mi do gardła. Ale nie daję tego poznać.

- Arciszewski! Arciszewski! Będę musiał wracać do portu mam uszkodzoną echosondę. - Woła przez UKF któryś z kutrów.

- Tu Arciszewski, kapitan zadecydował, że wyśle do Was oficerów elektronika i elektryka, usuną usterkę.

Przez UKF cała flota na łowisku słucha wymiany zdań miedzy Arciszewskim i niefortunnym kutrem.

- Spuszczamy szalupę!

- Szalupa podchodzi do burty!

- Są na pokładzie!

Zapanowała na chwilę cisza w eterze.

- Tu Arciszewski! Co naprawiają już?

- Nie!

- A co robią?

- Rzygają!!!

W tym momencie nad łowiskiem w eterze rozległ się jeden wielki rechot. Posypały się docinki z bohaterskich rybaków dalekomorskich z m/t Admirał Arciszewski.

Zacisnąłem zęby. Nie dam się! Nie będę tematem docinków. Wytrwałem. Po dwudziestu godzinach dotarłem na swój statek. Kąpiel pod prysznicem. Wygodna koja w klimatyzowanej kabinie.

Refleksja dnia dzisiejszego

Z biegiem czasu kutry B 410 znękają z polskich portów niektóre są likwidowane inne sprzedawane za granicę. Każdy statek musi kiedyś skończyć na złomowisku.

Tylko mam pytanie. Czy nie należałoby z jednej takie jednostki zrobić muzeum? Niemcy potrafili to uczynić z jednostki wybudowanej w NRD. Uzyskali nawet na to fundusze UE.

 

06:16, edward.bernatowicz , Kołobrzescy rybacy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 czerwca 2008
poniedziałek, 02 czerwca 2008
piątek, 16 listopada 2007
Pięciu chłopców z TRM-u i kryl

            W drugiej połowie lat siedemdziesiątych, gdy jeszcze nie używano pojęcia „media” a gazety w większości miały pod swoimi tytułami napis „organ PZPR” a te, które nie miały takiego napisu, „dzięki” cenzurze również „organami” były. Otóż w owych latach wiadomości przekazywane przez polskie radio, polską telewizję i owe „organa”, „lud pracujący miast i wsi”, określał krótko „propaganda sukcesu”.

            Ludzie, mego pokolenia, interesujący się gospodarką morską,  na pewno pamiętają dwa takie „sukcesy”, w okresie budowy, jak określał niejaki towarzysz Gierek, „drugiej Polski”. (te numerowanie naszej Ojczyzny, dziwnie mi się kojarzy).

            1 „sukces” - Koncentrat białka rybiego – Naukowcy Morskiego Instytut Rybackiego w Gdyni opracowali „rewelacyjną” metodę otrzymywania koncentratu białka z ryb. Była to bezzapachowa i bezsmakowa substancja, którą można było dodawać do różnych potraw. Organizowano degustacje. Wybudowano w Gdyni zakład z linią technologiczną do produkcji owego specyfiku.

            2 „sukces”„Kryl antarktyczny (Euphausia superba) - gatunek skorupiaka, najbardziej znany spośród wszystkich gatunków kryla Długość ciała do 6 cm. Żyje w olbrzymich ławicach, które rozciągają się na wiele kilometrów. W jednym metrze sześciennym, wody morskiej żyją tysiące osobników. Żywi się algamii fitoplanktonem. Stanowi bardzo ważne ogniwo łańcucha pokarmowego, pożywienie morskich ptaków, fok i wielorybów Można nim żywić także ludzi, jest smaczniejszy od większości owadów i innego pokarmu alternatywnego. Po złowieniu, kryla należy w ciągu kilku godzin pozbawić pancerzyka, w przeciwnym razie mięso zostaje zanieczyszczone.”

         Przed wygłodniałym narodem roztaczano wizje nowych możliwości konsumpcyjnych, białko rybie miało uzupełnić braki mięsa a mączka krylowa, jako pasza dla trzody chlewnej, miała zwiększyć produkcję szynek i schabowych.          

       Pewnego siermiężnego, perlowskiego dnia temat zniknął z „organów” telewizji i radia. W drugi obiegu krążyły różne informacje na ten temat, a to, że technologia otrzymywania paszy z kryla była niedoskonała i karmione nimi tuczniki wchłaniały szkodliwe substancje do swoich szynek i boczków, a to, że koncentrat białka rybiego jest nie ekonomiczny. Osobiście w jednym z rejsów na „Admirale” gościłem w swojej kabinie, przez miesiąc, jednego z inżynierów MIR, współtwórcę linii  produkcyjnej białka rybiego.           

     - Pewnego dnia zjawiła się w zakładzie delegacja inżynierów z ZSRR. Władze kazały udostępnić całą dokumentację. Pomimo, że patenty były nasze, to decydentami były władze. Po kilku tygodniach kazano zamknąć zakład, stwierdzając, że proces produkcyjny jest nie zgodny z polskimi normami. Nie pozwolono nam nawet na podpisanie umowy z inwestorem francuskim na wykorzystanie naszych patentów i budowę takich fabryk w Afryce i Europie Zachodniej. – Powiedział mój współlokator pod koniec rejsu. 

           Jaka jest prawda?

            Sądzę, że nasi niezależni polscy dziennikarze oprócz tematów, „kto, na kogo donosił” zajmą się takimi niewyjaśnionymi tematami PRL-u

   Pięciu chłopców z TRM-u, niczym mrówki na torach, po których pędzi pociąg historii  

           Wrzesień roku 1989. W kraju w dyrekcjach przedsiębiorstwach połowowych popłoch i przygotowanie do „transformacji”. M/t „Koleń” bez przygotowania sprzętowego, na łowiskach Georgi Południowej, dokonuje próbnego odłowu kryla, bo w bałaganie walki o władzę nikt nie będzie sprawdzał czy kryl jest szkodliwy czy nie. (ponoć obecnie robią z niego paszę, w fermach łososiowych w Norwegii, dlatego ryby te mają taki różowy kolor).

Rubol jest po to, by rybaczył.

             - Worek w wodzie! – melduje, przez rozgłośnię manewrową, bosman po opuszczeniu żurawikiem rufowym końcowego elementu włoka. Prędkość statku, sposób opuszczania sieci wszystko to musi być zgrane by sieć nie zaplątała w śrubę. Woda powoli ściąga skrzydła sieci do morza.

            - Winda sieciowa! Stop! – oficer wachtowy blokuje windę

            - Deski trałowe zaczepione! Po chwili włok, zaczepiony poprzez deski trałowe, do wind trałowych znajduje się w wodzie.

            - Jesteśmy na ławicy kryla – informuje praktykantów. I oficer, pokazując ekran echosondy.

            - Pięknie wchodzą do worka – pokazuje zapis z echosondy zamontowanej w nadborze.

            - Nie uciekną? – pyta praktykant Robert

            - Kryl jak wejdzie do worka to z powrotem nie wyjdzie, ale mam wątpliwości czy oczka sieci są właściwe. Za lekko idzie statek po takich kilkugodzinnych wejściach.

            Przewidywanie „pierwszego” się sprawdziły. Sieć nie zdała egzaminu. We worku pozostały śladowe ilości różowego skorupiaka i kilkadziesiąt ryb.

            Od nawietrznej zaleciało smrodem super mączkarni i zjełczałego tranu. Pracujący na pokładzie spojrzeli. Rodzina wielorybia, zanurzając się, co pewien czas w głębinę oceanu, żerowała na ławicy. Potężny „tata” rodziny zbliżył się blisko statku. Dmuchnął fontanną i smrodem jakby chciał powiedzieć

            - Jak nie wiecie ja się łowi, to sp..........do swych żon pod pierzyny i nie płoszcie nam śniadania.

            Ponieważ, żaden waleń nie będzie uczył polskiego rybola jak się łowi kryle, po kilku próbach „pokład” zbudował właściwą sieć. Praktykanci mogli bez wstydu, wykazać, czego nauczyli się w szkole na ”sieciarstwie”. Dalsze zaciągi były zadawalające. Dla „pięciu chłopców z TRM-u,” po „szkole”, jaką dostali przy pracy z kalmarami i błękitkiem, „ obróbka kryla była rozrywką”.

Zakochany pingwin

            Tego poranka, wychodzących na pokład trałowy spotkała niespodzianka. Po pokładzie spacerował pingwin królewski. Krok pingwina przypomina, na pierwszy rzut oka kaczy chód. Lecz kaczy chód jest wulgarny i prymitywny, natomiast chód pingwina jest majestatyczny i godny. W swym fraku i białej koszuli wyraża wyniosłą szlachetność. Wizyta gościa została przyjęta przychylnie przez całą załogą. Gość zbytnio nie spoufalał się z załogą, traktując wszystkich równo, dopóki na pokładzie nie pokazała się osoba godna uczuć eleganta-elegantki (nie było na statku fachowców od płci pingwiniej). Owym obiektem pingwinich uczuć, był kucharz, który wyszedł na pokład w swym biały zawodowym kitlu.

            - Szefie, ale to musi być gorące uczucie – pokpiwała załoga za każdym razem, gdy za kucharzem dreptało ONO.

            Lecz miłość pingwinia nie jest gorąca, wprost przeciwnie jest bardzo zimna, bo gdy tylko „Koleń” wracał do kraju i następowała zmiana temperatury, nasz amant-amantka (niepotrzebne skreślić) zmustrował ze statku pozostawiając ukochanego.

Tragedia słonia morskiego

       Ten nieproszony gość wjechał na pokład na włoku, miotając się wściekle zaplątany w sieć. Na szyi miał krwawiące cięcie. Był to potężny słoń morski. Nie jest to tajemnicą, że przy połowach, przypadkowymi ofiarami są często delfiny foki, morsy i słonie morskie. Polujące w ławicy ryb lub kryli zagarniane są do sieci, jeżeli w porę wydostaną się na pokładzie, wygania się je z powrotem do morza. Zdarzają się wypadki, że się duszą. Tym razem zwierze tak niefortunnie zaplątało się, że stalówka podcięła mu gardło.

          - Gońcie go do morza! –polecił bosman Wacek.

Niestety, ani krzyki, ani strumień wody, pod olbrzymim ciśnieniem, nie pomagały. Każdy, kto zbliżył się był atakowany.

           - Możecie iść do kabin, ja znajdę na niego sposób – zadecydował bosman Wacek.Gdy znowu zjawili się na pokładzie słonia morskiego nie było. 

           - Jak to pan zrobił?

            - To moja bosmańska tajemnica - odpowiedział bosman Wacek

Po latach.

          Pan Robert Nanaszko tak po latach wspomina ten rejs.

„Dla nas młodych chłopaków, rejs ten był wielką przygodą i próbą charakteru. Jeszcze teraz, przy jakimkolwiek spotkaniu wracamy do niego w wspólnych rozmowach i gdzieś pobrzmiewa nutka nostalgii, bo polskiego rybołówstwa dalekomorskiego już nie ma.”

Opracował Edward Bernatowicz wykorzystując wspomnienia Roberta Nanaszko

czwartek, 08 listopada 2007
Pięciu chłopców z TRM-u ...i Pinchet

             Mostek nawigacyjny. Półmrok. Skrzeczą sonary i echosondy penetrujące morze. Czuć lekki zapach, wypalanego, specjalnego papieru do tych urządzeń. „Drugi” porównuje zapis na papierze i seledynowych monitorach. Rzut oka na piszący kursograf.

            - Lewo pięć!

            - Jest! Lewo pięć! – Odpowiada sternik przy „michałku”.

            - Tak trzymać!

            - Tak trzymać!- Powtarza jak echo.

            - Włącz automat!

            - Jest automat!

            Automatyczny pilot zwany „michałkiem” trzyma kurs. „Drugi” przy pulpicie wind trałowy, wolno „wybiera” stalowe wodze, które holują potężną sieć. Krótsze liny to płytsze trałowanie. Nocą błękitek unosi się bardzie ku powierzchni. Więc trałowanie pelagiczne.

            - Panie Drugi ten na lewym trawersie idzie ostro na nasz kurs! – Zgłasza sternik obserwując przez tubus radaru, poruszające się punkty trałujących statków.

            - Pokaż! – Oficer blokuje windy trałowe i analizuje sytuację na radarze.

            - Do steru! Włącz ręczne!

            - Jest ręczne!

            - Ile na kursie?

            - Pięćdziesiąt siedem!

            - Tak trzymać!

            - Tak trzymać!

            - Tego „narzędziowca” przetrzymamy. Mamy pierwszeństwo. Tu nie Georges Bank, w latach sześćdziesiątych, gdzie dochodziło do rwania sieć i strzelania z rakietnic do wpychających się na ławicę innych jednostek – „Drugi” przerwał na chwalę uświadamianie młodego sternika-praktykanta, spojrzał przez okna na migoczące w ciemnościach światła pozycyjne innych trałujących jednostek, oczywiście musiało paść sakramentalne zdanie, wypowiadane przez większość marynarzy, w takich sytuacjach

            - Ruch jak na Marszałkowskiej!

            Na mostku nie byli sami. W swej „dziupli” „Radio” kluczem, że względu na złą propagację fal radiowych, wysłał do armatora meldunki o wynikach i odbierał polecenia i dyspozycji. Za zamkniętych drzwi dochodziły piski i trzaski radiostacji okrętowej.

           - Co tam nowego? – Zapytał „Drugi” gdy „Radio” wyszedł z kabiny z plikiem kartek by je zanieść do kapitana.

          - Koniec z błękitkiem, płynem na Georgie Południową na próbny odłów kryla, ale przedtem do Punta Arenas na rekreację.

Cieśnina Magellana

            Europejczyk patrząc na globus w rejonie Antarktydy i Południowych rejonów Ameryki Południowej stwierdza krótko

            „To tam chyba diabeł mówi dobranoc”

Nic błędniejszego niż taka opinia. Diabeł upodobał ten rejon by mieszać tam, swym diabelskim ogonem. Człowiek, nazwał te rejony,. odpowiednio do skali szatański igraszek:

        -„Ryczące czterdziestki - pas wód oceanicznych biegnący nieprzerwanie wokół południowej półkuli kuli ziemskiej w przybliżeniu pomiędzy 40° i 50° szerokości geograficznej południowej, wzdłuż którego wieją stałe, silne wiatry zachodnie i panuje praktycznie cały czas sztormowa pogoda z falami dochodzącymi do 15-20 m”.

      -„Wyjące Pięćdziesiątki - obszar rozciągający się pomiędzy 50° i 60° szerokości geograficznej południowej. Rejon ten znany jest z jednych z najsilniejszych wiatrów na Ziemi, występujących tam ze względu na brak jakiejkolwiek bariery w postaci większych mas lądowych. Ponadto na siłę wiatru ma wpływ występujący w tym rejonie zimny prąd morski - Dryf Wiatrów Zachodnich Obszar ten jest praktycznie niezamieszkany, z wyjątkiem takich miejsc jak południowa część Ameryki Południowej, Falklandy oraz Georgia Południowa.”

 W tym obszarze znajduje się najsłynniejszy przylądek – Horn.

    -„Bezludne sześćdziesiątki - obszar rozciągający się pomiędzy 60° i 70° szerokości geograficznej południowej. W rejonie tym występuje antarktyczny prąd okołobiegunowy. Obszar ten jest niezamieszkany, czemu zawdzięcza swoją nazwę”

      Bóg by złagodzić diabelskie niebezpieczeństwa, w opływaniu przylądku Horn i zdradzieckiej cieśniny Drake'a, „szarpnął” swą mocą kontynent w dół, tworząc cieśninę zwaną przez człowieka Cieśniną Magellana.

      - No panowie praktykanci, macie okazję praktycznego nauczenia się nawigacji na światła podejściowe. – zwrócił się Pierwszy do trójki „nawigatorów” z TRM-u, gdy m/t Koleń wziął kurs na wejście do ponad pięćset kilometrowej cieśniny.

     Mapa całego szlaku morskiego cieśniny, upstrzona znakami nawigacyjnymi, pełno mielizn i skał podwodnych. Kapitan prawie nie schodzi z mostku. Światła nawigacyjne orientacyjne sektorowe i nabieżnikowe migają, błyskają i migoczą. Ciągła analiza charakterystyk zapisanych na mapach i katalogu locji.. Cieśnina Magellana to krótsza i bezpieczniejsza droga z Atlantyku na Pacyfik, ale nie dla narwańców i ignorantów.

      Trzeba wybrać właściwe światło i we właściwym momencie i właściwym miejscu zmienić kurs. Tu nie można pozwolić na nawet drobny błąd.

     Prawie w środku cieśniny znajduje się cel Punta Arenas. Na pokład wsiada pilot ma „zaparkować” statek. Jedne podejście – pudło. Drugie –również.

     - Ochmistrz! Zabierz tego (tu pada nazwa, pewnego męskiego organu) do kabin „radzika” daj mu do podpisania rachunki za pilotowanie i przetrzymaj go przez kilka minut by nie wychodził. – Powiedział wnerwiony kapitan, patrząc z uśmiechem w oczy nie rozumiejącego po polsku, pilota.

      Drzwi kabiny zamknęły się za niekompetentnym pilotem, kapitan, patrząc w ekran radaru manewrowego, wydał kilka poleceń sternikowi i przez radiostację manewrową Pierwszemu na dziobie i Drugiemu na rufie. Po chwili m/t Koleń stał bezbłędnie „zaparkowany” przy kei portu Punta Arenas.

     „Polak potrafi”.„Piękne miasteczko wyłoniło się u podnóża majestatycznych gór, w których odbijał się zachód słońca.”

Pomnik dyktatora

    Punta Arenas czas swojej świetności ma za sobą. Po wybudowaniu kanału Panamskiego straciło swe znaczenie na szlaku żeglugowym łączącym Atlantyk z Pacyfikiem, powtórnie przeżywało swoje dobre lata pod koniec XIX wieku jako centrum „zagłębia wełnianego”. Obecnie około stutysięczne, parterowe, miasto z kolorowymi dachami i ulicami przecinającymi się pod kątem prostym. Na centralnym placu pomnik Magellana

Jest już po czerwcowych wyborach w Polsce, dnie „polskiego Pinoczeta w ciemnych okularach” są już policzone, w Chile też zbliżaj się do końca, ale społeczeństwo chilijskie nie jest tego świadome i w większości miast można było spotkać pomniki dyktatora.

    Robert wspomina:

    „- W tym czasie w Chile rządziła, hunta Pinocheta, normalnym widokiem był samochód z uzbrojonymi żołnierzami i puste ulice, po 22, ale dla chłopaków z TRM-u nie było to żadną przeszkodą.

     Całe miasto nasze!

    Wracając do portu zgubiliśmy jednego z kolegów, który nieopatrznie stanął przed pomnikiem „bohatera chilijskich przemian” i dyskretnie dreptał z nogi na nogę po dużym piwku.

    Dobry Panie!!

   W porę go ocaliliśmy, bo za chwilę podjechał patrol żandarmerii, a odniesienie sytuacji było takie, jakby w czasach stalinowskich „załatwić się”; na pomnik Józefa Stalina w rosyjskim mieście z grasującymi patrolami KGB po ulicach.”

Edward Bernatowicz z wykorzystaniem wspomnień Roberta Nanaszko

W następnym numerze dalsze przygody rejsowe Roberta Nanaszko, Marka Zygana i Huberta Stasiaka

 
czwartek, 01 listopada 2007
Pięciu chłopców z „Kolenia” i ...”Paprykarz szczeciński”

Przez kilka lat, odkąd próbuje w Gazecie Kołobrzeskiej przybliżyć rzeczywistość morską minionej epoki, unikałem próby opisu rzeczy podstawowej dla rybaka dalekomorskiego, pracy w przetwórni statkowej, świadom tego, że obraz przedstawiony będzie ułomny. Trzeba tam być i przeżyć by zrozumieć i mieć prawdziwe wyobrażenie,

„Uroków pracy w przetwórni traulera”.

            Załoga w przetwórni i na pokładzie podzielona jest na dwie zmiany. Pracują naprzemian na wachtach:

            08.00-12.00 – praca

            12.00-16.00 – wolne

            16.00-20.00 – praca

            20.00-02.00 – wolne

            02.00-08.00 – praca

            08.00-12.00 dnia następnego – wolne, i tak dalej, dopóki ryba na pokładzie.

            Z prostego wyliczenia wynika, że czas pracy, co drugą dobę, wynosi 14 godzin, co drugą dobę 10 godzin a najdłuższa przerwa na odpoczynek to 6 godzin. Gdy jest tyle ryby, że ludzie z przetwórni nie są w stanie jej przerobić, kapitan może zarządzić „podrywkę”, Polega to na tym, że kapitan staję przy sterze a prawie cała załoga z maszynową, hotelową i oficerami włącznie, w swym wolnym czasie od wacht, oprawia ryby na pokładzie i w przetwórni. Osobiście uczestniczyłem w takiej „podrywce” na „Arciszewskim” tylko raz oprawiając dorsze na Bałtyku.

            Kalmary zostały spłukane do zbiorników pod pokładem. Sieć wydana do wody. Statek trałuje następny zaciąg.

            - No panowie praktykanci do roboty – mówi mistrz w przetwórni, udzielając krótkiej instrukcji.

            - Ty będziesz oddzielał tubki od macek – mistrz zwrócił się Roberta. Złapał kalmara jedną ręką za „strzałkę” drugą ręką za wijące się macki. Szarpnięcie. „Strzałka” na transporter do pakowania w tace, macki na transporter do mączkarni

            - Rozumiesz?

            - Tak.

            Przetwórnia pracuje na pełnych obrotach.

Szanowny czytelniku, gdybyś nagle o zmroku, znalazł się na statku rybackim, i stanął w otwartych stalowych drzwiach przetwórni, ujrzałbyś, w trupio-bladym świetle neonówek, plątaninę przewodów, rur płaczących rdzą, brzęczących swymi łańcuchami transporterów i hałaśliwie terkoczących maszyn do przetwórstwa ryb. Wśród tego „bałaganu”są powtykani ludzie w gumowych butach, gumowych fartuchach i gumowych rękawicach. Doznania wzrokowe i słuchowe. uzupełnia rybi smrodek i wszędobylska woda służąca do płukania kalmarów i ryb.

            - Ej! Uważaj, co robisz! – krzyknął rybak pracujący obok, gdy Robert pomylił transportery i macki trafiły do tacowania.

            Praca nie była ciężka, lecz mechanicznie powtarzane te same czynności spowodowały, że pod koniec wachty, czuł ból mięsni rąk, zapominając o chorobie morskiej.

Zacisnął zęby. Oby dotrwać do końca wachty. Jeszcze tylko pół godziny, nie czuł zimna i wody w rękawicach i butach.

            - Hej praktykant! Co puchniesz? – rzucił mistrz.

            - Mistrzu! Mogę bez odpoczynku pociągnąć następną wachtę – butnie odpowiedział zaciskając zęby.

            Koniec wachty. Szybki posiłek. Prysznic i upragnione „mierzenie koi”. Nie ma bujania statkiem. Nie ma rzygania. Spać, spać...Zamknięte powieki. Widok płynącego strumienia, oślizłych, wijących się macek i wyłupiastych oczu kalmarów, działa jak liczenie owiec.

- Wstawaj! Wachta! – Czuje szarpnięcie kolegi po pięciu godzinach snu.

Po tygodniu młode organizmy przystosowały się do rytmu pracy.

- Pospałbym sobie dłużnej, za jednym razem, niż te pięć godzin – zwierza się kolega.

- Byłem na mostku i chyba twoje życzenie się spełni, jest ostrzeżenie o sztormie.

W tym rejonie często ocean jest rozbujany, dopóki stan morza nie zagraża zniszczeniu sieci, statek łowi.

Ostrzeżenie sprawdziło się, nad morzem szalej „damski wiatr”. Przetwórnia nie pracuje. Po chorobie morskiej pozostało tylko wspomnienie. Ształowanie się w koi. Zablokowanie się nogami i rękami, z jednej strony o sztormdeski, z drugiej o szoty. Jaki wspaniały jest sen gdy się nie słyszy. „Wstawaj! Wachta!”

Czym się różni „Paprykarz szczeciński”, końcu lat osiemdziesiątych, od obecnej polityki?

            Właściwie to zbytnio się nie różni:

            1 W paprykarzu i polityce jest pełno pasożytów

            2. Paprykarz po otwarciu często śmierdział i polityka również „śmierdzi”

            3 Paprykarz był pięknie opakowany z napisami nie zawsze zgodnymi z prawdą,  politycy również mamią pięknym często nie prawdziwymi hasłami.

            Jest jedna różnica „paprykarza szczecińskiego” nie musieliśmy jeść natomiast polityków musimy trawić.

            - Co to ma wspólnego z „pięcioma chłopcami z „Kolenia”? – zapytasz czytelniku.

            A no ma i to wiele. By to zrozumieć muszę wyjaśnić pojęcie

Paprykarz szczeciński

Prawie każdy obywatel PRL, mego pokolenia, spożywał ową konserwę rybną. W okresie, gdy gospodarka socjalistyczna osiągnęła apogeum swego rozwoju i w sklepach, na półkach stał tylko ocet i musztarda można było jeszcze zauważyć ową „polską puszkę Campbella”.

Początki oszałamiającej kariery, to degustacja afrykańskiego przysmaku „czop, czop”, składającej się z ryby, ryżu i pimy, przez technologów „Gryfa”, w jednym z portów Afryki, w początku lat sześćdziesiątych. Ponieważ był to okres „Polak potrafi” laboratorium „Gryfa” opracowało recepturę konserwy, która otrzymała ową sławetną nazwę. Pierwszy, oryginalny skład, to pulpa pomidorowa sprowadzana z Bułgarii i Węgier, ostra afrykańska papryczka pima, ryż, warzywa i przyprawy oraz ścinki powstałe przy krojeniu zamrożonych bloków rybnych (powstawały z nich kwadratowe, panierowane kostki).

Koniec lat osiemdziesiątych kończą się łowiska afrykańskie, brakuje wartościowych ryb na paprykarz., ale jest jeszcze błękitek, ryba którą łowiono głownie na mączkę rybną ze względu ilość pasożytów. (Kilka dni temu spotkałem jednego z byłych uczniów, jeszcze rybaczących u Duńczyków, powiedział mi, że norma produkcyjna dopuszcza do dziewięciu pasożytów w filecie.).

Prof. Piasecki wspomina

"Po wyparciu z łowisk afrykańskich nasza flota przeniosła się wtedy na Falklandy. Stamtąd pochodził właśnie ten błękitek, który należy do szczególnie zapasożyconych ryb. Owe pasożyty - Kudoa alliaria - występują w mięśniach. Ich skupiska to malutkie torebeczki o średnicy 2-4 mm, wypełnione białą mazią. Po zmieleniu mięsa w paprykarzu mogły przypominać ziarna ryżu, który był składnikiem potrawy.- Masa ludzi to przecież zjadła."

Pięciu chłopców z Kolenia i błękitek

Jest druga pamiętnego roku 1989, wygłodniały naród zje wszystko. Na łowisku kończą się kalmary.„Politycy” „Gryfu” decydują- Łowić błekitka!Technolog statkowy informuje.- Robimy jeden ładunek fileta.

- No praktykant, czas byś nauczył grać na fortepianie Badera – mówi mistrz ustawiając Roberta przy fileciarce.

Czarna taśma dużych „klawiszy” – rynienek, przesuwa przed Robertem. „Granie” jest proste, należy, z pojemnika nad maszyną, ułożyć do tych rynienek przesortowane wymiarami ryby, w jedną stronę grzbietami i głowami.Po dwudziestu minutach, czuje się dumny, żaden „klawisz” nie ucieka pusty.- No dobrze ci idzie ta rozgrzewka – usłyszał za plecami głos mistrza. - Teraz normalne tempo – dodał podkręcając prędkość taśmy.Po tej zmianie, gdy skonany leżał w koi, pod zamkniętymi powiekami nie było owiec i kalmarów, ale płynął srebrzysty strumień błękitka.

Opracował Edward Bernatowicz z wykorzystaniem wspomnień Roberta Nanaszko

piątek, 26 października 2007
Pięciu chłopców z „Kolenia”, Tyś jedyna... „Lola”

            Rok 1989, socjalizm w Polsce trawi śmiertelny wirus. Zaklinanie o wieczności tego „systemu sprawiedliwości społecznej” i prześcignięciu „konającego kapitalizmu”, na nic się zdały. Od roku 1980 trwa powolna agonia systemu. Większość społeczeństwa jest tego nie świadoma. Szkolnictwo morskie ze względu na zagraniczne praktyki morskie, najbardziej odczuwa opiekuńczą działalność „odpowiednich służb”. Misternie przygotowany i wdrożony, przez doświadczonych ludzi morza, system praktyk morskich uczniów Technikum Rybołówstwa Morskiego, uwzględniał fizyczne i psychiczne przystosowanie się przyszłych absolwentów do ekstremalnych warunków pracy na morzu. Układ dwa tygodnie, cztery tygodnie, osiem tygodni i na końcu dwadzieścia tygodni praktyk, na przestrzeni pięciu lat TRM-u i dobre przygotowanie teoretyczne, powodowało, że absolwenci byli wysoko notowani w przedsiębiorstwach połowowych i szybko awansowali na stopnie oficerskie.

            - Wole waszych absolwentów, potrafiących, wszystko zrobić, od absolwentów WSM-ek „oficerów w białych rękawiczkach”– powiedział kiedyś w rozmowie wicedyrektor PPDiUR Odra Szczoczarz.

            W latach osiemdziesiątych, szkoła oddaje m/t Admirał Arciszewski, rezygnując tym samym z praktyk na nim. Praktyki nie uwzględniają teraz psychicznej adaptacji młodych ludzi do długich sześciomiesięcznych rejsów.

Lecimy na Falklandy

Robert Nanaszko wspomina

- Siadać! Imię i nazwisko, imię ojca... Tak, tak, to wcale nie komenda policji, ani biuro   CBA czy CBŚ, tylko czerwiec roku 1989 i rozmowa weryfikacyjna przed praktyką dalekomorską uczniów Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu. Minęło 18 lat od tamtego czasu a mam wrażenie, że metody są wciąż aktualne i do tej pory nie wiem czy panowie, którzy prowadzili z nami tą rozmowę byli z kontrwywiadu czy innych „jedynie słusznych służb”.

Widoczne „smutni panowie” nie dopatrzyli się w życiorys Roberta i jego kolegów i ich rodzin elementów działalności antysocjalistycznej, bo „wspaniałomyślnie” wyrazili zgodę na praktykę dalekomorską w PPDiUR Gryf w Szczecinie.

Robert i czterech kolegów zostało zamustrowanych na m/t Koleń. No prawie zamustrowani, bo „Koleń” czekał na nich w Montevideo i należało tam dotrzeć.

Lata osiemdziesiąte polska flota dalekomorska w dużej swej części łowi na łowiskach faltlandzkich. Ze względów ekonomicznych wymiany załóg, co sześć miesięcy, dokonuje się czarterowym samolotem.

Nieświadomi, rzeczywistości czekającej na łowisko, szczęśliwi i dumni zajęli miejsca w samolocie Interflugu DDR, po wcześniejszym dowiezieniu autobusem ze Szczecina do Berlina Wschodniego.

Międzylądowanie w Las Palmas. Pierwsze odgraniczone obrazy rzeczywistości wolnego świata. Pomimo, że to tylko chwila i to na lotnisko, to się ma poczucie satysfakcji i jakiegoś wewnętrznego spełnienia. „Byłem w mieście, o którym opowiada każdy rybak dalekomorski.

Samolot nad Atlantykiem.

- Za chwilę przelecimy nad równikiem – informuje załoga samolotu.

- Zobacz, nawet widać równik – z uśmiechem informuje kolega siedzący przy oknie.

W olbrzymiej dziurze, wełnianych chmur, na gładkiej powierzchni oceanu, widać białą, rozszerzającą się linię kilwateru tworzonego przez płynący statek

- Nie zapomnijcie, odebrać od załogi samolotu zaświadczenia o przekroczenie równika – informuje rybak siedzący przed nimi.

- Dlaczego, to takie ważne?

- Nie będziecie musieli być ofiarami chrztu morskiego, gdy statkiem przekroczycie następnym razem równik. „Pieszczoty” diabłów morskich w czasie chrztu morskiego muszą znosić neofici przekraczający po raz pierwszy równik.

Nie rozszyfrowany do końca, mózg człowieka stara się zarejestrować jak najwięcej obrazów z takiej podróży, wszystko jest nowe ciekawe godne uwagi. Lecz po latach pozostają obrazy nie zawsze z „pierwszego planu” wielokrotnie utrwalane, czasami jakaś migawka chwili dominuje nad wspomnieniami. Dla Roberta takim obrazem z tego osiemnastogodzinnego lotu był, obraz potężnej figury Chrystusa, dominującej na grzesznym swym karnawałem miastem, Rio de Janeiro, w którym było ostatnie międzylądowanie przed Montevideo.

Lola i Loligo

Po pięciu dniach przygotowań w porcie. m/t Koleń wyruszył na łowisko. No i zaczęło się punktowanie z Neptunem.

Choroba morska

„Choroba lokomocyjna jest pewnego rodzaju chwilową niedyspozycją mózgu, a właściwie zaburzeniem narządu równowagi”„Przyczyną choroby są prawdopodobnie sprzeczne sygnały wysyłane do mózgu przez oczy i błędnik. Kiedy np. płyniemy statkiem, do naszego mózgu docierają w wyniku "bujania" bardzo sprzeczne informacje: oczy twierdzą, że wszystko jest w porządku, jesteśmy relatywnie stabilni (nie zmieniamy przecież pozycji względem pokładu), natomiast błędnik wysyła informacje, że ciągle się poruszamy (do przodu, do tyłu, w górę, w dół i na boki). Mózg nie może sobie poradzić z tymi sprzecznymi impulsami, nie wie jak je zinterpretować i w rezultacie zaczynamy chorować”Doświadczeni marynarze twierdzą, że przyczyna jest bardziej psychiczna niż fizyczna. Niezależnie jak byśmy na to nie patrzyli naszą piątkę Neptun postanowi nauczyć szacunku dla morza. Dwutygodniowa wcześniejsza praktyka na „rzygaczu” WSM-ki „Nawigatorze” to jak wycieczka na statku wycieczkowym na redę Kołobrzegu.Na tych wodach rzadko się zdarza by morze było spokoje. Po kilku godzinach cała piątka rzygała równo.- Kilka godzin i przejdzie – odważnie za wyrokował jeden z nich.

Na „Arciszewskim” w czasie, pierwszego większego bujania praktykanci byli pod dyskretną kontrolą załogi stałej i gdy choroba morska, u praktykanta, trwała dłużej, stosowano „odpowiednią kurację”, po której zazwyczaj ustępowała.

Po trzech dniach, gdy żołądek został, na żywca, oderwany od innych narządów organizmu i miało się uczucie, że jakaś żelazna, ręka przez gardło, chce wyrwać kość ogonową. Nasi bohaterowie mieli dość romantyki życia marynarza i rybaka.

- To mój pierwszy i ostatni rejs – zaklinali się wszyscy mając uczucie umierania.

Tak wspomina Robert

- Po pięciu dniach.

- Hurraaa!!! Koniec rzygania, czas na żżżżżarcieee. Wszedłem na messę w porze obiadu a tu Bosman Wacek: - Chłopie a ty, co tu robisz?             - Mam mieć praktyki.- Kucharz podwójna porcja dla tego gościa i wiadro obokWiadra już nie było trzeba. 1:1 z Neptunem.

Łowisko. Sieć w wodzie. Kilka godzin trałowania i pokładzie ląduje „Lola” jej baleronowate kształty są wypełnione kalmarami Loligo.

„Loligo vulgaris – najczęściej spożywany gatunek kałamarnicy, dł. Ciała ok. 30 cm, poławianych na Atlantyku i Morzu Śródziemnym Kalmary są znakomitymi pływakami, poruszają się ruchem odrzutowym. Potrafią dokonywać skoków ponad powierzchnią wody na odległość kilkunastu metrów. Pożywieniem ich są ryby. Mięso Loligo vulgaris stanowi ceniony przysmak na całym świecie. Tworzy duże ławice.

- No to panowie praktykanci, zapomnicie o rzyganiu, taki zaciąg to dwanaście godzin pracy w przetwórni – podsumował bosman Wacek.

Edward Bernatowicz

piątek, 19 października 2007
To był cholernie długi rejs...

            Tak należałoby, po marynarsku, określić ten rejs, lecz mój rozmówca nie używa nawet tak drobnych wulgaryzmów. W swych częstych spacerach po porcie, lubię słuchać jego przygód i doświadczeń morskich, wypowiadanych poprawną polszczyzną z wysoką kulturą języka, co w obecnej rzeczywistości medialnej i ulicznej nie jest tak oczywiste. Pomimo swoich obowiązków armatorskich zawsze, bezinteresownie, potrafi poświęcić kilka chwil by zaspokoić moją ciekawość dotycząca, minionej i obecnej rzeczywistości rybołówstwa dalekomorskiego i bałtyckiego. Ten rejs Ryszarda to jego pierwszy rejs zawodowy, po skończeniu w 1972 roku Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu ( pierwszy rocznik absolwentów ). Również był to ważny rejs w historii polskiego rybołówstwa dalekomorskiego.

            m/t COLUMBA na łowiskach południowego Atlantyku.

            Ostatni z serii B-15 trauler-przetwórnia, gdyńskiego Dalmoru, m/t Columba wypłynął w pierwszy, w historii polskiego rybołówstwa dalekomorskiego, rejs eksploatacyjny na łowiska Południowej Afryki (Namibia, RPA). Dotychczas polskie jednostki łowi na łowiskach Północnego Atlantyku i nie przekraczały równika. Ryszard został zamustrowany jako asystent pokładowy. Ponad roczna praktyka morska w TRM-ie i dobre przygotowanie teoretyczne spowodowały, że po pierwszym rejsie zawodowym jako asystent, będzie mógł ubiegać się o stopień oficerski.

            - As, zapytaj Rosjan, przez ukafkę, jak oni to robią, że mają takie dobre zaciągi – zwrócił się zdenerwowany kapitan do Ryszarda, po kilku nieudanych próbach trałowania, słysząc w ukafce o dobrych wynikach Rosjan.

Z chwilą, gdy kapitan i oficerowie zorientowali się w dobrej znajomości języka rosyjskiego przez Ryszarda (zasługa TRM-u), prowadził on, większość rozmów z łowiącymi w tym rejonie traulerami rosyjskimi. Jak twierdzili niektórzy rybacy „Flota rosyjska była wszędzie i zawsze nawet gdy jeszcze w morzach i oceanach nie było ryb to oni już orali oceany swymi traulerami”

- Kapitanie. Mamy złe sieci – przekazał asystent po kilku wymianach zdań w eterze.

- As zobaczymy, co z ciebie za przyszły oficer i jak skuteczna jest twoja znajomość języka rosyjskiego. Upoważniam byś „wynegocjował” pomoc w przygotowaniu właściwych sieci. – Polecił kapitan.

Kilka godzin trwała „konsultacja” „asa” z kapitanem jednostki ZSRR i kapitanem Columba. W efekcie do burty dobiła szalupa przywożąc sieć i „traumaistra” w zamian w szalupie wylądowało kilka kartonów, jak byśmy dziś powiedzieli „mocniejszego i słabszego lekarstwa byłego pana prezydenta RP”.

W ciągu tygodnia asystent i IV oficer pod nadzorem i przy pomocy Rosjanina uzbroili i przebudowali sieć tak by można było łowić pelagicznie i dennie. Połowy siecią pożyczoną i udoskonaloną według wskazówek traumaistra zaczęły dawać zaciąg ponad dwudziesto tonowe. Przetwórnia ruszyła pełną parą.

- Panie drugi według odczytu systemu nawigacyjnego DECCA jesteśmy teraz w środku Europy. – Zameldował asystent oficerowi wachtowemu.

- As, bzdury opowiadasz, przyznaj się, że nie potrafisz tym system posługiwać się.

- Posługiwałem się nim na Bałtyku i znam go dobrze. Niech pan sam sprawdzi.

Zakupiony w Niemczech radiowy system nawigacyjny dobrze sprawujący się na Bałtyku okazał się bezużyteczny na łowiskach południowej Afryki.

- No to panie as, wyznaczaj pan pozycję zliczoną według ciał niebieskich - zadecydował oficer.

Lecz dla tego, kto przeszedł naukę nawigacji, u takich ludzi morza jak kapitan Wożniak i kapitan Rzeszotarski, wyznaczenie pozycji to drobiazg.

Fatamorgana na Atlantyku

Według wyznaczonej pozycji m/t Columba powinna być około dwieście mil od lądu. Spojrzał przez okno kabiny nawigacyjnej i osłupiał. Na horyzoncie majaczyło się zielone wybrzeże Afryki. Wyznaczył jeszcze raz. Zgadza się. Dwieście mil od lądu. Zgłupiał.

- No panie as, jaką pan masz pozycję? – Zapytał drugi, wymieniając ze sternikiem dziwne uśmiechy.

- Nic z tego nie rozumiem, powinniśmy być dwieście mil od lądu a tu widać ląd – wskazał na niewyraźny zarys lądu.

- Poczekaj pan trochę i nie denerwuj się – uspokoił drugi z uśmiechem. – To tylko fatamorgana.

Po obserwacji takiego zjawiska trudno nie uwierzyć w legendy o Latającym Holendrze i okrętach widmach. W obecnych czasach światłowodów zjawisko to jest łatwe do wyjaśnienia. W pewnych warunkach, na styku mas ciepłego i zimnego powietrza, tworzy się, taki atmosferyczny „element światłowodu”, który przenosi olbrzymie obraz w dalekie strony.

Rekreacja w Kapsztadzie

Trzy miesiące pracy. Robienie ładunku. Walvis Bay (Zatoka Wielorybia - Namibia). Wyładunek na łącznikowiec „Halniak” i znowu na łowisko. Tam i z powrotem.

Asystent na statku nazywany „As” to stanowisko w hierarchii statkowej pomiędzy „kastrą” oficerską a resztą „świata statkowego”. W tym rejsie oprócz rozległych obowiązków doszedł jeszcze jeden, sporządzenie map łowisk, na których łowili, były one powielane w późniejszym czasie przez inne jednostki łowiące w tych rejonach. Najbardziej wydajne łowisko zostało nazwane „Columba Bank”.

- Płyniemy do Kapsztadu, na rekreację – obiegła statek wiadomość po trzech miesiącach pobytu na łowisku.

W świadomości młodego Polaka obraz RPA, kształtowany przez propagandę socjalistyczną, to kraj, w którym jest bieda z nędzą i wyzyskiwani przez białych kolonistów czarnoskórzy tubylcy.

Pierwsze wrażenie miasta, zaskoczyło i zaszokowało. Kapsztad okazał się światową metropolią. Konglomerat ras i kultur i religii. Sklepy z towarami, których w PRL-u państwie „dobrobytu socjalistycznego” nie zobaczysz.

- W stoczni stoi „Polonez” z kapitanem Baranowskim – przyniósł wiadomość, jeden z załogantów.

Kapitan Baranowski opływający świat na Polonezie zawinął do Kapsztadu by dokonać niezbędnego remontu przed dalszym rejsem. Ryszard i dwóch młodych załogantów pospieszyli z pomocą w remoncie i dostarczając farb okrętowych z zapasów m/t Columba.

Tragedia w Las Palmas

Po kilku dniowej rekreacji z powrotem na łowisko. Praca na łowisku przez następne miesiące przerwane jeszcze jednym zawinięciem do portu.

- Wracamy do kraju – powiadomił załogę kapitan po dziewięciomiesięcznym rejsie.

- W drodze powrotnej zawiniemy do Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich na wyładunek i uzupełnienie zaopatrzenia.

W tym pięknym hiszpańskim mieście zaskoczył młodego marynarza widok nieczystości płynących rynsztokami wąskich uliczek ze starymi kamienicami i portowe bary z beczkami wina.

Bosman pokładowy wrócił z miasta z kilkoma plastykowymi kanistrami, taniego hiszpańskiego wina.

- Proszę mi nie przeszkadzać będę pił – poinformował kolegów, zamykając się w kabinie.

- Panie As, zajrzyj pan do bosmana, przez dwa dni nie wychodził z kabiny – polecił kapitan Ryszardowi.

Wszedł do kabiny i doznał szoku. Bosman leżał martwy z wzdętym brzuchem. Wątroba nie wytrzymała. Zapił się na śmierć. Lekarz okrętowy stwierdził zgon. Policja zabrała ciało do zbadania zwróciła po kilku dniach w ocynkowanej trumnie.

Opracował Edward Bernatowicz wykorzystując wspomnienia Ryszarda Klimczaka

piątek, 12 października 2007
Nauczyciel na wiecznej wachcie II
Radiostacja „Mewa”

- Przydałaby się prawdziwa radiostacja okrętowa, by nasi absolwenci mogli dobrze przygotować się do pracy na morzu.

- Ryszard, gdzie ty kupisz taką radiostację? W Unimorze stocznie czekają w kolejce na takie urządzenie. Pieniądze szkoła posiada, ale to nie wystarczy. – Powiedział dyrektor Zientala

- Jedziemy do Unimoru, po radiostację! Załatwione! – Zakomunikował na drugi dzień.

Osobiście na drugi dzień pojechałem z Ryszardem do Unimoru. Dyrektor zakładu żeglarz, kolega Ryszarda. Powitał nas kawą i informacją.

- Rysiu tobie trudno odmówić, mam jedną pozaplanową nie odebraną przez stocznię jest wasza.

Pierwszy egzamin PIR-owski.

Pierwszy rocznik ukończy radiokomunikację morską. Właściwie tu powinna się kończyć rola szkoły w kształceniu w tej specjalności,. lecz nie dla Ryszarda. By absolwent mógł pełnić funkcję radiooficera na statku, niezależnie czy ukończył WSM w Gdyni, czy naszą szkołę musiał zdać egzamin przed komisją państwową, powołaną przez Państwową Inspekcję Radiową. Członkami komisji egzaminacyjnej są osoby ze środowiska Wyższej Szkoły Morskiej dla nich kołobrzeska szkoła to konkurencja. Dzięki staraniom Ryszarda Dyrektor PIR-u w Koszalinie wyznacza termin egzaminu w Kołobrzegu w naszej szkole.

Zjechali się panowie egzaminatorzy by udowodnić, nieprzydatność Pomaturalnego Technikum Radiokomunikacja Morska w Kołobrzegu w kształceniu radiooficerów.

Cała kadra szkoły w napięciu oczekuje końca egzaminów. Po minie Ryszarda, który wychodzi na chwile z sali egzaminacyjnej widzimy, że nie jest źle. Obwiązuje go tajemnica przed ogłoszeniem wyników końcowych.

Koniec egzaminów. Wszyscy zdali.

- Panowie to był szok dla komisji – mówi dumnie, gdy siedzimy w pokoju nauczycielskim po odjeździe komisji – Nawet, gdyby chcieli „oblać” to nie mogli, bo razem zdawało pięciu z Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni i nasi byli o wiele lepsi.

Maluch Ryszarda

Ryszard jako jeden z pierwszych w szkole kupił sobie „szczyt PRL-owskiej” techniki samochodowej Malucha, czyli Fiat 126.

- To jest samochód! Jestem dumny z niego! – Powiedział pewnego poranka wchodzą do pokoju nauczycielskiego ze swym charakterystycznym uśmiechem na ustach.

- Dlaczego?

- Wjeżdżając na teren szkoły, przed bramą wjechałem na kamień. Odbiło mi kierownicę i uderzyłem słup bramy.

- Co skasowałeś samochód? – Rozległy się pytania.

- Nie. Mam tylko wgnieciony zderzak a murowany słup bramy leży na ziemi.

sobota, 06 października 2007
NAUCZYCIEL NA WIECZNEJ WACHCIE. I
Sposób na mieliznę

- Poproszono mnie bym przewiózł jachtem, na redzie, grupę osób ze Śląska – opowiadał Ryszard Chomej, żeglarz, nauczycie w TRM-ie.

- Był ciepły letni kołobrzeski dzień. Plaże zalegał tłum „socjalistycznego socjalu”. Poproszono bym podpłynął bliżej plaży. Zrobiłem zwrot i poczułem jak jacht siada na mieliźnie w miejscu, w którym mielizny nie powinno być.

- Co teraz zrobimy?. Usłyszałem zaniepokojone głosy. - ciągnął dalej z powagą Ryszard - Widzicie państwo jacht ma silnik. Tu jest rura prowadząca za burtę, wskazałem na rurę doprowadzającą wodę zaburtową. Ta rura prowadzi pod dno jachtu, włączymy pompę, która będzie pompować wodę pod dno dopóki poziom wody nie podniesie się i jacht sam nie wypłynie z mielizny.

- Wiecie, niektórzy uwierzyli, że tym sposobem schodzi się z mielizny. – Kończył z życzliwym uśmiechem swój dowcip.

Przypomniałem ten „firmowy” Rysia dowcip, gdy przeczytałem wpis w Internecie pod tekstem o nim

robewa@interia.pl

Ryszard Chomej..... człowiek legenda, miałem okazje być jego wychowankiem w TRM w latach 1985 1990, tworzyłem z Panem Profesorem radioklub SP1KQR, razem jeździliśmy pociągiem osobowym do Nowej Soli po anteny....Komu teraz by się chciało....a nam tak, ech szkoda słów....”

Zbliża się „Dzień Nauczyciela” przemianowany przez PRL w „Dzień Edukacji Narodowej” niektórzy nauczyciele TRM-u, ludzie morza, żegluje już po bezkolizyjnych niebiańskich oceanach na wiecznej wachcie wśród nich Ryszard. Przy okazji tego dnia przypominamy swoich nauczycieli kolegów, których już niema wśród nas.

Pokochał morze i nauczenie

W latach siedemdziesiątych znaczną cześć kadry dydaktycznej, Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu tworzyli, autentyczni miłośnicy morza, znawcy rzemiosła morskiego. Wśród nich Ryszard Chomej. Nie sposób w tym krótkim tekście opisać tą „legendę”, jak go nazywa jego uczeń. Może kilka subiektywnych obrazów zdarzeń

Połowa lat siedemdziesiątych, flota handlowa i rybołówstwa dalekomorskiego potrzebuje radiooficerów. Wyższa Szkoła Morska w Gdyni kształci inżynierów tej specjalności, lecz znaczna część z nich, po kilku rejsach, po zaspokojeniu ciekawość morza, znajduje atrakcyjne zatrudnienie na lądzie. Głownie za przyczyną Ryszarda Chomeja powstaje pomysł utworzenia w Kołobrzegu pomaturalnego technikum elektronicznego specjalność radiokomunikacja morska. Ministerstwo Gospodarki Morskiej wyraziło zgodę i zabezpieczyło. środki, należało pozyskać kadrę i przygotować bazę i programy nauczania.

Gabinet sygnalizacji

W gospodarce socjalistycznej nie oznaczało, że gdy się ma pieniądze to można kupić potrzebne materiały i przedmioty. Prawie wszystko trzeba było „załatwić” i trzeba było być dobrym „logistykiem” by załatwienie było skutecznie. Ryszard i dwaj pozyskani z Bydgoszczy nauczyciele elektronicy Zenon Knorowski i Jurek Jaworski, opracowali społecznie projekt, nowoczesnej jak na owe czasy pracowni sygnalizacji. Za symboliczne pieniądz zaczęli ją montować. Trudności ze zdobyciem części. Panowie inżynierowie pracowali wcześniej w zakładach elektronicznych w Bydgoszczy. Części „załatwili”.

- Potrzebne są magnetofony kasetowe do pracowni – powiedział Ryszard

- Ile?

- Szesnaście sztuk.

- Ryszard przecież to nieosiągalne. Gdzie je można kupić?

- Są załatwione. Leżą w hurtowni GS-u.

- Ryszard przecież wiesz, że przepisy pozwalają na zakup na rachunek w jednym sklepie równowartości dwóch takich „grudingów”.

Gospodarka socjalistyczna nie mogąc zaspokoić zaopatrzenia w artykuły, wymyślała, co pewien czas dziwne przepisy. Jeden z takich przepisów określał, jakiej wysokości mógł być rachunek na zakup pewnej grupy towarów w jednym sklepie przez „jednostki budżetowe”.

- Załatwione! – Powiedział Ryszard na drugi dzień – W każdym sklepie GS w powiecie są przekazane przez po dwa magnetofony. Niech zaopatrzeniowiec szybko jedzie i zakupi.

Pracownia sygnalizacji powstała była to najnowocześniejsza w Polsce, jak na owe czasy.

c.d.n

poniedziałek, 10 września 2007
Wolność Baderka II

Oficer Baderek wybrał wolność

Statek stoi na „haku”. Na redzie Falmouth, pięć mil od brzegu i przerabia zakupiona od angielskich sejnerów, rybę. W sobotę i niedzielę Anglicy nie łapią. Pogoda jest dogodna. Kapitan decyduje.

- Podziel praktykantów na dwie grupy jedna popłynie w tą sobotę do portu druga w sobotę za tydzień.

Podniecenie wśród uczniów, to ich pierwsza w życiu wizyta w zachodnim kraju. Byłem już w tym porcie kilka razy. Ot takie typowe dwudziestotysięczne angielskie miasteczko rozłożone na wysokim klifie i w około zatoki. Kolega Ziutek również po raz pierwszy w życiu jest w wolnym świecie. Ustaleniu czasu zbiórki przy szalupie na powrót na statek. Oprowadzam kolegę po miasteczku, robimy drobne zakupy.

Zbiórka w określonym terminie. Uczniowie są wszyscy, brak oficera baderka. Czekamy godzinę.

- Płynem na statek! –decyduje Starszy.

Na statku kapitan łączy się poprzez UKF-kę z kapitanem portu i policją zgłaszając zaginięcie. Oficjalnie policji nic nie jest wiadome, lecz z pytań zadawanych czuje się, że chyba, coś wiedzą. Po 24 godzinach sprawa się wyjaśnia. Policja informuje, że taki a taki obywatel Polski otrzymał prawo kilkodniowe pobytu w Wielkiej Brytanii i ma wkupiony bilet lotniczy do Stanów Zjednoczonych i nie wróci już na statek. Ze szczątków informacji i faktów, można odtworzyć całe zdarzenie.

Żona oficera baderka miesiąc temu poleciała do rodziny w USA, SB było czujne, pilnowało, by cała rodzina jednocześnie nie znalazła się, za granicami „socjalistycznych państw dobrobytu”. Baderkowi udało się przechytrzyć i zamustrować się w kilka godzin przed wpłynięciem statku funkcjonariusze GPK nie zdarzyli sprawdzić, że mąż, żona i dziecko znalazły się po za granicami państwami „sprawiedliwości społecznej” równocześnie.

Jak było naprawdę może po latach powiedzieć tylko bohater tego zdarzenia. Wówczas wszyscy załoganci zbywali pytających na ten temat. Każdy się bał, by nie przypisano mu, że wiedział o planach uciekiniera. Nie wiadomo czy pytający nie jest współpracownikiem służb specjalnych.

Nie uzasadniona kara zbiorowa za ten czyn, dosięgła moich praktykantów. Kapitan wstrzymał wszystkie wizyty w porcie. Na moje prośby i nalegania odpowiedział.

- I tak będę musiał pisać wyjaśnienia i tłumaczyć się. Gdyby został jeszcze uczeń, po tym incydencie, to mam z głowy prawo pływania. – popatrzył na mnie i dodał – Przecież wiesz, że wśród rybaków i marynarzy jest najwięcej współpracowników służb specjalnych.

Te ostatnie zdanie przypomniało mi się, gdy się dowiedziałem, ze jedna ze szkół kołobrzeskich ma imię „POLSKICH MARYNARZY I RYBAKÓW”

Edward Bernatowicz

10:36, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Dodaj komentarz »
Wolność Baderka I
Cel rejsu – reda portu Falmouth w hrabstwie Kornwalii nad kanałem La Manche, skup makreli od angielskich sejnerów.Na pokładzie zamustrowani uczniowie klas trzecich Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu.

W PRL-u lat siedemdziesiątych „żelazna kurtyna” dzieląca wolny świat od bloku państw „szczęśliwości robotniczo-chłopskiej” zarządzanych z Moskwy, zaczyna miejscami korodować, tworząc prześwity. Przez te szpary przeciska się obraz „konającego kapitalizmu”. Nieliczni szczęśliwcy, którym udało się uzyskać prawo wyjazdu do wolnego świata wracając, i w zaciszu domowym rozwijają pojęcie - marksistowskie widmo konającego kapitalizmu. „Kapitalizm umiera, ale jaką piękną ma śmierć.”

Tych pięćdziesięciu praktykantów jest wybrańcami losu, odpowiednie służby wyraziły zgodę na ich praktykę morską z zawijaniem do portów zachodnich. Nie jest to tak atrakcyjny rejs jak na statku szkolnym s/t Turlejski, którego stałą trasą były Wyspy Kanaryjskie, ale mogło być gorzej, „bogowie” służb bezpieczeństwa mogliby „wspaniałomyślnie” wyrazić zgodę tylko na praktykę na kutrach rybackich, bez zawijania do portów obcych.

Prawie każdy praktykant ma uciułane kilka dolarów by kupić trudno osiągalne w kraju dżinsy lub płyty, zachodnich, modnych w owym czasie, zespołów muzycznych. Te nieduże kwoty są ukrywane gdzie się da, wywożenie waluty z kraju „dobrobytu socjalistycznego” jest zakazane, ba nawet jej posiadanie jest nielegalne.

W tym rejsie towarzyszy mi w kabinie kolega, nauczyciel z TRM Kołobrzeg - Ziutek (imię zmienione).

Ziutek jest nauczycielem przedmiotów ogólnokształcących i zgodnie z zasadą obowiązującą w szkole „Musisz wiedzieć, kogo kształcisz”, ci, którym służby specjalne wyraża zgodę towarzyszą, po kolei, uczniom, jako opiekunowie, w rejsach zagranicznych.

Kolega Ziutek ma dwie słabości: jest pedantem i jest bardzo uczulony na punkcie naturalnego ubytku włosów.

W kabinie wszystko zostało poukładane równo pod sznurek, trwało tak do pierwszego bujania. Mój kolega nie był świadom tego, że główną zasadą porządków w kabinie jest takie „zaształowanie” przedmiotów by nie miały luzów i w czasie, większej lub mniejszej fali nie zmieniały swego miejsca. Po dwóch próbach układania pod sznurek, zdegustowany zrezygnował pozywając przedmiotom by się same ułożyły dopychając je po kątach w czasie sztormu.

„Porfawor”

Statek przepływa Kanał Piastowski, minął Świnoujście. Kierunek – Kanał Kiloński.

- Gdzie jest Porfawor? Nie widzę go na statku – zapytałem na pokładzie II baderka.

- Nie płynie.

- Dlaczego? Miał przecież płnąć rozmawiałem z nim jeszcze wczoraj.

- Dziś przed południem musiał zrezygnować z powodu problemów rodzinnych, za niego płynie Kowalski (nazwisko zmienione).

„Porfawor” był oficerem maszyn przetwórstwa ryb, jego pseudonim wziął się z tego, że lubił powiedzonko „porfawor”. W żargonie statkowym jego stanowisko nazywano I baderek a stanowisko mechanika maszyn przetwórstwa ryb nazywano II baderek (BADER- firma produkująca maszyny przetwórstwa ryb).

- Szkoda. No to w tym rejsie nie pojemy dobrych ryb – Porfawor był specjalistą od potraw rybnych przygotowywanych w wolnym czasie.

- No, ale mam nadzieje, że twoje lody będziemy nadal jedli? – zapytał II baderk.

Na wyposażeniu kuchni było prymitywne urządzenie do produkcji lodów oczywiście kucharze nie mieli czasu na bawienie się w produkcję tego przysmaku. Urządzenie przejął dział mechaniczny. Zespawano specjalny stół w maszynowni chłodniczej, chłodnicy podłączyli przewody z freonem do chłodzenia, elektrycy zamontowali odpowiedni silnik. Mnie przypadło zadanie produkcji tego przysmaku. W czasie wolnym Porfawor pitrasił w kabinie rybie przysmaki na ostro, do tego lody i butelka Żywca i można było snuć po pracy kabinowe opowieści

Rzepa na łysienie

- Edek, masz dobre układy z szefem kuchni? – zapytał kolega Ziutek po dwóch dniach rejsu.

- Nie najgorsze.

- Poproś go o dwie duże czarne rzepy.

- Po co ci one?

- Powiem jak załatwisz.

- Szefie dostanę dwie duże rzepy? – zapytałem w tym samym dniu kucharza.

- Nie ma sprawy. Po co ona panu?

- To nie dla mnie, ale dla mego kolegi. Powiem panu później, jak sam się dowiem.

Po dostarczeniu owego specjału, byłem przekonany, że będę degustował jakąś rzepową potrawę, apetyt mój jeszcze bardziej wzrósł, gdy zostałem poproszony o pożyczenie tarki. Tajemnica rzepy wyjaśniła się, gdy mój kolega wycisnął na gazę sok z tartej rzepy i natarł skórę, lekko przerzedzające się głowy. Wytrzymałem ostry smród owego specyfiku do momentu gdy owinął głowę folią.

- Wybywa z kabiny. Czy za trzy godziny będzie po wszystkim? – zapytałem.

- Tak. Do tego czasu wywietrzę kabinę. Mam prośbę. Nie mów na statku o tych moich zabiegach.

- Postaram się – powiedziałem opuszczając kabinę.

Gdy zaglądnąłem do pentry przyuważył mnie kucharz.

- Panie kierowniku, co za rzepową potrawę przygotował pański kolega? Nie potrzebne są jakieś inne artykuły?

- Powiem panu prawdę, w tajemnicy. Ta rzepa była potrzebna na porost włosów. – powiedziałem, by pozbyć się dalszych pytań.

No i zaczęło się. Zostałem zasypany pytaniami. Dopiero teraz zorientowałem się, że problem łysienia był również problemem szefa kuchni. Opowiedziałem, co widziałem.

- Długo trzeba trzymać głowę w folii? – zapytał na końcu mego wywodu.

- Nie wiem. Najlepiej niech pan zapyta mego kolegę. Powiedział mi, że po trzech godzinach będzie po wszystkim.

Powiedziałem przekonany, że po sprawie. Nic podobnego, na drugi dzień dopadł mnie kucharz w białej czapce naciągniętej po uszy.

- Niech pańskiego kolegę trafi szlak. – wykrzyknął dodając bosmańską wiązankę. –Niech pan patrzy zdjął czapkę. Skóra na głowie była czerwona jak ugotowany rak.

- Całą noc piekła skóra jakbym się oparzył.- dodał.

Co było przyczyną nietrafności zabiegu?

Wyjaśniło się. Szef zamiast dopytać Ziutka o szczegóły. Zrobił tak jak mówiłem i moje trzy godziny potraktował jak okres trzymania folii na głowie. Według przepisu należało po piętnastu minutach dokładnie zmyć głowę.

Oczywiście cały incydent nie dał się ukryć i szef był tematem dowcipów przez następne dnie, nim nie przyćmiła go sprawa I baderka.

10:33, edward.bernatowicz , Rejsy "Admirala"
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 sierpnia 2007
.
20:39, edward.bernatowicz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 sierpnia 2007
Oficer nawigacyjny czy oficer wachtowy? I

„szekiel1@op.pl    

Szanowny Panie Redaktorze  Po przeczytaniu artykułu "Sztormowanie na Atlantyku" zdecydowałem się do Pana napisać.  Jestem absolwentem wydziału pokładowego Akademii Morskiej, znając ten fach stwierdzam sporo bzdur i konfabulacji w powyższym artykule. Pozwolę sobie to skomentować punktowo.  1)Tylko osoba taka jak został zaopiniowany autor artykułu przez kapitana {nie będę cytował} zrobiła by tego typu pseudo dowcipu "staremu", bo niewyspany kapitan w sytuacjach zagrożenia to zwiększenie niebezpieczeństwa dla załogi i dla statku.  2)W takim sztormie, jaki opisuje autor niezamknięta szuflada wypadła by na podłogę i nie było by "PUK!!!,PUK!!" a szuflada wylądowała na koi, umywalce lub przebiła szot.  4)Gdyby szuflada była zblokowana specjalnym zatrzaskiem to w czasie sztormu nie słychać obijającego się klucza a pracę statku na oceanicznej fali i jak pisze autor "ryk oceanu"  5)W czasie sztormowania statek nie ustawia się prostopadle do fali, bo wtedy całą falę przyjmowałby na dziób. Do wyznaczania kursu i szybkości służy nakres sztormowy z którego wybiera się kurs i szybkość. Mniej więcej jest to 30 stopni do fali.Więcej błędów nie będę temu Panu wyciągał, ale sadze, że na tematy typowo morskie powinna się wypowiadać osoba zorientowana, mająca szacunek do morza.Pozdrawiam Andrzej Wyśniewski   Oficer naw. .P.M.H.”

 

Taki email, otrzymałem po jednej ze swych „Morski opowieści” czytając po raz pierwszy ten tekst zrobiło mi się smutno, nie z powodu treści merytorycznej, ale z agresji, jaka wyłania się z tych kilku zdań.

 

Pierwsze skojarzenie.

Pan „Andrzej” jest młodym gniewanym i ambitnym oficerem, bo pojęcie „Akademia Morska” funkcjonuje dopiero w wolnej Polsce. Wszystko, co nie odpowiada jego wiedzy i wyobrażeniu „szacunku dla morza” jest godne słusznego gniewu.

Prawie całe życie zawodowe byłem nauczycielem, lecz miałem to szczęście, że swój zawód wykonywałem wśród ludzi morza i kandydatów na marynarzy i rybaków na lądzie i morzu. Znając drażliwość oficerów na punkcie kompetencji zawodowych zawsze staram się w swych tekstach korzystać z ich wiedzy i opinii. Dla tego cieszę się, że zwrócił Pan uwagę na „nakres sztormowy” Każdy marynarz zajmujący się nawigacją wie o tym, że „sztormowaniu” poświęcony jest cały rozdział w „Manewrowaniu statkiem”:

„Manewrowanie statkiem w warunkach sztormowych:

a) określenie parametrów i elementów fali w warunkach statkowych (długości, wysokości, kierunku, prędkości i okresu fali) w oparciu o pomiary własne, mapki synoptyczne, atlasy,

b) rezonans poprzeczny i wzdłużny, slemming dziobowy i rufowy, zalewanie,

c) kryteria wyboru momentu przystąpienia do sztormowania (metoda częstotliwości wchodzenia wody na pokład dziobowy, metoda przyrostu poślizgu śruby, urządzenia pomiarowe),

d) metody sztormowania statkiem, dobór kursu i prędkości w stosunku do fali:

- sztormowanie dziobem pod wiatr,

- sztormowanie z wiatrem i falą,

- sztormowanie rufą pod wiatr,

- sztormowanie bokiem do fali (dryfowanie),

e) podstawowe zasady wykonywania zwrotów w czasie sztormowania, operowanie sterem i szybkością statku, wybór momentu niskiego falowania,

f) unikanie w czasie sztormowania:- żeglugi na grzbiecie fali,- żeglugi na dwóch grzbietach fal,- żeglugi z falą,- żeglugi z falą nadążającą,- kątów kursowych baksztagowych,

g) warunki, jakie należy spełnić celem bezpiecznego postawienia statku w dryf w warunkach sztormowych,

h) wykorzystanie pomocy i nakresów w sztormowaniu

W „Sztormowaniu na Atlantyku” ze względu na ograniczenia wielkości tekstu, pozwoliłem sobie na skrót myślowy w omówionym przez Drugiego przypadku sztormowania. Słusznie zauważył Pan błąd. Zamiast „prostopadle do fali” miało być „prawie prostopadle do fali” tak jest w wersji internetowej i tak będzie w przygotowywanym przez Gazetę Kołobrzeską, wydaniu książkowym. Oczywiście jak wiemy z mediów PRAWIE robi dużą różnicę.

Natomiast zarzuty dotyczące dotyczący PUK!!! PUK!!! w szufladzie, odrzucam, było to moje osobiste przeżycie, a uwagi dotyczące zabezpieczeń mebli w kabinie opisane przez Pana chyba dotyczą okrętów lub statków obecnie budowanych, na statkach rybackich lat siedemdziesiątych było inaczej.

Nie moją rolą jest ocena moralna, prymitywnych dowcipów, robionych przez niektórych załogantów i stoczniowców, oficerom i kapitanom. Ja tylko opisałem zdarzenia, o których często opowiadali rybacy na Arciszewskim. Swoją drogą, jeżeli będzie Pan w swojej karierze zawodowej odnosił się z taką agresją do swoich podopiecznych jak w tym emailu, to, gdy zostanie Pan kapitanem, czego Panu życzę, złośliwość załogantów może być o wiele okrutniejsza.

08:51, edward.bernatowicz
Link Dodaj komentarz »
Oficer nawigacyjny czy oficer wachtowy? c.d.

Skojarzenie drugie

 

Czytając tekst zarzutów po raz drugi, zwątpiłem, co do pierwszej diagnozy o Panu „Andrzej Wyśniewskim”. Z jednej strony perfekcjonista w wymaganiu od innych szczegółów morskiego rzemiosła z drugiej strony beztroska w operowaniu pojęciami zawodu marynarza

1 „Jestem absolwentem wydziału pokładowego Akademii Morskiej

- Akademia Morska w Gdyni        

Wydziały:           

Wydział Przedsiębiorczości i Towaroznawstwa           

Wydział Mechaniczny           

Wydział Elektryczny           

Wydział Nawigacyjny

- Akademia Morska w Szczecinie            

Wydział Mechaniczny           

Wydział Nawigacyjny           

Wydział Inżynieryjno-Ekonomiczny Transportu-

Akademia Marynarki Wojennej:

            Wydział Dowodzenia i Operacji Morskich

            Wydział Nawigacji i Uzbrojenia Okrętowego

            Wydział Mechaniczno-Elektryczny 

„Wydział pokładowy” był za czasów, i tylko w Oficerskiej Szkole Marynarki Wojennej później w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej. Dla tego trudno dociec gdzie Pan studiował.

2 „znając ten fach” – znam wielu wspaniałych ludzi morza, którzy znają dobrze swój morski fach, ale żaden z nich nie użyje takiego stwierdzenia, oni wiedzą, że morze jest mściwe i potrafi dać nauczkę zarozumialcom. 

3 „oficer naw. P.M.H.” ( oficer nawigacyjny Polskiej Marynarki Handlowej)

Oficer - marynarz mający odpowiednie wykształcenie (przygotowanie) oraz wypływaną wymaganą praktykę morską, pełniący na statku morskim następujące stanowiska niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi:

  1. Dział Pokładowy
    • Kapitan
      • Kapitan na statkach o pojemności od 500 do 3000 BRT
      • Kapitan w żegludze krajowej
      • Kapitan żeglugi bałtyckiej (rys 2)
      • Kapitan żeglugi wielkiej (rys 1)
    • Oficer pokładowy
      • Starszy oficer pokładowy na statkach o pojemności 3000 BRT i  powyżej  (rys 3)
      • Starszy oficer pokładowy na statkach o pojemności od 500 do 3 000 BRT
      • Oficer wachtowy na statkach o pojemności 500 BRT i powyżej (rys 4)
      • Oficer wachtowy żeglugi bałtyckiej „

Pozwoliłem zacytować obwiązujące obecnie w naszym kraju oficjalne nazwy stanowisk i dyplomów w żegludze. Jak z tego wynika nie istnieje obecnie „certyfikat” oficerski o nazwie „oficer naw. P.M.H”. Pojęcie „oficer nawigacyjny” funkcjonowało do 2000 roku i obecnie w żargonie żeglarsko-marynarskim. Głownie przypisane było stanowisku II oficera, który odpowiadał za aktualizację map, ksiąg locji, spisów latarń oraz za stan techniczny przyrządów nawigacyjnych obecnie są to obowiązki oficera wachtowego (owu). Pojęcie – „oficer nawigacyjny” występowało również w marynarce wojennej i stosowane jest w żeglarstwie.

„Konfabulując”, na podstawie informacji zawartych w liście, dochodzę do wniosku, że Pan „Wyśniewski” jest emerytowanym oficerem marynarki wojennej, który „nostryfikował” swój wojskowy dyplom morski, włożył go szuflady, i pracuje w instytucji lądowej lub jest nauczycielem przedmiotów zawodowych w szkole o „zabarwieniu morskim”. Gdyby nadal pływał, jak to czyni wielu moich znajomych byłych oficerów marynarki wojennej, to byłby, Kapitanem a przynajmniej Starszym Oficerem a nie „oficerem naw. P.M.H.”Oczekuję na dalsze uwagi do moich tekstów.Edward.Bernatowicz@gazeta.pl.
08:45, edward.bernatowicz
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6