Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
Blog > Komentarze do wpisu
„Płyń po morzach i oceanach...”i bądź przeklęty
 

Okręt przeklęty! Statek pechowy! Jonasz na statku! Marynarze i żeglarze nie są przesądni, nie wierzą w zabobony i gusła. Oni po prostu wiedzą, że dziwne, nie zrozumiałe i sprzeczne z logicznymi prawidłami przyczynowo-skutkowymi, zdarzenia, są przypisane poszczególnym jednostkom pływającym i ludziom. Ciąg pechowych wypadków może wisieć nad statkiem za przyczyną załoganta lub pasażera zwanego Jonaszem. Po opuszczeniu pokładu przez owego osobnika statek normalnieje. Są i takie nieszczęścia, które spotykają załogę i znęcają się nad statkiem przez wiele rejsów. Doświadczył tego m/t Delfin, który już w pierwszym rejsie, w drodze na łowisko zgubił pióro sterowe. W następnych rejsach występowało zawsze więcej awarii niż na innych statkach. Rejsy były słabe ekonomicznie dla załogantów. Są i takie przyczyny, dramatów statkowych, które następują po złamaniu niepisanych i często nielogicznych zasad i zwyczajów morskich. Na Bałtyku byliśmy „świadkami” akcji ratowniczej gaszenia pożaru na drobnicowcu Rejmont w wyniku, czego zginął jeden członek załogi. Czy przyczyną było wypłnięcie z portu, wbrew zwyczajom w niedzielę? Być może.

Są również statki przeklęte,

których klątwa prześladuje aż do tragicznego końca. Spotkało to krążownik niemiecki "Scharnhorst". Okręt został wyposażony we wszystkie gadżety dostępne ludzkiej technice w latach trzydziestych. Kłopoty dały znać, już w czasie budowy. Kadłub przewrócił się na bok miażdżąc sześćdziesięciu robotników i raniąc stu sześćdziesięciu innych. Dzień wodowania. Zaplanowano imprezę w stylu propagandy Gebelsowskie z udziałem Hitlera, Himmlera, Georinga, Heynricha, Hessa i Doenitza. Fatum dało znać. Nocą "Scharnhorst" sam się zwodował. Wojna. Bitwa morska. Jedno z jego dział wybuchło rozszarpując na kawałki dziesięciu ludzi. W jednej z wieżyczek armatnich, dusi się śmiertelnie dwunastu marynarzy, na skutek awarii wentylacji. Uszkodzony w czasie potyczki morskiej w oblężeniu Oslo wracał do portu. Klątwa trwała. Zderzył się z jednym z najpotężniejszym transatlantykiem „Bremen”, osadzając go na mieliźnie. Lotnictwo alianckie miało łatwy cel. Po usunięciu uszkodzeń ”Scharnhorst" wypłynął, aby klątwa dopełniła się. Natknął się na angielską lodź patrolowa, którą nie zatopił za pierwszą salwą. Ciemność ukryła uszkodzoną łódź. Krążownik z hałasem przepłyną zaledwie kilkaset metrów od małego, unieruchomionego, awarią silników okrętu i w ogóle go nie zauważył, łódź patrolowa nadała ostrzeżenie. W ciągu kilku minut brytyjska flota zmieniła kurs na nowy cel. "Scharnhorst" był za szybki i po oddaniu kilku strzałów skrył się w ciemnościach. Mimo to, brytyjski dowódca oddał salwę całą burtą na odległość szesnastu tys. metrów. Ciążące przekleństwo spowodowało, że "Scharnhorst" wykonał obrót i znalazł się dokładnie w zasięgu pocisków. Raz po raz trafiany poszedł na dno. Większość załogi zginęła w lodowatej wodzie, dwóm marynarzom udało się dotrzeć pontonem do brzegu. Znaleziono ich po paru miesiącach. Zginęli od wybuchu małego, piecyka na ropę naftową! Wymknęli się Brytyjczykom i wzburzonemu morzu, ale nie mogli uciec od klątwy "Scharnhorsta".

Uczniowie kapitana Karola Orgierda Borchardt

M/t Admirał Arciszewski, który cieszył się opinia statku szczęśliwego,(szkoda, że kołobrzeska szkoła przestała być właścicielem) płyniemy przez cieśninę Skagerrak na łowisko. Mijamy na lewym trawersie, lśniące w słońcu, smukłe wieże kościołów Kopenhagi. Niebawem będziemy na Morzu Północnym. Dwóch kapitanów żeglugi wielkiej rybołówstwa morskiego: „Stary” i „Starszy” oraz „Chif Maszyny” szkolni koledzy z Państwowej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni, uczniowie legendarnego kapitana Olgierda Borchardta, wspominają czarną i tragiczną kartę w w polskim rybołówstwie dalekomorskim. Oni pływali na tych nieszczęsnych statkach znali tych, co zginęli. Tym razem klątwa dosięgała całej serii lugrotrawlerow pod stoczniową nazwą B-11 i ochrzczonych, nazwami polskich ptaków. Eksperci od teorii budowy okrętów twierdzili później, że to błąd w projektowaniu. Pojęcia i parametry mające najważniejszy wpływ na bezpieczeństwo statku to pływalność i stateczność, określane między innymi przez odległość środka ciężkości od środka wyporu, mierzona w dziesiątkach centymetrów. Od tego zależy czy statek jest „miękki” czy „twardy”, czy zachowuje się jak „wańka-wstańka”, czy po uderzeniu kilku fal sztormowych o burtę „pokazuje stępkę” i „idzie na dno”. Parametry te zależą również od sposobu ształowania ładunku i balastowania jednostki. Według naukowców tu tkwił błąd. Ludzie morza nie kwestionowali opini fachowców, lecz widzieli, że problem tkwi „głębiej”.

Przeklęta stal.

Nad stalą, z której wykonano kadłuby ciążyła klątwa? Dlaczego? Nikt nie mógł odpowiedzieć. Skąd pochodziła stal trudno obecnie zgłębić. Jedni twierdzili, że pochodziła z hut Kruppa i była przeznaczona na budowę niemieckich U-boot’ów. Inni dowodził, że to prezent w ramach amerykańskiej pomocy UNRRA. Mój przyjaciel Mariusz, który pływał na ratowniczym R21, przebudowanym z jednego z „ptaszków”, twierdzi, że blachy pochodziły z kadłubów wydobytych z morza okrętów niemieckich „Gneisenau”, „Schleswig Holstein” i „Scharnhost” Jaka jest prawda? Trudno dociec. Istotna jest legenda morska. Faktem jest jak mówił Chif „stal była twarda jak stali było w niej coś niesamowitego”.

Klątwa dała znać na akwenach,

 przez które przepływaliśmy. W sztormowej pogodzie na Morzu Północnym zatonęły dwa lugrotrwawlery nieszczęsnej serii. W roku 1955 „Czubatka” – wyniku, czego odeszła na wieczną wachtę, cała czternastoosobowa załoga. Rok później „Cyranka” – dwanaście rodzin opłakiwało utratę, swych najbliższych. W latach późniejszych w Skagerraku zatonął „Głuszec” bez ofiar w ludziach i ostatni przy nabrzeżu PPDiUR „Gryf” „Gołąb” również bez ofiar. Mimo wprowadzanych zmian na tych jednostkach, poprawiających ich stateczność były one sukcesywnie wycofywane z eksploatacji.

Żeby pokonać przeklęstwo.

Dwadzieścia cztery statki sprzedano zagranicę. Część z nich kupił za symboliczne pieniądze, brazylijski armator zatrudnił pływającą na nich załogę załadował w kanale Kiliońskim towary przewiózł do Brazyli, towary wyładował a statki zatopił. Cztery po przebudowie weszły do służb ratowniczych Marynarki Wojennej. Cztery również po przebudowie stały się statkami instrumentalnymi Wyższych Szkół Morskich w Gdyni i w Szczecinie. Dalsze dwa lugrotrawlery po przebudowie pływały jako "Kaszubski Brzeg" należący do Centralnego Muzeum Morskiego oraz "Mazurek" - luksusowy jacht milionera J.S. Johsona (mąż Barbary Piaseckiej). Klątwa ustąpiła. Statki uznawane były i są, przez ludzi morza za szczęśliwe. Niektórzy absolwenci kołobrzeskiej szkoły pływali w czasie praktyk na „Azymucie”, Nawigatorze i „Łużycy” nie wiedząc, że kadłuby tych statków pochodzą z czarnej przeklętej serii. Jak brzydkie kaczątko pechowe i nieszczęśliwe zamieniło się we wspaniałego łabędzia tak lugotrawler „Cietrzew” zamienił się we wspaniały szkuner „Zawisza Czarny II”. Służy dzielnie od wielu lat, dając poczucie bezpieczeństwa i możliwość przeżycia wielkiej przygody. Żeglując po morzach i oceanach, odwiedzając wiele portów na całym świecie. Jest się żaglowcem znanym i lubianym.

 

Edward Bernatowicz

 

czwartek, 01 grudnia 2005, edward.bernatowicz