Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
Blog > Komentarze do wpisu
Kto wymyślił zmywarkę do naczyń!?

 

Druga połowa lat pięćdziesiątych.

 

   - Praktykant! Rozłóż na stole sieć!zdziwiony Zdzichu, uczeń ostatniego roku PSRM w Gdyni zdyscyplinowanie wykonuje polecenie kucharza. Łapie przygotowany kawałek sieci wielkości obrusa i kładzie na stole. Rozkłada aluminiowe talerze i kubki. Kucharz nakłada na talerze przygotowany obiad. Załoga je posiłek w pośpiechu. Pogoda na Morzu Północnym sprzyja żniwom śledziowym. Trzeba wykorzystać każdą chwilę. Szn-44 „Bocian” ma dopiero pół ładowni ryb. „Stary” nie je razem z załogą, każe przynosić posiłki do swojej kabiny. Sprawia to duże kłopoty stewardowi. Kuchnia i mesa znajdują się w jednej części statku, a kabina „Starego” w nadbudówce, razem ze sterówką. Trzeba z posiłkiem przejść część odkrytego pokładu. Przy złej pogodzie jest to uciążliwe. Steward z rybakiem Frankiem uknuli podstęp. Okno w kabinie kapitańskiej lekko uchylone. Można podsłuchać rozmowy na pokładzie. Morze spokojne. Ciepło.

   - Steward! Co Ty robisz z tym drugim daniem? - słychać głos Franka. – No wiesz. Mewa rąbneła z góry gównem do talerza. Wyrzucę je z talerza i zaniosę obiad, „Staremu”. Nic nie zauważy.

   Dialog stwarza pozory, naturalnego. Lecz prowadzony jest tak, aby „przypadkiem” dotarł do adresata. W promieniu dwóch kilometrów nie widać na niebie żadnego ptaka. Efekt. Steward zabrał wieczorem talerz z kabiny „Starego” z nie zjedzonym obiadem. Od tego dnia kapitan jadł posiłki razem z załogą.

   Kapitan - dowódca jednostki pływającej, zwany w polskiej flocie „Starym”.

Polska legenda morska przypisała temu „zawodowi” specyficzne znaczenie.

Jakie były sylwetki polskich kapitanów?

    Od kapitanów-legend, tworzących naszą narodową tradycję morską, do „łajdaków moralnych”. Kapitan „Bociana” nie był legendą ani łajdakiem, miał natomiast szósty zmysł do „rybaczenia”.

Ekologiczne zmywanie i pranie.

   - Szefie, co mam zrobić z tą siecią i talerzami na stole? - pyta praktykant kucharza.

   - Złap za rogi sieć. Zwiąż razem z talerzami i kubkami, przywiąż do linki. Drugi koniec linki umocuj do relingu. Tobołek spuść do wody za burtą. Po kilku godzinach woda wskutek ruchu statku umyje naczynia.

   Niektórzy twierdzą, że w ten sposób wymyślono zmywarkę do naczyń. Z lat pięćdziesiątych pochodzi również drugi „patent”, na „pralkę” morską. Brudną garderobę, szczególnie śmierdzące rybami ubrania robocze, przywiązujemy linką do uchwytu w kabinie i wyrzucamy za bulaj. W zależności od prędkości statku trwa okres skutecznego prania. Sposób ten był często stosowany przez praktykantów na m/t Admirał Arciszewski. Ma on swoje słabe strony. Jeden z praktykantów chciał w ten sposób uprać wełniany sweter. Po trzech godzinach wyciągnął z wody kawałek rękawa i kilka bardzo długich nitek.

   Śmietankowy szczur.

   Warunki do przechowywania żywności na „czajnikach” były nie najlepsze. W pierwszej kolejności szef kuchni przygotowywał potrawy z artykułów łatwo psujących się.

   - Praktykant i Antek, przynieście z magazynka dwa litry śmietany - polecił kucharz.

   Po chwili wracają. Niosą całą dziesięciolitrową bańkę. Steward Antek trzyma za ogon martwego szczura, całego w śmietanie.

   - Szefie! Znaleźliśmy w bańce tego szczura – informuje Antek – Co mamy zrobić?

   - Cholera! Jak się on tam dostał? – zastanawia się kucharz - Wylejcie śmietanę za burtę.

   – My się nie brzydzimy możemy śmietanę wypić – stwierdzają zgodnie.

   - Na własną odpowiedzialność - zamyka temat szef kuchni.

   Wieczorem Zdzichu i Antek jedzą makrelę „po rybacku” i popiją śmietaną. Antek wyjaśnia praktykantowi przepis na potrwę wymyśloną przez rybaków z „czajników”.

   - Bierzesz świeżą, dużą makrelę. Wypatroszoną rybę nacierasz wewnątrz solą i ostrymi przyprawami (obecnie wystarczy ostry keczup) wkładasz do środka płat wędzonego boczku oraz pokrojoną w plastry cebulę, jeden, dwa plasterki cytryny. Zawijasz szczelnie w pergamin (w owym czasie był taki specjalny papier do artykułów spożywczych). Następnie kładziesz na kotle parowym w maszynie, temperatura kotła jest taka, że makrela dusi się we własnym sosie. Praktykancie! Przyszły kapitanie! Jak smakuje? Sam czujesz. Stąd nazwa makrela „po rybacku” – skończył.

   – Antek, to był dobry pomysł oblania znalezionego szczura śmietaną i wciśnięcie szefowi kitu - podsumował Zdzichu.

   Lata pięćdziesiąte były okresem rozwoju polskiej floty rybołówstwa dalekomorskiego. Budowano trawlery i lugrotrawlery, ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Kadra dla floty handlowej istniała i była kształcona w Państwowej Szkole Morskiej w Gdyni. Natomiast brakowało wykwalifikowanej kadry oficerskiej dla rybołówstwa dalekomorskiego. Pierwszym kapitanem żeglugi wielkiej rybołówstwa morskiego był legendarny Wiktor Gorządek, długoletni kapitan „Turlejskiego”. Państwowa Szkoła Rybołówstwa Morskiego w Gdyni przygotowywała przyszłą kadrę oficerską. Jednak dodatkowo dla zabezpieczenia rosnących potrzeb, w szybkim tępie kształcono oficerów na kursach.

„Bocian” atakuje.

   Kapitan „Bociana” nie miał zbyt dużego stażu w pływaniu poza Bałtykiem. Czarna bezgwiezdna noc. „Stary” ma wachtę. „Czajnik” wolno pokonuje mile. Sternik melduje światła na kursie. Analiza. W ciemnościach z lewej burty na kursie widać zielone, z prawej czerwone. Gdyby światła były blisko siebie, oznaczałoby to, że na kursie jest statek. Ale w takiej dużej odległości to na pewno dwa statki. Jednak przy takiej widoczności nie widać pozostałych świateł pozycyjnych. Decyzja kapitana: płyniemy środkiem. Światła zbliżają się powoli. Nagle z ciemności wynurzyła się ogromna bryła potężnego lotniskowca amerykańskiego.

   - Cała wstecz!

   Za późno. Dziób siłą bezwładności uderza w burtę lotniskowca, robiąc niegroźną dziurę. Twarda, „przeklęta” stal kadłuba „ptaszka” wytrzymała uderzenie. Zdenerwowany „Stary” chwycił za mikrofon UKF i w eter poszło, powtarzane we flocie przez lata, pytanie

   - Hej tam na lotniskowcu, nic Wam się nie stało?”

   Prawdopodobnie na lotniskowcu, wyposażonym w urządzenia radarowe, dawno zauważono dziwne, kolizyjne zachowanie „Bociana” i w momencie kontaktu bezpośredniego prawie stał w miejscu. Nie robiono z tego problemu. Bo co by powiedział świat na to, że jakiś mały „Bocian” zrobił dziurę w potężnym lotniskowcu? Był to przecież okres „zimnej wojny”.

Druga połowa lat siedemdziesiątych.

   Przepływamy obok portu Bergen. Mija nas czarne cielsko atomowego okrętu podwodnego i amerykański lotniskowiec. Płyną do bazy NATO w Bergen. Kapitan Żeglugi Wielkiej Rybołówstwa Morskiego, Zdzisław Pawłaszek, wspomina swoją praktykę rybacką z przed ponad dwudziestu lat.

   - To musiało być na tym akwenie. Może to ten lotniskowiec?

 

sobota, 04 lutego 2006, edward.bernatowicz

Polecane wpisy

  • Alarm! Kapitan za burtą!

    ALARM! KAPITAN ZA BURTĄ! „ Szanowny Panie Marszałku! Odpowiadając na zapytanie Pana Posła na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej Jana Łącznego... w przedmioci

  • Śmierć marynarza

    W świecie szczurów lądowych w latach, gdy „partia i naród” budowały państwo „szczęśliwości socjalistycznej”, dominowała opinia, że rybac

  • Żółta łódź podwodna

    W Andrzejki opuściliśmy Agadir. Mechanicy mieli problem. Powyżej maszynowni chłodniczej a poniżej linii wodnej, pod pokładem głównym, znajduje się pomieszczenie