Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
środa, 15 lutego 2012

11

15:04, edward.bernatowicz , Dar Młodzieży
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 czerwca 2007
.
07:31, edward.bernatowicz , Dar Młodzieży
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 maja 2007
Karol Olgierd Borhardt

„Postać jak z kart powieści Karola Olgierda Borharda ( kto nie czytał niech się nie przyznaje, bo to wstyd mieszkać nad morzem i nie znać Borharda)”

 

Taki tekst możemy przeczytać w czyś, co się zwie „Rzecz Kołobrzeska”

 

Tak to prawda wstyd nie znać Karola Olgierda Borhardta, bo tak poprawnie  pisze się nazwisko kapitana.

09:25, edward.bernatowicz , Dar Młodzieży
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 listopada 2005
Morskie gry wojenne

    Nocna wachta Trzeciego. ”Raptor” i „Świetlik” w kabinie nawigacyjnej praktykantów liczą pozycję. Zaznaczenie na mapie. Wykreślenie kursu. Odczyt prędkości. Temperatura. Stan morza. Widoczność. Wpis do dziennika okrętowego praktykantów. Pokład wyżej. Mostek nawigacyjny. Życie załogi i bezpieczeństwo statku jest w rękach oficera wachtowego. Przy sterze „”Wasiek” trzyma kurs. Na skrzydle ciepło ubrany „Styczeń” ma wachtę na „oku”. Temperatura około zera. Cisza. Światła główne w kabinie wygaszone. Podświetlone ekrany monitorów i wskaźników urządzeń systemu antykolizyjnego. Radiostacja bezpieczeństwa na nasłuchu. Wrażenie niczym z salonu gier komputerowych. Trzeci, Jurek Jodłowski ma pecha. Na jego wachcie przepływamy przez tor wodny do Świnoujścia. Ruch jak na Marszałkowskiej, jak mówią marynarze. Promy i kontenerowce przecinają nasz kurs. Co chwilę włącza się sygnał ostrzegawczy systemu antykolizyjnego. Na ekranie głównym poruszające się punkty jak w wojennej, morskiej grze komputerowej z jedną różnicą. Masz tylko jedno życie. Musisz wygrać. Płyniemy na żaglach. Mamy pierwszeństwo. Każda korekta kursu mijających nas statków to olbrzymie koszty dla armatora. Efekt. Przechodzą tuż przed dziobem lub tuż za rufą. Po dwóch godzinach ekran radaru jest czysty. Mamy bezpieczny „przelot”.


Wizja kapitana
Borchardta
.

    Otrzymuję pozwolenie na wachtę przy sterze. Niepowtarzalne uczucie. Przez godzinę steruję „Darem Młodzieży”. Mogę z dumą powiedzieć. „Byłem sternikiem Daru Młodzieży”. Ponad dwadzieścia lat wcześniej często stałem przy sterze m/t Admirał Arciszewski. Porównuję postęp w rozwoju urządzeń nawigacyjnych. Kapitan Karol Olgierd Borchardt mawiał do swych uczniów, gdy mieli problemy z opanowaniem sztuki określenia pozycji zliczonej statku: „Nu, Wy chcieliby żeby była taka maszynka, nu, do której wrzucasz dziesięć centów a ona podaje pozycje i wyrzuca butelkę Coli”. Obecny system nawigacji satelitarnej GPS nie wyrzuca butelki Coli, ale bez dziesięciu centów określa pozycje z dokładnością do metra. Wystarczy wcisnąć kilka przycisków.

Tragedia Koł 130.

    Co pewien czas ciszę na mostku przerywa automatycznie włączająca się radiostacja alarmowa. Podawane są ostrzeżenia o sztormach. Wezwania S.O.S. Zasięg. Cała półkula. Na Atlantyku jacht o niezrozumiałej nazwie wzywa pomocy. Na pewno znajdujące się w pobliżu statki udzielą pomocy. „Koł 130 wzywa pomocy! Kuter położył się na burcie i nabiera wody!” – rozległo się. Załoga tonącego kutra podaje swoją pozycję. W eterze zrobiło się głośno. Stacja Ratownictwa Morskiego w Darłowie przejmuje dowodzenie. Wysyła jednostkę i helikopter. Stan morza 7-8B. Noc. Warunki trudne. „Opuszczamy kuter” – nadaje tragiczna załoga. Ciszę, co pewien czas przerywają meldunki z jednostek biorących udział w akcji. Mijają godziny. Oczekiwanie. „Mamy tratwę!” I po kilkunastu minutach „Cała załoga bezpiecznie podjęta na pokład” – informują ze statku ratowniczego. Tym razem Bałtyk zabrał kuter, ludzi oszczędził. Po trzech latach rozmawiam na ten temat z doświadczonym szyprem i armatorem, Ryszardem Klimczakiem. „Łowiłem w tym czasie na owym akwenie. Takiej anomalii atmosferycznej nigdy nie spotkałem. Przy dużej fali niespodziewanie uderzył silny szkwał z kierunku, którego nikt się nie spodziewał. Koł 130 nie przetrzymał.” „Dar” znajdował się poza rejonem tego zjawiska. Niemniej pogoda nie rozpieszczała. Rano, przy prószącym śniegu, „Elegant” i „Adi” zmarzniętymi rękami klarowali liny na nagielbanku(zdjęcie).

Pełne żagle na kotwicy.

   Płyniemy na redę Kołobrzegu. 18 marca „Dar” ma uświetnić uroczystości święta naszego miasta. Liga Morska i Rzeczna zaplanowała pod pomnikiem Zaślubin Polski z Morzem uroczyste ślubowanie. 17 marca stoimy na kotwicy na wysokości mola. Komendant Leszek Wiktorowicz przygotowuje mieszkańcom Kołobrzegu wspaniałą niespodziankę. Znany jest z tego. Podziwiał go świat żeglarski za przejście pod pełnymi żaglami pod mostem u wejścia do Sydney. Znawcy żeglarstwa twierdzili, że przejście wykonane zostało po mistrzowsku. Pilot powiedział: „Teraz mogę iść na emeryturę”
Godzina dziesiąta osiemnastego marca. Pod pomnikiem zaproszeni goście i mieszkańcy Kołobrzegu podziwiają na redzie „Białą Fregatę” na kotwicy z zwiniętymi żaglami. Rozpoczyna się uroczystość. Kompania honorowa Zespołu Szkół Morskich, przygotowana przez Jurka Trąbczyńskiego, pręży się dumnie. Orkiestra gra hymn państwowy. Wszyscy zwróceni w kierunku lądu. Prowadzący Antoni Szarmach wygłasza przemówienie. „...Naszą uroczystość uświetnia „Dar Młodzieży” pod pełnymi żaglami z uczniami Technikum Morskiego na pokładzie...” Wszystkie głowy jak na komendę zwracają się ku morzu. „Księżniczka Oceanów” piętnaście minut temu z gołymi rejami, teraz w całym swym pięknie z postawionymi wszystkimi żaglami. Tylko mistrzostwo rzemiosła żeglarskiego Komendanta i sprawność praktykantów pozwoliła postawić żagle na kotwicy i przetrzymać przez godzinę.

Pan Starosta
na pokładzie
.

    W godzinach popołudniowych wizytę składają władze powiatu i dyrektor szkoły. Praktykanci tworzą na pokładzie szpaler powitalny Trap opuszczony. Do burty podchodzi „Monika” z gośćmi na pokładzie. Trochę buja. Miny niektórych z VIP-ów dość niepewne. Starosta Ryszard Ławrynowicz odważnie jako pierwszy wchodzi po chwiejnym trapie na pokład. Za nim pozostali. Komendant wita gości. Zwiedzanie statku. Obiad kapitański. Duże zainteresowanie urządzeniami technicznymi wykazuje sekretarz starostwa pan Jerzy Leszczyński. Oprowadzam po zakamarkach statku. Szczególną ciekawość wzbudzają komputerowe urządzenia nawigacyjne. Po trzech godzinach stan morza zaczyna się pogarszać. Goście opuszczają fregatę. Podniesienie kotwicy. Stawianie żagli. Przez następny tydzień „mieszamy wodę” na Bałtyku realizując program praktyk.

Koniec wieńczy dzieło.

    Minęły cztery tygodnie. Praktyka zbliża się do końca. Przedostatni dzień. Ocena praktyk. W salonie kapitańskim zebrała się Rada Statku w składzie: Komendant, oficerowie z pokładu i maszyny, bosmani, opiekunowie praktyk, przedstawiciel praktykantów. Każdy praktykant pojedynczo melduje się u komendanta. Następnie opuszcza salon. Obecni po kolei proponują ocenę z zakresu własnych działów. Ocenie podlegają: wiedza teoretyczna wykorzystywana w praktyce, przydatność do zawodu, zachowanie w trudnych warunkach morskich, kultura osobista, dyscyplina, stosunek do kolegów i przełożonych, sumienność w wykonywaniu poleceń, opanowanie wiedzy dotyczącej „Daru Młodzieży”. Na podstawie propozycji komendant ustanawia ocenę ostateczną i informuje wezwanego. Mam osobistą satysfakcje: „nawigacyjna rocznik 1982” wypadła najlepiej.

Edward Bernatowicz

19:02, edward.bernatowicz , Dar Młodzieży
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 listopada 2005
"Dar Młodzieży" pod pełnymi żaglami

„Koń w galopie Kobieta w tańcu Fregata pod pełnymi żaglami”

Ideały doskonałego piękna - Honoriusz Balzac


Dwa pierwsze ideały doskonałego piękna tworzy natura, trzeci jest w całości dziełem człowieka. By można było podziwiać i przeżywać urok „Najpiękniejszej Polki świata”(tak został nazwany Dar Młodzieży w czasie pierwszego rejsu), potrzebnych jest „kilka drobiazgów”.
Dwadzieścia sześć żagli w kształcie trójkąta i trapezu równoramiennego. Trapezowe przytwierdzone do rei. Trójkątne – sztaksle – zakładane na stalowe sztagi. Do każdego żagla przymocowanych jest kilkanaście ruchomych lin. Współpracują parami. Wybierając na jednej burcie luzuje się na drugiej i odwrotnie. Reje mocowane do masztów, jak orczyk na dyszlu obracane w poziomie przez brasy. Stąd - brasowanie. Fały, gordingi i gejtawy służą do refowania – zmniejszania powierzchni, stawiania i sprzątania żagli. Każdy maszt, każdy żagiel, każda lina, mają swoją nazwę. Do prawidłowej obsługi jednej liny potrzebnych jest od dziesięciu do dwudziestu współpracujących ludzi. Wszystkie czynności wykonywane są siłą ludzkich mięśni. Do masztu przypisany jest bosman i oficer. Fregata jest „systemem komputerowym”. Wszystko, co na pokładzie z ludźmi włącznie to „hardware”. Żeby system działał bezpiecznie i sprawnie potrzebny jest dobry program. Tworzono go przez setki lat. Zapisywany przez lata praktyki na „Darze Pomorza”. Dopracowany w szczegółach. Znajduje się w „pamięci operacyjnej” komendanta „Daru Młodzieży”, kapitana żeglugi wielkiej Leszka Wiktorowicza.
Alarm „Do żagli”.
Około stu pięćdziesięciu osób wysypało się na pokład. Zajmują przypisane im miejsca. Przygotowane w porcie żagle wyglądają, jak kiełbaski przywiązane do reji cienkimi linkami - refsejzingami. Chłodny, słoneczny marcowy poranek. Stan morza 3-4B. Padają komendy. Zaroiły się reje. Refsejzingi rozwiązane. Fregata ustawiona odpowiednio do wiatru. Powoli „Najpiękniejsza Polka świata” przywdziewa strój morski. Kolejność poszczególnych czynności jest ściśle przestrzegana. Obserwuję z pokładu pracę poszczególnych grup. Widać generalnie zaangażowanie i zdyscyplinowanie. Przy wybieraniu szota bezanżagla na końcu grupy „Ślepak” i „Ziele” markują pracę. Lewy kubryk trzeciej wachty, w którym mieszkają, ma dosyć tych cwaniaków. Czego nie zrobią oni, muszą zrobić inni. Mają na koncie za łamanie regulaminu, kary. Lecz nie odnosi to skutku. Zaliczenie praktyki jest pod znakiem zapytania. Nawigacyjna rocznik 1982 spisuje się bez zastrzeżeń. „Słowik” próbował początkowo „lawirować”, lecz koledzy go zdyscyplinowali.
W ciągu dziesięciu – piętnastu minut staliśmy się twórcami „ideału doskonałego piękna”. „Silnik główny. Stop!” „Alarm: Do żagli odwołany!” Aktualna wachta klaruje liny. Pozostałe wróciły do kubryków. Statek lekko przechylił się na prawą burtę. „Solą ziemi” na statku są bosmani: Stankiewicz, Oppenkowski, Wydra i Meller. Zadziwiająca jest ich znajomość każdego elementu i detalu. Patrzę na komendanta. Wygląda na zadowolonego. Słychać jak około trzy tysiące metrów kwadratowych żagli, złapało wiatr i z olbrzymią siłą, bryła sto dziewięć metrów długości i czternaście szerokości, rozcina Bałtyk.
Cel – Travemunde.
Zatoka Lűbeck. Reda portu Travemunde. Żagle zrefowane. Stoimy na kotwicy. Brak funduszy na opłaty portowe. Na ląd dostaniemy się szalupami. Miasto jest ładne i zadbane. Rozciąga się nad rzeką i zatoką. W głębi lądu leży Lubeka, znany port niemiecki. Tu na tej rzece kończył się „mur berliński”. Po jednej stronie było NRD po drugiej RFN. Po dziesięciu latach jeszcze widać skutki gospodarki socjalistycznej. W części zachodniej odrestaurowane stare kamieniczki mówią o morskiej tradycji portu. Praktykanci w kurtkach firmowych „Daru” są traktowani z sympatią i życzliwością. Zauważyłem, że starsze panie dają chłopcom drobne pieniądze. W pierwszej chwili poczułem się przedstawicielem narodu żebraczego. Zmieniłem zdanie po rozmowie z leciwą mieszkanką, której mąż był marynarzem a praktykę miał przed wojną na „Kruzenszternie”. Od wieków do portu zawijały żaglowce i wręczanie chłopcom okrętowym, a później praktykantom statków szkolnych, drobnych kwot było tradycją i zwyczajem. Przynosiło szczęście dającemu. Co kraj to obyczaj. W Glasgow uczniowie z „Arciszewskiego” byli zaskakiwani dotykaniem przez płeć piękną kołnierzy marynarskich. Z wyjaśnień agenta obsługującego statek wynikało, że jest to odpowiednik złapania się za guzik na widok kominiarza.
Dorównać Buddzie
Zwiedzanie. Piękne, nowoczesne hotele. Miasto w swym charakterze podobne do Kołobrzegu. Marzec - martwy sezon. Życie toczy się wolno. Europejskie miasteczko. Nasze będzie podobne. Tylko pytanie. Kiedy? Przed orientalną restauracja wita śmiejący się Budda. Zniewalająco-wabiący uśmiech. Trudno odmówić. Po godzinnym „degustowaniu” potraw mam lżejszy o kilkadziesiąt marek portfel. Porównuje swoje parametry z „wzorcem”. Musiałbym częściej odwiedzać ten lokal, aby dorównać. Zakup drobnych pamiątek. Wysłanie widokówek. Zbiórka przy szalupie w porcie. Wracamy na statek. Chłopcy dobrze się spisali Można być dumnym.
Przegląd kapitański.
Następny dzień to niedziela. Jest to dzień przeglądu kapitańskiego. Komendant w obecności starszego oficera, starszego mechanika, intendenta, lekarza okrętowego i opiekunów praktyk dokonuje przeglądu statku. Na pierwszy ogień idzie szpital i ambulatorium. Królestwo lekarza Józefa Prajsa. Następnie pralnia, suszarnia, sanitariaty i prysznice nadzorowane przez pielęgniarza, Wojtka Witeskę. Kubryki praktykantów. Kubrykowi zdają raport. Drobne uwagi komendanta. Kuchnia. „Specjalność zakładu” pizza i ptasie mleczko na deser. Messa praktykantów „dowodzona” przez stewarda Dopke, specjalistę od budowy modeli żaglowców w butelkach. Jego model został wręczony Janowi Pawłowi II w czasie wizyty w Gdańsku. Z dumą pokazuje swoje dzieła. Przegląd dobiega końca. Wszędzie czystość i porządek. Końcowe podsumowanie w salonie kapitańskim przy kawie i herbacie.
Wizyta na redzie Kołobrzegu w następnym odcinku.

Edward Bernatowicz
edward.bernatowicz@wp.pl

07:45, edward.bernatowicz , Dar Młodzieży
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 listopada 2005
Patyczkowata Panna

  Gdynia. Skwer Kościuszki. To, co najpiękniejsze w legendzie, tradycji i rzeczywistości morskiej naszej Ojczyzny jest przed nami. Staruszek „Dar Pomorza” drzemie dumnie wspominając dalekie rejsy, słynnych kapitanów i setki młodych silnych i dzielnych ludzi, dzięki którym mógł istnieć w całym swym pięknie.
Maszty, bomy i reje przygotowane. Mosiądze lśnią. Hamaki w kubrykach zawieszone. Kabiny oficerskie oczekują. Wspaniałe stylowe meble jeszcze czują wzrok kapitana kapitanów Maciejewicza- „Macaja” Na keję zajechały autobusy wysypała się gwarna ponad stu osobowa grupa. Mundury. Na plecach worki marynarskie. Na czapkach Zespół Szkół Morskich Kołobrzeg. Szefowie wydają komendy. Wzdłuż kei stoi przyszła załoga. Czy to za przyczyną fali spowodowanej przepływającym holownikiem, czy też widokiem „jungów”, obudzony „Dar Pomorza” zakołysał radośnie masztami. Zaraz wsypie się na jego pokład energia młodości. Uzbroi statek w żagle. Komendant Jurkiewicz zacznie wydawać rozkazy. Znów „Biała Fregata” zaistnieje na morzach i oceanach. Niestety! To już historia. Celem podróży przyszłych marynarzy jest następca „Daru Pomorza” „Dar Młodzieży”. Zacumowany obok.

Klasa nawigacyjna
rocznik 1982
.

Trzy klasy czwarte i trzecia nawigacyjna przez miesiąc będą praktykować morskie rzemiosło. Mam przyjemność pływać razem jako opiekun i wychowawca klasy trzeciej rocznik 1982. Jak się spiszą? Obserwuję miny. Uśmiechnięci. Zawadiaccy. Lecz u niektórych oczy zdradzają lekki niepokój. „Wicja” szef klasy jak zawsze odpowiedzialny, ze spokojem sprawdza stan swojej grupy. Władzę przejmują bosmani. W oczekiwaniu na przydział wachty i kubryka stoją: „Krzywda”, „Malarz”, ”Rydzu”, „Klęczek”, ”Malina”, „Rambo”, „Poeta” z nierozłączną komórką, „Elegant” już zwrócił na siebie uwagę spacerujących dziewcząt, dobrze wychowany „Krecik”. „Rambo”, ”Ślimak”, „Styczeń” i pisarz klasowy „Borówa” są w jednym kubryku. „Siwy” „Turek” i „Wasiek” są razem w następnym. „Siła” swą wytrenowaną sylwetką uśmiechnięty jak zawsze dominuje nad grupą. Mózgowiec klasowy „Fizol” spogląda na maszty jakby obliczał ile energii musi stracić nim pokona saling. Obok „Bidzej” jak zawsze podwieszony pod „Fizola”. Zaniepokojony. To nie klasówka z matmy lub fizy. Tu będzie musiał dawać radę sam. Jestem pewny, że nie będzie z nimi kłopotów. Kłopoty mogą być z niektórymi uczniami z innych klas. Cwaniacy, nie reprezentujący sobą pozytywnych wartości, wymuszający w środowisku szkolnym, siłą swoją dominację, tracąc w warunkach morskich swą pozycję. Starają się skierować swą wrogość i niezadowolenie przeciw przełożonym, lekceważąc polecenia i obowiązki. Są trzy takie osoby w pozostałych klasach. Mam nadzieje, że zrozumieją swoje błędy. Praktykanci podzieleni na trzy wachty po trzydzieści siedem osób. Każda wachta zajmuje dwa kubryki na dwóch burtach. Przy stawianiu żagli, brasowaniu i zwrotach biorą udział wszystkie wachty. Natomiast przy korektach wystarczy jedna. Koje przydzielone. Szkolenie BHP.

Patyczkowata panna.

Minie kilka dni nim „Dar” wypłynie z portu. Będzie to pierwszy rejs roku 2000.. Po zimowym „leżakowaniu” statek wygląda jak patyczkowata panna z gołymi masztami i rejami. Pierwsze dni marca są dość chłodne. Praca na wysokości do pięćdziesięciu metrów ponad poziom wody przy kostniejących rękach nie należy do przyjemnych. Podziwiam profesjonalizm zawodowy i pedagogiczny załogi. Wypracowywany poczynając od „Lwowa” poprzez „Dar Pomorza” system szkoleniowy uwzględnia każdy aspekt przygotowania do przyszłego zawodu. Ze względu na specyfikę pracy i bezpieczeństwo, zależności zawodowe przypominają ustrój feudalny. Jak mówią marynarze pływający u światowych armatorów „Najpierw jest kapitan później oficerowie później pies kapitana, później długo, długo...nic i dopiero pozostała załoga”. Na „Darze” tak drastycznie ten podział nie występuje niemniej zasady hierarchicznie są zaakcentowane. Nim wyjdziemy w morze i fregata zakwitnie bielą żagli, przez pięć dni załoga będzie przygotowywała „wilczków” morskich do sprawnego działania. Zasada numer jeden to bezpieczeństwo. Każdy praktykant otrzymuje szelki zabezpieczające pracując na rejach. Odpowiednim zaczepem przypina się. Pierwsze wejście na maszty. Bosman Marek Meller zadaje pytanie. „Kto nie może wejść?” Oczywiście z tego powodu nie ma żadnych konsekwencji. Kilku występuje. Spróbują innym razem. W oczach niektórych widać niepokój i lęk. Załoga stała asekuruje. Końcowa instrukcja. „Lewa noga. Prawa ręka. Nie patrzymy w dół.” Pojedynczo jeden za drugim wspinają się po salingu z lewej burty, schodzą z prawej. Krótkie zamieszanie. Błyskawiczna reakcja bosmana Jarka Wydry. Łukasz nie wytrzymał. Spojrzał w dół. Lęk go pokonał. Kurczowo chwycił się salingu. Bosman jest przy nim. Krótka spokojna rozmowa. Powoli schodzą. Do końca wachty prawie wszyscy opanowali sztukę poruszania się po masztach i rejach.

Zaknagowane „sznurki

Następny istotny dział szkolenia to znajomość olinowania. Na pierwszy rzut oka cały pokład to plątanina szotów, fałów, gordingów i innych „sznurków”. Zaknagowane są one na nagielbankach według określonej zasady. Po pierwszym wykładzie instruktażowym, praktykanci grupkami po wachcie z kartkami w ręce zapamiętują, przechodząc po pokładzie. Godzina piętnasta koniec wachty portowej. Dzień następny godzina siódma. Pobudka. Gimnastyka na kei. Na morzu gimnastyka poranna to przejście po salingu z prawej burty na lewą. Porządki w kubrykach. Śniadanie. Zbiórka całej załogi i praktykantów na rufie. Podniesienie bandery. Robi wrażenie. Przydział czynności. Praca. Sprawdzanie żagli i zakładanie na rej. Zawieszeni na rejach praktykanci wyglądają jak pajączki mocujący sieć. Następna grupa czyści zaśniedziałe po zimie mosiądze. Szorowanie pokładu. „Fizol” dostał zadanie odświeżenia na burcie nazwy. Pięć dni ciężkiej pracy. Statek lśni. Żagle na rejach. Praktykanci sprawni, przeszkoleni. Duma polskiej floty gotowa do wyjścia z portu. Cel rejsu Gdynia – Travemunde. Na skrzydle mostku nawigacyjnego stoi on kontynuator legendy Maciejewicza, Jurkiewicza innych, Kapitan żeglugi Wielkiej Komendant „Daru Młodzieży” Leszek Wiktorowicz. Padają komendy.
Pierwsze stawianie żagli i wizyta na redzie Kołobrzegu w następnych odcinkach.
Edward Bernatowicz

17:47, edward.bernatowicz , Dar Młodzieży
Link Dodaj komentarz »