|
Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się -
Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... -
Dla mego wnuka Mikołają.
Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
Blog > Komentarze do wpisu
Słuchać morza
-Jaka będzie pogoda dzisiaj w nocy na zachodzie? –Tutaj, u nas? –Nie. Zachodni Bałtyk. Meklemburgia? Bucht? -U góry w okolicach Rugi, północno-zachodni do zachodniego. Może ostro sypnąć ze sześć. Tutaj się tak złażą niebezpiecznie. Poczekaj chwilę jeszcze sprawdzę w internecie te „pokemony” i na pozostałych wydrukach. A co Ty tam chcesz robić? -Ja nic. To Edek chce tam kutry prowadzić. Józek razem z przybyłym szyprem wodzą palcami po mapie Bałtyku. Analiza wydruków prognoz na następne dni plus długoletnie doświadczenie i Józek stwierdza: Wszystko się po kościach rozlezie. Tylko w nocy trochę wiatru. Piękna pogoda. Może jechać. Po wyjściu rybaka. Jeszcze podanie droga radiową prognozy pogody dla rybaków. I tak od prawie trzydziestu lat trwa Józka Macko, „słuchanie” i „rozmawianie” z morzem i przewidywanie jego kaprysów, czasami aż do bólu. Chłopcy z tamtych lat Być marynarzem. Być rybakiem. To dla wielu twardych chłopców końca lat sześćdziesiątych było wyzwanie możliwe do zrealizowania. Pierwsze dwa roczniki szkoły „szyprów” już maszerowały ulicami Kołobrzegu w swych nienagannych marynarskich mundurach, gdy Józek rozpoczął realizowanie swego marzenia w owym nieistniejącym obecnie Technikum Rybołówstwa Morskiego. Grzesiek Szturo, Heniek Zakrzewski, dwóch Bogdanów bliźniaków Piotrek i Paweł, Olek Radłowski, Waldek Żak, Kazik Łaput, Mariusz Szyper to niektórzy znani kołobrzescy ludzie morza rozpoczynający razem z Józkiem w roku 1969 naukę. A był to rocznik jak dobre wino, czym starszy tym lepszy. Są wśród nich adwokaci, architekt, kapitanowie, armatorzy oraz znany pisarz Janusz Wiśniewski. Tak rozpoczęła się twarda, dobra szkoła życia jak wspomina ten okres Józek: - Wszystkim chłopcom, którzy ukończyli tą szkołę łatwo było znaleźć się w życiu i do dziś dają sobie świetnie radę. Nauczyła nas męskości. Obecnie, gdy widzę, w co „przetransformowała” się nasza szkoła to uważam, że nie ma to nic wspólnego ze szkolnictwem morskim i szkoda moich podatków na profanację munduru marynarza. Rejs świadomości politycznej Rok 1971 po wydarzeniach grudnia 1970. Pierwszy w życiu rejs do portu zagranicznego. „Turlejskim” do Edynburga. Radiooficer prowadzi szkolenie, które Józek pamięta do dziś. Jak większość chłopców nie wiedział co naprawdę wydarzyło się w Trójmieście. W trakcie szkolenia dowiedzieli się o „warchołach” i jakie mają być odpowiedzi na pytania zadawane przez Polonię. To „pranie mózgów” nie przypadło Józkowi do gustu. Tym bardziej, gdy po raz pierwszy w życiu dowiedział się, co oznacza słowo Katyń, gdy w klubie polonijnym w Edynburgu zobaczył listy pomordowanych polskich oficerów. Po powrocie do kraju zostałem „przepytany” przez „pewnych ludzi” w „pewnym gmachu” na ostatnim piętrze na „okoliczność” rozmów z Polakami na obczyźnie. Ze sztucerem po Spitsbergenie Rok 1972. Drugi rejs życia na „Turlejskim” na Spitsbergen. Celem rejsu było zawiezienie naukowców Uniwersytetu Wrocławskiego do stacji badawczej Hornsund. Klasa nasza została podzielona na dwie grupy pierwsza- uprzywilejowana- popłynęła na Wyspy Kanaryjskie nas wysłano „na białe niedźwiedzie”. Po latach uważam, że był to rejs lepszy niż „Kanary”. Obecnie na Wyspy Kanaryjskie mogę popłynąć w każdej chwili a na Spitsberben trudniej. Nim „Turlejski” dotarł do celu praktykanci poddani zostali „torturom” chrztu przekroczenia koła podbiegunowego. Przy mijaniu gór lodowych pamięć przywoływała tragedię Titanica. Pomimo pory letniej wyspa była pokryta w dużej części białym płaszczem lodowca Hansa. Bezkresne puste przestrzenie wypełniały się wyobraźnią młodych chłopięcych głów. Przesuwały się postacie podróżników i odkrywców znanych z literatury. Realne zagrożenie to możliwy atak niedźwiedzi na pustkowiu stacji Hornsund. W porze letniej mniej prawdopodobny, lecz możliwy. Każde wyście na ląd młodych „zdobywców” było ochraniane przez nauczyciela TRM Zagrabskiego, uzbrojonego w gotowy do strzału sztucer. Długoletni dialog z morzem Ukończone technikum, odbyta trzyletnia służba wojskowa (przypomnienie - tyle trwała w owym czasie w marynarce i wojskach lotniczych). Daleki świat morza czeka. Propozycja czasowego zatrudnienia w serwisie „Barka Radio”. Podawanie prognoz pogody dla rybaków. W czasach, gdy nie było „komórek”, (dla młodych –były takie czasy), był to jedyny kontakt z lądem. Meldunki o połowach. Komunikaty do rybaków. Ostrzeżenia. Akcje ratunkowe. „Słuchanie” i „rozmawianie” z morzem zawładnęło. Jego budzący zaufanie głos zaakceptowali ludzie morza i samo morze. Był posłańcem wieści radosnych, gdy informował rybaków na morzu o narodzinach dzieci, ale i smutnych, gdy przekazywał wieści o tragediach morskich. Zielony wiatromierz -Barka Radio? Barka Radio? -Tu Barka Radio. Słucham. -Czy u was na lądzie już wieje? I jak wieje? Józek rzucił wzrokiem za okno. Widoczna korona drzewa to był niezawodny wiatromierz. Długoletnia praktyka „wyskalowała” je. W tym momencie ruch gałęzi i liści wskazywał na dobrą szóstkę. -Zmykajcie do portu. U nas jest szóstka! –Poszło w eter. Ale coś tu nie gra. Wyjrzał przez okno. Inne drzewa stały w „flautowym” uśpieniu. Tylko przy „zielonym wiatromierzu” pracownik „Barki” podcinał dolne gałęzie „telepiąc” całym drzewem. -Tu Barka Radio Odwołuje poprzednią informacje. U nas na lądzie flauta! Gdy kona przyjaciel Załoga Koł. 123 jak co dnia wykonywał swoje rutynowe czynności na łowisku. Zdenerwowane morze plunęło falą w szybę wirująca roztrzaskując ją na kawałki. Być w danym czasie, w danym miejscu nazywamy często przeznaczeniem, szczęściem, przekleństwem lub wyrokiem boskim. Dla Jacka Lewandowskiego było to początkiem umierania. Rykoszet odbitego od kolumny sterowej kawałka szkła rozciął stojącemu obok rybakowi, tętnice udową. Strumień krwi. Koledzy próbują tamować. Wezwanie przez radio pomocy. Józek ma w serwisie dyżur. Helikopter próbuje podjąć z pokładu rannego. Krwiożercze morze broni swej zdobyczy. Próba nieudana. Kończy się paliwo. Powrót do bazy. Jacek wykrwawia się. W głośniku radiostacji Józek bezradnie słyszy całą akcje. Trwa walka o życie jego przyjaciela. Pozostaje tylko modlitwa i wiara, że akcja zakończy się sukcesem. Drugi helikopter podejmuje rannego. Niestety z powodu wykrwawienia się w drodze do szpitala Jacek umiera. -Tragiczne jest, gdy człowiek umiera nagle. Lecz przerażające, gdy przez godzinę umiera przyjaciel. Edward Bernatowicz czwartek, 29 czerwca 2006, edward.bernatowicz
|
|