Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
Blog > Komentarze do wpisu
Słońce nasz „Brat” i jego sługa wiatr.
 

    W morzach i oceanach ryb było w bród. Przemieszczały się ławicami, stadami lub pojedynczo po swych żerowiskach. W zależności od gatunku miały swoje gusty, zwyczaje i upodobania. Jedne żerowały przy dnie, inne pod powierzchnią morza. Jedne lubiły zimne wody Antarktydy, inne szelf Afryki i Ameryki. Przyszedł człowiek zachłanny. Bez umiaru i zdrowego rozsądku. Potężnymi traulerami zaczął orać morza i oceany. Łowił wszystko, co pływa. Rabunkowa eksploatacja zaczęła zagrażać istnieniu niektórych gatunków. Prym wiodła największa flota rybołówstwa dalekomorskiego. Flota Związku Radzieckiego. Na każdym łowisku, gdy zawołałeś przez UKF-kę „ZDRASTWUJ” otrzymywałeś kilka odpowiedzi. Sprawdzaliśmy. Świat w końcu opamiętał się wprowadzając dwustumilowe strefy ekonomiczne. Nie rozwiązały one problemu do końca, lecz częściowo ograniczyły. Pozostały ogólnodostępne łowiska poza strefami ekonomicznymi. Nasze zadanie: sprawdzenie łowiska na morzu Norweskim, za Kołem Polarnym. Możliwość połowu błękitka. Docieramy na wyznaczony akwen. Na morzu flauta. Słońce nisko nad widnokręgiem. Dzień trwa około dwóch godzin. „Brat” Słońce obdarowuje nas tak intensywnie swym blaskiem, że normalne światło dnia jest ciemnością.

Wydawanie sieci.

   Oficer wachtowy przy pulpicie sterującym windami. Na pokładzie trałowym przygotowany włok, zaczepiony do wyciągarki. Dwaj rybacy opuszczają po slipie worek sieci do wody. Statek płynie z prędkością czterech do pięciu węzłów. Morze ściąga włok z pokładu. Wyciągarka powoli pozwala morzu wykonać swoje. Worek w wodzie. Nadbora i podbora w wodzie. Skrzydła w wodzie. Bosman daje sygnał.

   - Wyciągarka stop!

   Końcowe uzbrojenie sieci. Do skrzydeł sieci poprzez długie leksy doczepiane są prawie półtonowe, stalowe dwie deski trałowe. Wnuku, gdy Twój tata miał tyle lat, co Ty i zobaczył w porcie dziesiątki takich desek zapytał:

   - Tato, czy to statek pocięty na żyletki?

   Ostatnią czynnością jest podczepienie desek do włoka i połączenie, poprzez stalowy „szpryng”, do bębna windy trałowej. Prawa fizyki, którym oficer wachtowy pozwala działać, kończą dzieło. Połowy mogą być pelagiczne i denne. Denne – po dnie. Wówczas do podbory sieci należałoby doczepić „wózki”, których ciężar ściąga sieć do dołu. Łowimy pelagicznie. Rozwarcie sieci i głębokość jest sterowana przy pomocy prędkości trałowania i długości lin wind trałowych. Deski trałowe, jak dwa latawce, pod wpływem siły morza rozciągają na boki skrzydła potężnego wodnego potwora. On wie, że większość ryb, spłoszona zawirowaniami oczek skrzydła, będzie uciekała do środka, gdzie czyha na nie nienasycona gardziel worka włoka. „Mózg” potwora, poprzez zmysł systemu echosond i wiedzy człowieka, penetruje głębię morską przed statkiem, pod statkiem i na boki. Regulując prędkość statku i zanurzenie sieci, nie daje rybom zbytnich szans. Trał trwa do kilku godzin.

Słońce i wiatr.

   Nieodzowność wpływu na nasze istnienie „Brata” Słońce jest dla nas oczywiste. Wiatr jest tym sługą Słońca, który kończy dzieło swego pana. Czasami skutki dla człowieka są tragiczne. Zawsze jednak jego działania służą wyższemu celowi – naszej planecie. Bardzo lubi zmieniać imię, charakter i oblicze. Od łagodnej bryzy porzez monsun, halny, bora, mistral, szkwał, pasat, aż do groźnych: sztorm, huragan, nawałnica i cyklon. Szczególnie upodobał sobie działanie na morzach i oceanach. Człowiek musi być czujny przed jego sowizdrzalstwem. Nad rejon połowów, nadciągają, pędzone bezimiennym wiatrem, czarne chmury. W ciągu kilku godzin morze osiąga od ośmiu do dziesięciu w skali Baeuforta. W ciemność, jęczy, zawodzi, dzwoni, i wyje, sztormowa symfonia. Zerwane z wierzchołków fal cząstki wody tworzą z ciemnymi chmurami jedną całość. Morze i niebo tworzą jedno – chaos. Statek na długiej fali, jak piłka, jeździ siedem metrów w górę i dół. Sztormujemy. Czujesz się jak w windzie zmieniającej błyskawicznie kierunek. Dopóki ster sprawny i silnik główny pracuje, jest bezpiecznie. Lada moment dorwie cię choroba morska. Przetrzymuję. Przetwórnia pracuje.

Chłopcy chorują.

   Lekarstwo jest jedno - przetrzymać godzinę, dwie, choroba morska przejdzie. Kto się podda, nie ma dla niego ratunku. Przegląd wszystkich działów. Załoga stała stara się, jak może pomóc przyszłym zejmanom. Wszędzie wiaderka przy stanowiskach i zmuszanie do jedzenia suchego chleba. Najgorzej, gdy żołądek jest pusty. Telefon z przetwórni. Mistrz informuje, że jeden z praktykantów załamał się. Porzucił pracę stwierdzając:

   - Mam w dupie szkołę i taki zawód i nic mnie nie obchodzi co ze mną się stanie!

   Nie pomogły przekonywania kolegów i załogi. Padł w kabinie na koję i choruje. Krótka narada. Kapitan, lekarz starszy oficer i ja. Opinia lekarza jest jednoznaczna:

   - Jeżeli sam się natychmiast nie przełamie, może być tragicznie dla jego zdrowia i życia. Ratunek to zmiana pogody lub transport na ląd.

Starszy oficer

    - Komunikaty pogodowe nie przewidują poprawy przez najbliższe dni.

   Transport na ląd to cztery doby i olbrzymie koszty Kapitan podejmuje decyzję:

   - Masz prawo – zwraca się do mnie - użyć wszelkich form słownych dopuszczalnych i niedopuszczalnych, zmuszających praktykanta do działania. Jedynym motywem właściwej reakcji może być strach. Jak to nie pomoże, zastanowimy się, co dalej.

   Z trzaskiem drzwi wpadam do kabiny. Nieszczęśnik leży na koi bladosiny, godny współczucia, w ubraniu roboczym. Z żołądka wydalił nawet żółć. Wyrzucam krzykiem z siebie wcześniej przygotowany tekst, którego treść jest zbyt ordynarna, by ją cytować. Zdziwiony! Przestraszony! Uwierzył w groźby. Zerwał się na nogi. Jest mój. Kończę wiązankę bosmańską słowami.

   - Marsz do przetwórni!

   W przetwórni przy maszynie do obróbki ryb, Mistrz zmusza do zjedzenia kromki chleba, obok wiadro. Kilka zwrotów ku wiadru, kilka kromek suchego chleba. Koniec wachty. „Sto procent praktykantów zaadaptowało się do specyficznych warunków pracy na morzu”. Tylko w mesie, w czasie posiłku, część miejsc jest pusta. Nie pamiętam nazwiska praktykanta, obecnie musi mieć ponad czterdzieści lat. Nie miałem okazji przeprosić go za te konieczne naruszenie godności. Co niniejszym czynię.

   Przez kilka dni stan morza nie zmienia się. Arktyczny dwugodzinny dzień jest niezauważalny. Nieprzerwana ciemność trwa cały czas. Wpędza człowieka w przygnębiający nastrój. W takich warunkach spać można bardzo krótko. Telefon.

   - Szybko na mostek!

   Pierwszy wskazuję na niebo. Spoza dziurawych, chwilowo chmur, faluje na niebie potężna, muślinowa, kolorowa firanka. Zorza polarna. Aurora. Wspaniałe dzieło wiatru słonecznego. Możemy ją obserwować kilkadziesiąt sekund. Jak światło lampy błyskowej. Chmury przywracają normalność ciemności, niczym czarną zorzę polarną. Wyjaśnienie naukowe tego zjawiska luminescencji i porównania do zasady działania świetlówki, jest wulgaryzacją i odarciem z duszy tego dzieła „Brata” Słońca i jego sługi wiatru słonecznego.

Następny dzień. Awaria windy trałowej. Opuszczamy łowisko. Kurs na Bergen.

 

edward.bernatowicz@wp.pl

czwartek, 05 stycznia 2006, edward.bernatowicz

Polecane wpisy

  • Alarm! Kapitan za burtą!

    ALARM! KAPITAN ZA BURTĄ! „ Szanowny Panie Marszałku! Odpowiadając na zapytanie Pana Posła na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej Jana Łącznego... w przedmioci

  • Śmierć marynarza

    W świecie szczurów lądowych w latach, gdy „partia i naród” budowały państwo „szczęśliwości socjalistycznej”, dominowała opinia, że rybac

  • Żółta łódź podwodna

    W Andrzejki opuściliśmy Agadir. Mechanicy mieli problem. Powyżej maszynowni chłodniczej a poniżej linii wodnej, pod pokładem głównym, znajduje się pomieszczenie