Towarzyszę Starszemu na nocnej wachcie. Rozmarzył się - Mam domek w Jelitkowie, na stare lata będę siedział przy kominku i opowiadał wnukom swoje morskie przygody. Cholera! Przecież wszystkiego im nie będę mógł powiedzieć... - Dla mego wnuka Mikołają. Życie rybaków dalekomorskich na m t Admirał Arciszewski, marynarzy kołobrzeskich, rybaków bałtyckich, żeglarzy.
Blog > Komentarze do wpisu
63 minuty, które nie wstrząsnęły Światem

Czasami zastanawiamy się jak zostanie oceniony po wiekach, miniony XX wiek. Jedno jest pewne to, że z minionego stulecia świat będzie pamiętał wojnę totalną, w której udział brały, po przeciwnych stronach, dwa zbrodnicze reżymy totalitarne. Prymitywny wschodni, ze Stalinem na czele i „cywilizowany” zachodni, z Hitlerem. Jeszcze po sześćdziesięciu latach, na początku XXI wieku, umysły nasze targane są niepokojem w ocenach bohaterstwa i zbrodni, „konieczności” wojennego zabijania, czy też zbiorowych morderstw.

 

Czerwone buciki

Dziewczynka miała pięć lat. Tej zimy ukochana babcia coraz częściej ocierała dyskretnie łzy. Słowo wojna wypowiadane były we wszystkich przypadkach i kojarzyły się z zatroskanym smutkiem dorosłych mieszkańców domku i brakiem ojca. Bo ojciec musiał, jak mówiła matka, pojechać na wojnę. Ostatni raz widziała go przed pół rokiem. Te kilka dni urlopu to najwspanialszy okres jej życia.

- Mam dla ciebie prezent. - Powiedział Ojciec przecierając zaczerwienione oczy, w dniu wyjazdu, wręczając zawiniątko. Rozwinęła. Ujrzała dwa czerwone buciki. Pachnące świeżą skórą. O takich zimowych bucikach marzyła.

- Będę je wkładała na wyjątkowe okazje. Przyrzekam tatusiu. Gdy wrócisz pójdę w nich z tobą do kościoła.

Ostra zimy zaśnieżyła pola, las i ścięła grubym lodem zalew, nad którym stał dom dziewczynki. Czerwone buciki stały na honorowym miejscu przy łóżeczku. Co wieczór przecierała delikatnie szmatką z kurzu by nie wytrzeć zapachu, który zastąpił zapomniany zapach ojca. Buciki były nieużywane. Tylko czasami przymierzała i wyobrażała, że idzie z ojcem za rękę przez wieś a koleżanki zielenieją z zazdrości. Co raz częściej oprócz słowa „wojna” pojawiały się słowa „front” i „ewakuacja”.

Tego styczniowego mroźnego dna ktoś zapukał do drzwi. Mama była zajęta w kuchni. Pobiegła otworzyć. W drzwiach stał pan policjant.

 – Daj mamie ten dokument. – Powiedział wręczając papier. Matka przeczytała.

– Zawołaj babcię i dziadka.

- Otrzymaliśmy nakaz ewakuacji i karty zaokrętowania na „Wilhelm Gustloff”. Córeczko, popłyniemy w bezpieczne miejsce daleko od wojny.

Ludzie-ziarna w stalowej klepsydrze zagłady.

„Wilhelm Gustloff” miał 208 m długości, zbudowany 1937 jako statek pasażerski, na którym sam Hitler miał swój apartament, zabierał na pokład 1465 osób. Od 1939 zamieniony na statek szpitalny a w 1940 bazą szkoleniową dla załóg okrętów podwodnych – II U-boot Leer Devision, – która znajdowała się w Gdyni. W styczniu 1945 roku wojska rosyjskie zbliżały się coraz szybciej do wybrzeża decyzją Hitlera jak również lęk przed nieprzestrzeganiem praw wojennych przez Rosjan, zmusiło 2,5 miliona ludności do ewakuacji na Zachód. 29 stycznia 1945 roku. „Gustloff” stał przy kei w Gdyni gotowy do wyjścia z portu. Na pokładzie znajdowało się 3700 marynarzy okrętów podwodnych, co stanowiło około siedemdziesiąt załóg U-botów, kilkaset rannych żołnierzy, dziewczęta ze służby pomocniczej marynarki oraz kilka tysięcy cywilnych uciekinierów. Ile osób było na pokładzie trudno stwierdzić zawierała się ona od 8 tysięcy do 11 tysięcy można stwierdzić, że sam błąd w ocenie przekraczał liczbę wszystkich ofiar „Tytanika”. Na statku znajdowali się pasażerowie nie znajdujący się na listach. Przekupywali oni marynarzy by ewakuować się na Zachód. Cały czas dobijały do burt barki, promy i łodzie z uciekinierami. Opuszczenie portu z 29 stycznia przesunięto na następny dzień by pogłębić tor wodny. Obciążony ponad miarę okręt nie mógł przejść. "Wilhelm Gustlow" odbijał 30. stycznia 1945 r. o godź. 12.20 przy 18 stopniowym mrozie i prawie sztormowej pogodzie od nabrzeża ciągniony przez 4 holowniki. W nocy nadszedł telegram z dobrą wiadomością od szefa niemieckich łodzi podwodnych "Wschód". Trzy wrogie łodzie podwodne w morskim kwadracie odległym od kursu, płyną na powierzchni wolno, są umiejscowione i będą obserwowane - środkowy i zachodni Bałtyk wolny od łodzi podwodnych. O zmroku około 19 00 Gustloff wychodząc z zatoki Gdańskiej, na około pól godziny na zaciemnionym statku zapala światła pozycyjne. Statek przyjął kurs zachodni. Od strony morza osłaniał go równoległym kursem torpedowiec „Lowe”. Silniki pracowały rytmicznie. Potężne stalowe mrowisko przepełnione tysiącami ludzi - mrówek pokonywało narastające fale i wzmagający wiatr. Co pewien czas pędzone wiatrem chmury pozwalały księżycowi rzucić poświatę. Pomimo zakazu kapitana, niektórzy przebrali się do nocnego snu w poczuciu złudnego bezpieczeństwa.

Myśliwy? Morderca? Bohater?

Kapitan III rangi Aleksander Marinesko, opuścił tymczasową bazę w Turku i wypłynął w rejs patrolowy na sowieckim okręcie podwodnym S-13. Był podpadnięty w dowództwie pomimo zasług. Ostatnia pijacka eskapada opóźniła o kilka dni wyjście okrętu w rejs patrolowy na Bałtyk. Wiedział, że tylko sukces może polepszyć jego notowania u dowództwa. Ryzykując natknięcie się na pola minowe chroniące Zatokę Gdańską 19 stycznia zaczaja się u wyjścia i czeka. 30 stycznia o godzine 19 10 w momencie wynurzenia się zobaczył przez peryskop światła pozycyjne potężnego transportowca i ochraniającego go z lewej burty mniejszego okrętu wojennego. Alarm bojowy! Cała naprzód! Kurs równoległy między lądem i ”Wilhelme Gustloff”, bo to właśnie jego wyrok wojny skazał na zagładę. Rozpoczął się pościg. Wygaszono o godzinie 19 30 światła pozycyjne, lecz było za późno. S-13 minuta za minutą doganiał swą ofiarę. Płynął w wynurzeniu. Na tle lądu był niewidoczny w chwilowych prześwitach księżyca. Po dwóch godzinach osiągnął zasięg torped.

- Przygotować wyrzutnie torped do odpalenia! – Padł rozkaz.

Na torpedzie w wyrzutni pierwszej napisali "za mateczkę Rosję", na torpedzie nr 2, "Za Stalina", a na trzeciej" Za sowiecki naród" i na czwartej "Za Leningrad". Są ustawione na głębokość trzy metry poniżej poziomu morza. Na tej samej głębokości znajduje się na "Gustloff'ie" pływalnia, w której ulokowano młode dziewczyny, tak zw. "marinehelferinnen".

- Odpalić pierwszą torpedę!

Była godzina 21 03. Potem następne dwie ta „Za Stalina” zablokowała się. Pierwsza trafiła w dziób, następna w pływalnię. Trzecia w siłownię. Radiotelegrafista Rudolf Lange rozpoczął nadawanie sygnału: „Statek „Wilhelm Gustloff”. Trzy trafienia torpedą. Tonie w pozycji 55.8 Nord i 17.39 Ost. Wzywa na ratunek.”(Około 20 mil od Łeby.)

Blady, przerażony księżyc, co chwilę niknie za pędzącymi, wiatrem, chmurami. Zablokowane korytarze! Panika! Jęk gniecionych ciał Ludzie „mrówki” skaczą z burty do lodowatej wody po kilku minutach są martwi z zimna. Na wzburzonych falach unoszą się sztywniejące ciała. Tratwy i szalupy wypełnione po brzegi.

 Oto scena jak z jakiegoś koszmarnego, diabelskiego, wodnego baletu. Sterczące ku górze, z pomarańczowych kamizelek ratunkowych, sztywne dziecięce nogi. Dużo nóg! Główka dziecka jest cięższa od nóżek, więc nóżki wystają z wody. Jedne  odróżnią się od pozostałych, swoimi nowymi czerwonymi bucikami.

63 minuty

Po 63 minutach "Wilhelm Gustloff" poszedł na dno i wraz z nim 9343 ludzi, w tym około 4000 dzieci. Uratowano 1239 osób. Z pewnością uratowano by więcej, gdyby nie lodowata woda, po kilku minutach człowiek umierał. Ciała jeszcze przez wiele miesięcy wyrzucało morze na już polskie wybrzeże. Do 1947 roku grzebano je na cmentarzu witomińskim.

Edward Bernatowicz

niedziela, 27 listopada 2005, edward.bernatowicz
Komentarze
Gość: , inet20908na-3.eranet.pl
2008/08/24 21:51:32
wódz okrętu podwodnego to morderca i alkocholik niech mu ziemia ciężką bendzie na wieki
-
Gość: tytan, acdd137.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/06/08 14:13:13
Ciekawe skąd ojciec przywiózł te czerwone buciki,z Auschwitz?