Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
Blog > Komentarze do wpisu
Pięciu chłopców z „Kolenia” i ...”Paprykarz szczeciński”

Przez kilka lat, odkąd próbuje w Gazecie Kołobrzeskiej przybliżyć rzeczywistość morską minionej epoki, unikałem próby opisu rzeczy podstawowej dla rybaka dalekomorskiego, pracy w przetwórni statkowej, świadom tego, że obraz przedstawiony będzie ułomny. Trzeba tam być i przeżyć by zrozumieć i mieć prawdziwe wyobrażenie,

„Uroków pracy w przetwórni traulera”.

            Załoga w przetwórni i na pokładzie podzielona jest na dwie zmiany. Pracują naprzemian na wachtach:

            08.00-12.00 – praca

            12.00-16.00 – wolne

            16.00-20.00 – praca

            20.00-02.00 – wolne

            02.00-08.00 – praca

            08.00-12.00 dnia następnego – wolne, i tak dalej, dopóki ryba na pokładzie.

            Z prostego wyliczenia wynika, że czas pracy, co drugą dobę, wynosi 14 godzin, co drugą dobę 10 godzin a najdłuższa przerwa na odpoczynek to 6 godzin. Gdy jest tyle ryby, że ludzie z przetwórni nie są w stanie jej przerobić, kapitan może zarządzić „podrywkę”, Polega to na tym, że kapitan staję przy sterze a prawie cała załoga z maszynową, hotelową i oficerami włącznie, w swym wolnym czasie od wacht, oprawia ryby na pokładzie i w przetwórni. Osobiście uczestniczyłem w takiej „podrywce” na „Arciszewskim” tylko raz oprawiając dorsze na Bałtyku.

            Kalmary zostały spłukane do zbiorników pod pokładem. Sieć wydana do wody. Statek trałuje następny zaciąg.

            - No panowie praktykanci do roboty – mówi mistrz w przetwórni, udzielając krótkiej instrukcji.

            - Ty będziesz oddzielał tubki od macek – mistrz zwrócił się Roberta. Złapał kalmara jedną ręką za „strzałkę” drugą ręką za wijące się macki. Szarpnięcie. „Strzałka” na transporter do pakowania w tace, macki na transporter do mączkarni

            - Rozumiesz?

            - Tak.

            Przetwórnia pracuje na pełnych obrotach.

Szanowny czytelniku, gdybyś nagle o zmroku, znalazł się na statku rybackim, i stanął w otwartych stalowych drzwiach przetwórni, ujrzałbyś, w trupio-bladym świetle neonówek, plątaninę przewodów, rur płaczących rdzą, brzęczących swymi łańcuchami transporterów i hałaśliwie terkoczących maszyn do przetwórstwa ryb. Wśród tego „bałaganu”są powtykani ludzie w gumowych butach, gumowych fartuchach i gumowych rękawicach. Doznania wzrokowe i słuchowe. uzupełnia rybi smrodek i wszędobylska woda służąca do płukania kalmarów i ryb.

            - Ej! Uważaj, co robisz! – krzyknął rybak pracujący obok, gdy Robert pomylił transportery i macki trafiły do tacowania.

            Praca nie była ciężka, lecz mechanicznie powtarzane te same czynności spowodowały, że pod koniec wachty, czuł ból mięsni rąk, zapominając o chorobie morskiej.

Zacisnął zęby. Oby dotrwać do końca wachty. Jeszcze tylko pół godziny, nie czuł zimna i wody w rękawicach i butach.

            - Hej praktykant! Co puchniesz? – rzucił mistrz.

            - Mistrzu! Mogę bez odpoczynku pociągnąć następną wachtę – butnie odpowiedział zaciskając zęby.

            Koniec wachty. Szybki posiłek. Prysznic i upragnione „mierzenie koi”. Nie ma bujania statkiem. Nie ma rzygania. Spać, spać...Zamknięte powieki. Widok płynącego strumienia, oślizłych, wijących się macek i wyłupiastych oczu kalmarów, działa jak liczenie owiec.

- Wstawaj! Wachta! – Czuje szarpnięcie kolegi po pięciu godzinach snu.

Po tygodniu młode organizmy przystosowały się do rytmu pracy.

- Pospałbym sobie dłużnej, za jednym razem, niż te pięć godzin – zwierza się kolega.

- Byłem na mostku i chyba twoje życzenie się spełni, jest ostrzeżenie o sztormie.

W tym rejonie często ocean jest rozbujany, dopóki stan morza nie zagraża zniszczeniu sieci, statek łowi.

Ostrzeżenie sprawdziło się, nad morzem szalej „damski wiatr”. Przetwórnia nie pracuje. Po chorobie morskiej pozostało tylko wspomnienie. Ształowanie się w koi. Zablokowanie się nogami i rękami, z jednej strony o sztormdeski, z drugiej o szoty. Jaki wspaniały jest sen gdy się nie słyszy. „Wstawaj! Wachta!”

Czym się różni „Paprykarz szczeciński”, końcu lat osiemdziesiątych, od obecnej polityki?

            Właściwie to zbytnio się nie różni:

            1 W paprykarzu i polityce jest pełno pasożytów

            2. Paprykarz po otwarciu często śmierdział i polityka również „śmierdzi”

            3 Paprykarz był pięknie opakowany z napisami nie zawsze zgodnymi z prawdą,  politycy również mamią pięknym często nie prawdziwymi hasłami.

            Jest jedna różnica „paprykarza szczecińskiego” nie musieliśmy jeść natomiast polityków musimy trawić.

            - Co to ma wspólnego z „pięcioma chłopcami z „Kolenia”? – zapytasz czytelniku.

            A no ma i to wiele. By to zrozumieć muszę wyjaśnić pojęcie

Paprykarz szczeciński

Prawie każdy obywatel PRL, mego pokolenia, spożywał ową konserwę rybną. W okresie, gdy gospodarka socjalistyczna osiągnęła apogeum swego rozwoju i w sklepach, na półkach stał tylko ocet i musztarda można było jeszcze zauważyć ową „polską puszkę Campbella”.

Początki oszałamiającej kariery, to degustacja afrykańskiego przysmaku „czop, czop”, składającej się z ryby, ryżu i pimy, przez technologów „Gryfa”, w jednym z portów Afryki, w początku lat sześćdziesiątych. Ponieważ był to okres „Polak potrafi” laboratorium „Gryfa” opracowało recepturę konserwy, która otrzymała ową sławetną nazwę. Pierwszy, oryginalny skład, to pulpa pomidorowa sprowadzana z Bułgarii i Węgier, ostra afrykańska papryczka pima, ryż, warzywa i przyprawy oraz ścinki powstałe przy krojeniu zamrożonych bloków rybnych (powstawały z nich kwadratowe, panierowane kostki).

Koniec lat osiemdziesiątych kończą się łowiska afrykańskie, brakuje wartościowych ryb na paprykarz., ale jest jeszcze błękitek, ryba którą łowiono głownie na mączkę rybną ze względu ilość pasożytów. (Kilka dni temu spotkałem jednego z byłych uczniów, jeszcze rybaczących u Duńczyków, powiedział mi, że norma produkcyjna dopuszcza do dziewięciu pasożytów w filecie.).

Prof. Piasecki wspomina

"Po wyparciu z łowisk afrykańskich nasza flota przeniosła się wtedy na Falklandy. Stamtąd pochodził właśnie ten błękitek, który należy do szczególnie zapasożyconych ryb. Owe pasożyty - Kudoa alliaria - występują w mięśniach. Ich skupiska to malutkie torebeczki o średnicy 2-4 mm, wypełnione białą mazią. Po zmieleniu mięsa w paprykarzu mogły przypominać ziarna ryżu, który był składnikiem potrawy.- Masa ludzi to przecież zjadła."

Pięciu chłopców z Kolenia i błękitek

Jest druga pamiętnego roku 1989, wygłodniały naród zje wszystko. Na łowisku kończą się kalmary.„Politycy” „Gryfu” decydują- Łowić błekitka!Technolog statkowy informuje.- Robimy jeden ładunek fileta.

- No praktykant, czas byś nauczył grać na fortepianie Badera – mówi mistrz ustawiając Roberta przy fileciarce.

Czarna taśma dużych „klawiszy” – rynienek, przesuwa przed Robertem. „Granie” jest proste, należy, z pojemnika nad maszyną, ułożyć do tych rynienek przesortowane wymiarami ryby, w jedną stronę grzbietami i głowami.Po dwudziestu minutach, czuje się dumny, żaden „klawisz” nie ucieka pusty.- No dobrze ci idzie ta rozgrzewka – usłyszał za plecami głos mistrza. - Teraz normalne tempo – dodał podkręcając prędkość taśmy.Po tej zmianie, gdy skonany leżał w koi, pod zamkniętymi powiekami nie było owiec i kalmarów, ale płynął srebrzysty strumień błękitka.

Opracował Edward Bernatowicz z wykorzystaniem wspomnień Roberta Nanaszko

czwartek, 01 listopada 2007, edward.bernatowicz

Polecane wpisy

  • Pięciu chłopców z TRM-u i kryl

    W drugiej połowie lat siedemdziesiątych, gdy jeszcze nie używano pojęcia „media” a gazety w większości miały pod swoimi tytułami napis „organ

  • To był cholernie długi rejs...

    Tak należałoby, po marynarsku, określić ten rejs, lecz mój rozmówca nie używa nawet tak drobnych wulgaryzmów. W swych częstych spacerach po porcie, lubię słucha

  • Nauczyciel na wiecznej wachcie II

    Radiostacja „Mewa” - Przydałaby się prawdziwa radiostacja okrętowa, by nasi absolwenci mogli dobrze przygotować się do pracy na morzu. - Ryszard, g