Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się -
Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... -
Dla mego wnuka Mikołają.
Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
Blog > Komentarze do wpisu
ALARM OPUSZCZENIA STATKU
KANAŁ LA MANCHE SZALEJE.
Chce oderwać zakotwiczone statki i roztrzaskać o skalisty klif Cornwalii. Statek wpadł w amok. Miota się na łańcuchu kotwicznym niczym pies, którego pierwszy raz uwiązano a on chce ściągnąć obrożę. Wchodzę za kapitanem na mostek. Nagle! Wśród wycia morza! Z ciemności! Na wprost dziobu, wynurza się ściana oświetlonych okien. Siedmiopiętrowa kamienica, długa na dwieście metrów, nieuchronnie zbliża się. Bezradność! Ucieczka niemożliwa! Jesteśmy dobrze zakotwiczeni. Za mało czasu na zrzucenie łańcucha kotwicznego. Patrzę na kapitana Pawłaszka.
- Przypierdoli. nas -- decyduje błyskawicznie.
- ALARM OPUSZCZENIA STATKU !!!
- Wiesz, co masz robić?” - zwraca się do mnie.
- Tak!
- Jednego praktykanta zatrzymuję na mostku!. - informuje mnie.
Rozdzwoniły się dzwonki alarmowe. Zbiegam na pokład trałowy, po drodze wpadam do swojej kabiny. Łapię kapok i kurtkę. Wskakuję w półkozaki. W korytarzach tłok. Rybacy odpoczywający po wachcie, zbudzeni, wyskakują w slipach ubierając się po drodze. Mistrz ewakuował wszystkich praktykantów z przetwórni na pokład. Moje zadanie w takich sytuacjach to zbiórka praktykantów na pokładzie trałowym, sprawdzenie stanu i pomoc Starszemu Oficerowi, w przypadku opuszczenia statku. Praktykanci to uczniowie klas trzecich, nieświadomi sytuacji beztrosko i mało sprawnie wykonują polecenia, sadzą, że to alarm próbny. Łapię jednego za klapy. Kilka przekonujących, niepedagogicznych słów i zrozumieli tragizm sytuacji. (pokład trałowy na którym zbierali się uczniowie i załoga jest zabudowany z trzech stron na wysokość ponad dwóch metrów i nie widać, co się dzieje na morzu) Sprawdzam stan. Brak jednego. Robię kilka kroków w kierunku kabin na pokładzie głównym. Przypominam sobie. Jeden został na mostku. Wydaję polecenie praktykantom
- Chwycić się za poręcz szotów prawej burty. - Ma to uchronić przed upadkiem w momencie zderzenia.
JAKI JEST CZAS?
Obiektywny czy subiektywny? Obiektywnie to trwało kilkadziesiąt sekund a subiektywnie - wieczność. Czekamy! W chwilach takich, nawet ci co w NIEGO nie wierzą liczą na JEGO łaskę Przerażenie! Arciszewski jęknął, zakołysał się, jakby otrzymał potężny cios z góry. Wcisnął się w oszalałe morze. Moment niepewności i dumnie wyprostował się na fali. Po chwili nad kominem lewej burty, ze strachem zobaczyliśmy, zaglądający złowrogo, dziób potężnego statku. Przepołowi nas? Nie. Zrezygnował. Minął, oszczędzając nas i nie robiąc nam krzywdy. Nie wiem, co się stało. Wyczekujemy. Dzwonki alarmowe odwołują ALARM OPUSZCZENIA STATKU. Czuję się jakbym słyszał „PAMIETAJ! MOGĘ CIĘ W KAŻDEJ CHWILI WEZWAĆ PRZED SWOJE OBLICZE...!”.
Ulga. Lecą marynarskie żarty i dowcipy załoga odreagowuje stres.
- Ale miałeś pietra. - Mówi elektronik. Tak miałem „pietra” i to jakiego.
- Bzdury opowiadasz. – Odpowiadam.
JESIEN - ROK 1979.
W Iranie władze przejmuje Chomejni. Flota Irańska na próżno poszukuje frachtu. Puste statki krążą, licząc na ładunek. Na kotwicowisku Falmuth jeden z nich oczekuje na lepszą koniunkturę. Wojna „Dorszowa” miedzy Islandią, a Wielką Brytanią zapoczątkowała zawłaszczenie łowisk i wprowadzenie morskich stref ekonomicznych. Nie było to w naszym interesie ekonomicznym. Polska posiadała dużą flotę rybołówstwa dalekomorskiego. Lecz polityczne uzależnienie od ZSRR wymusiło takie stanowisko władz „bloku socjalistycznego”, że w efekcie przyspieszało wprowadzenie stref. Za prawo połowów na kanale La Manche, Morzu Północnym i innych łowiskach, należało teraz płacić. Reda portu Falmuth u wybrzeży Cornwalii była zapełniona statkami od „narzędziowców” (w żargonie marynarzy były to statki, które miały wymalowane na kominie narzędzia – sierp i młot) do jednostek japońskich. Sejnery angielskie łowiły makrele i sprzedawały. Na statkach wstępnie przetwarzano i mrożono.
W TYM MIEJSCU I W TYM CZASIE.
Arciszewski stał na kotwicy w przepisowej odległości od statku irańskiego. Sztorm o nie spotykanej sile zaatakował ten rejon. Pusty statek zakotwiczony przed nami zerwał się z kotwicy. Brak ładunku spowodował utratę sterowności . Była to teraz bezładna masa, niesiona przez żywioł. Zbliżał się bokiem, dziobem skierowanym w prawo. Admirał cyrkulował . Zataczał na łańcuchu kotwicznym kąt w kierunku prawej burty. Nasz dziób znalazł się pod dziobem „Irańczyka”. To co odczuliśmy jak cios, było muśnięciem skrzydła potężnego ptaka śmierci i przepuszczeniem intruza.
„PO NOCY PRZYCHODZI DZIEŃ A PO BURZY SPOKÓJ.”
Morze zmęczone nocnym szaleństwem ciężko faluje. Przez „ukafki” lecą informacje i komunikaty Krążą helikoptery ratownicze „Królowej Elżbietki”. Mija nas wchodzący do portu statek z roztrzaskaną szalupą ratunkowa. U podnóża klifu leży, wyrzucony przez sztorm, angielski sejner. Z komunikatów dowiadujemy się, że zginęło na nim dwóch rosyjskich mechaników, którzy pomagali Anglikom zreperować silnik. Oglądamy efekt naszego kontaktu z „Irańczykiem”. Stalowa blacha na dziobie pofałdowana jest jak otwarta puszka do konserw. Statek skrócił się o około metr. Ekspertyza przedstawiciela „Loyda”.
„Uszkodzenia nie zagrażają bezpieczeństwu załogi. Statek może samodzielnie wracać do kraju”
Zbliża się szalupa z „Irańczyka”. Przybyły oficer wręcza naszemu kapitanowi pismo protestacyjne zarzucające nam przyczynę kolizji. Szok i zdziwienie. Kapitan Pawłaszek wyjaśnia
- Takie są zasady. Każdy kapitan w przypadku kolizji próbuje przerzucić winę na drugą stronę. Decyduje werdykt międzynarodowego ubezpieczyciela „Loyda”. Jest on dla nas korzystny.
Edward Bernatowicz
sobota, 03 grudnia 2005, edward.bernatowicz